fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Szymon Maj: Spór o równość, spór o słowa

Marsz Równości
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Czerwcowe dyskusje o przestrzeni dla gejów, lesbijek i innych mniejszości przypominają nieco opowieść o Karlu Popperze, który w 1958 r. miał swój odczyt na zebraniu Aristotelian Society.

Właśnie wtedy, po wygłoszonej przez Poppera prelekcji, „Z powrotem do presokratyków”, zebrani filozofowie nie odnieśli się do wygłoszonych myśli, a do tego, czy przetłumaczył on właściwie konkretne greckie słowa. Jaka w tym analogia do czasów współczesnych? Jeśli spojrzeć na większość dyskusji wokół tematu homoseksualizmu, to rozmówcy stale rozprawiają o słowach, rzadziej o znaczeniach, a już prawie nigdy o prowizoryczności własnej wiedzy.

Możliwe, że właśnie przez to tracimy. Nie wiemy, jak się odnaleźć, kiedy ktoś bierze udział w marszu. I nie jest ważne, czy będzie to Marsz Równości, czy precesja z okazji święta, tzw. Bożego Ciała. Zestawienie to nie jest przypadkowe, bo przy tych okazjach widać podobny spór pomiędzy prawą i lewą stroną, wierzącymi i niewierzącymi, maszerującymi i wolącymi siedzieć. Spór o marsz, spór o możliwość symbolicznego pokazania własnej przynależności. I oczywiście można wyśmiewanie jednego czy drugiego wydarzenia wrzucić w nurt ponurego żartu, który w istocie jest niezrozumiały, jak postmodernistyczny bełkot w „Anty-Edypie” Félixa Guattariego i Gillesa Deleuze’a. Tezę o bełkocie postawił Bartosz Brożek w jednym ze swoich szkiców i trudno mi się z nim nie zgodzić, bo kiedy próbuję parafrazować słowa wielkich postmodernistów, to kończy się to frustracją.

A skoro o frustracji mowa, to sobotni Marsz Równości, poza kolorami, zostawił nas też z kilkoma refleksjami. Dla jednych było to wydarzenie oczywiście okropne i niemoralne, dla drugich był to protest przeciwko „dehumanizacji i okropnym homo-, bi- i transfobicznym wypowiedziom prawicy”. I chociaż trudno uchwytna idea prawicy nie została bliżej określona w wypowiedzi jednego z działaczy LGBT+, to nic się nie stało, bo lewica też jest ideą płynną, a niekiedy nawet przerażająco pochłaniającą wszystkich na lewo od oponenta. Aż chce się krzyknąć, żeby jedni i drudzy "wrzucili na luz": ludzie, przecież to tylko marsz!

Zdaję sobie sprawę, że póki co z mojego wywodu wynika nie tyle niewiele, co może zbyt wiele. Wątków jest zbyt dużo, a słowa zbyt zróżnicowane kontekstami. Taki właśnie rysuje się obraz debaty o mniejszościach seksualnych. Dyskusja jest zazwyczaj oparta na odczuciach, które są prywatne, a więc często do podważenia, emocjonalne i odwołujące się do tego, czego nie możemy być nigdy pewni. Wiara – niepewna, ideologia – niepewna, a nauka... Bywa, ale na szczęście tylko czasami i do pewnego stopnia, też niepewna. W dyskusjach o homoseksualizmie brakuje Popperowskiej chęci, by zauważyć, że nie osiągniemy całkowitej pewności. Z uporem każda ze stron sporu nie chce przyznać, że ich wiedza jest zawsze prowizoryczna. Oparta na tym, co „się wydaje”, zasilona w autorytety, które emocjami zawsze można usunąć w cień. Jaki więc jest sens dyskusji, w której nie chodzi o sens?

Maszerujący w Marszu Równości chcą… równości. Przeciwnicy marszu znów wskazują, że równość ta już jest. I znów wpadamy w sidła pojęć. Problemem, o którym mało kto mówi, jest to, że prawdopodobnie każda ze stron zdefiniowała równość, do której się odnoszą, po swojemu. Brak danych sprawia, że na poziomie myśli nie mamy momentów granicznych, których przekroczenie będzie błędem. Są głównie emocje i ich interpretacje. To tworzy frustrację. Inna sprawa to powszechny brak świadomości, że idealna równość prawie nigdy nie jest uchwytna ze względu na charakter, powiedzmy w uproszczeniu, rynkowej codzienności. Prawdopodobnie zawsze spotkamy się z nieco Humowskim podejściem w poszukiwaniu absolutu równości. Może zatem lepiej uchwycić kompromis?

Gdyby na chwilę założyć, że pary homoseksualne osiągną równość względem par heteroseksualnych, czy na tym by się skończyło? Osiągnęlibyśmy stan równowagi? I to jest wątek bardzo interesujący, bo odnosi się do metodologicznie niezwykle treściwej pracy Johna Boswella. Badacz spogląda na historyczne zapiski o homoseksualizmie w starożytnej Grecji i Rzymie. Wnioski, które tam się pojawiają wskazują, że homoseksualizm dla tamtych rejonów, a szczególnie w czasach świetności starożytnego Rzymu, był czymś codziennym i potocznym.

Zdaniem Boswella Rzymianie do seksualności podchodzili wyraźnie beznamiętnie. I w przeciwieństwie do miłości, seksualność traktowali przez pryzmat własności. Takie ułożenie spraw pozwalało rzymskim pisarzom pisać bez skrępowania. Częściowo wnioski, które pojawiają się w pracy Boswella można sprowadzić do twierdzenia, że starożytny Rzym był miejscem nie tyle tolerancji, co najzwyklejszego równego pojmowania miłości i seksualności homoseksualnej i heteroseksualnej. Zatem równość, o której mówią maszerujący w Marszu, gdzieś tkwi. Pozostaje ją na nowo odnaleźć.

Boswell we wstępie do swojej książki pisze, że nieuzasadnione jest to, by człowiek o wysokiej moralności, powiedzmy chrześcijanin, swoje uprzedzenia wyjaśniał religią. Będzie to błędem, bo uprzedzenie w tym przypadku, zdaniem badacza, idzie przed religią. Oznacza to, że próby wyjaśnienia nienawiści do homoseksualizmu chrześcijańskimi racjami nie są słuszne, bo jednak o nienawiści do tej grupy osób w realnym nauczaniu Kościoła nie ma nawet słowa. A Biblia? Na chwilę warto wrócić do sporu o słowa. Boswell w jednym z rozdziałów przypomina pojęcie grzechu sodomskiego, które w analizie liczbowej odnoszą się nie do seksualności, a do … gościnności. Czemu do gościnności? Bo jak wyjaśnia badacz, to właśnie gościnność dla ówczesnych czasów Biblijnych była sprawą istotniejszą, ważniejszą nawet niż seksualność.

Zasadniczo można pokusić się o pewną wrażliwość. Przedstawiciele mniejszości seksualnych, mimo wszystko, stoją w trudnej sytuacji. Pomijając to, że nie zawsze czują się równo traktowani, warto pamiętać też o społecznym paradoksie związanym z tą grupą. Problem, na który kiedyś zwrócił uwagę Grzegorz Nizołek, wciąż jest aktualny. Badacz twierdził, że społeczności homoseksualne wciąż muszą wymyślać się na nowo, nie mogą pokładać nadziei we własnym przetrwaniu z powodu niemożności reprodukcji biologicznej i symbolicznej. Istnieje też kolejny problem, bo o ile w starożytnym Rzymie społeczności homoseksualne mogły zawierać się integralnie w rzymskiej społeczności, to w przypadku Polski jest to wyraźnie utrudnione, bo nie ma tutaj - tej historycznie przywołanej - rzymskiej beznamiętności.

Ciągłe określanie się na nowo i stały problem przetrwania. Jeśli tezy stawiane przez Niziołka są prawdziwe, to Marsz Równości nie jest tylko marszem, a realnym społecznym coming outem. A słowa? Tym samym, słowami. Na początek do zrozumienia znaczenia rzymskiej beznamiętności.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA