fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Ryszard Bugaj: Majowe wybory. Zapobiec skrajnemu nasileniu konfliktu

Adobe Stock / Kamil
Zbliżające się wybory prezydenckie mogą stać się negatywną cezurą. Szanse na zapobiegniecie zaostrzeniu politycznego konfliktu są niewielkie, ale nie zdejmuje to odpowiedzialności z całej klasy politycznej, by podjąć poważną próbę – pisze ekonomista i polityk, były lider Unii Pracy.

Nie sposób mieć wątpliwości: determinacja PiS, by przeprowadzić prezydenckie wybory w maju, wynika z przekonania tej partii (a szczególnie jej lidera), że tylko w tym terminie istnieje pewność zwycięstwa jej kandydata. Całkowicie niewiarygodne są deklaracje działaczy PiS o konieczności respektowania konstytucji, a argumenty o ryzyku wysokich odszkodowań są – w najlepszym razie – wysoce wątpliwe. Trafne jest natomiast twierdzenie opozycji, że majowe wybory niosą wysokie ryzyko pogorszenia sytuacji epidemiologicznej. Nie usuwa tego zagrożenia (choć pewnie nieco je ogranicza) korespondencyjna forma wyborów, która jednak budzi zasadnicze wątpliwości co do jej zgodności z konstytucją, a już na pewno grozi naruszeniem demokratycznych standardów, bo potencjalnie sprzyja wyborczym fałszerstwom (czego swego czasu trafnie dowodziło PiS) i organizacyjnemu chaosowi.

Nieprzekonująca opozycja

Z pewnością partie opozycyjne mają też rację, wskazując, że ogłoszenie stanu klęski żywiołowej jest obecnie uzasadnione i pozwala odsunąć termin wyborów zgodnie z konstytucyjnym porządkiem. Nikt nie może jednak twierdzić kategorycznie, że po upływie kilku miesięcy będą już warunki do bezpiecznego przeprowadzenia wyborów. Jest też jasne, że opozycja domagając się odroczenia terminu wyborów, ma w tym polityczne interesy.

Niestety, dziś prawie wszystko wskazuje na to, że żaden kandydat opozycji (nawet Kosiniak-Kamysz) nie ma szans na zwycięstwo w wyborach. Partie opozycyjne zakładają więc (moim zdaniem tylko się łudzą), że za kilka miesięcy zyskają większe uznanie. Dziś nie tylko mała część wyborców oczekuje na zastąpienie Andrzeja Dudy przez Małgorzatę Kidawę-Błońską, ale też niewielu chce by Mateusza Morawieckiego zastąpił Borys Budka (a nie daj Boże Łukasza Szumowskiego np. Bartosz Arłukowicz).

Ani opozycja jako całość, ani żaden z jej członów nie przekonał większości obywateli, że ma lepszy od rządzących pomysł na rozwiązanie polskich problemów. To dotyczy również kwestii pandemii. Rząd w walce z pandemią popełnia oczywiście błędy i gafy (Kaczyński ze świtą pod pomnikiem brata), ale jak dotąd jego działania są nieźle oceniane. Tylko wzrost natężenia przebiegu pandemii i bardzo ostry kryzys gospodarki mogą istotnie zmienić nastroje. Pandemia zresztą w pewnym sensie pomaga obozowi rządowemu, bo sprzyja amnezji opinii publicznej. W cień odchodzą liczne „wpadki” rządzących – nawet sprawa Banasia.

Węgierska ścieżka

Przeprowadzenie korespondencyjnych wyborów w maju nie jest jeszcze definitywnie przesądzone. Jeżeli Jarosław Gowin uzna, że tym razem już nie może, jak dotąd, krętaczyć (i jeżeli ma poparcie choćby kilku posłów własnej partii), to ustawa, która ma umożliwić korespondencyjne wybory nie zostanie uchwalona (lub uchwalona w kształcie uniemożliwiającym wybory w maju).

Dziś wszystko wskazuje na to, że rozstrzygnie się to na kilka dni przed terminem wyborów. Właściwie nie wiadomo, jakie mogą być tego następstwa – poza trudnym do wyobrażenia chaosem. Wszystko w czasie, gdy krajowi szczególnie potrzeba jest stabilność. Choć formalnie byłoby to zwycięstwo opozycji, to wcale niekoniecznie opozycja zyskałaby zwiększone poparcie. Nie można wykluczyć, że gdyby PiS w takich warunkach zdecydował się na przeforsowanie przedterminowych wyborów parlamentarnych, to uzyskałby w nich poparcie dające mu większość dwóch trzecich w Sejmie. Polska weszłaby na „węgierską ścieżkę”.

Są jednak powody, by znacznie większe prawdopodobieństwo przypisać realizacji majowych wyborów korespondencyjnych. Można w tym przypadku przewidywać (z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością), że frekwencja będzie niska, choć jej poziom będzie zależał od „stanu pandemii” i tego, czy opozycyjni kandydaci zdecydują się na bojkot wyborów. Jak dotąd – choć prawie wszystko wiadomo o regułach majowych wyborów – bojkot nie został zapowiedziany. Nawet więcej, Kosiniak-Kamysz i Biedroń już zadeklarowali, że się nie wycofają, choć ich partie korespondencyjne wybory majowe oceniają jako godzące w porządek konstytucyjny. Kidawa-Błońska wezwała do bojkotu, ale w telewizji TVN pojawiły się...  jej wyborcze spoty. To zachowania niespójne i w kategoriach etycznych nieklarowne.

Kompromis nie jest wykluczony

Po wyborach majowych trzeba się oczywiście spodziewać licznych wniosków o uznanie ich przez Sąd Najwyższy za nieważne. Uznanie zasadności tych wniosków przez Sąd przyczyni się do wzrostu politycznej polaryzacji, ale inne rozstrzygnięcie polaryzacji nie zapobiegnie. Dodatkowo liczyć się oczywiście trzeba z negatywnymi konsekwencjami „słabego mandatu” prezydenta, zarówno dla funkcji wypełnianych przez niego w kraju, jak i dla zagranicznej pozycji Polski.

Nie ma jak dotąd podstaw, by opisując polski system polityczny po blisko pięciu latach rządów PiS posługiwać się określeniem „dyktatura”, ale są powody, by niepokoić się narastaniem autorytarnych cech systemu, a także postępującą alienacją ośrodków władzy. To groźny proces, który obecnie może gwałtownie przyspieszyć – w pewnym sensie przybrać charakter żywiołowy. Zbliżające się wybory prezydenckie mogą stać się negatywną cezurą. Nie wydaje się jednak by było to nieuchronne.

Opozycja przywiązana do zasad liberalnej demokracji jest słaba, de facto podzielona i znajduje się w defensywie. Ośrodki rządzące nie są jednak wszechmocne i intencjonalnie chyba nie zmierzają do radykalnego odrzucenia demokratycznego systemu.

Nie jest wykluczony kompromis w obrębie klasy politycznej. W każdym razie takie założenie powinna przyjąć opozycja. Jej liderzy nie powinni zapominać, że ich środowiska w przeszłości były także uwikłane w forsowanie pomysłów wątpliwych z perspektywy liberalnego systemu demokratycznego. Wystarczy przypomnieć forsowanie w latach 90. prawa do wydawania przez rząd dekretów z mocą ustaw lub „falandyzację prawa” za prezydentury Lecha Wałęsy. Duża część polityków obecnej lewicy nie powinna zapominać o swoich „dokonaniach” z czasów PRL. Ważniejsze jest jednak uznanie, że PiS ma demokratyczny mandat, który skutecznie odnowił po czterech latach rządów i utrzymuje poparcie społeczne. Można nad tym ubolewać, ale to niesporny fakt.

Po bandzie praworządności

Po oświadczeniach Łukasza Szumowskiego w sprawie majowych wyborów jeden z posłów KO użył określenia „ludobójstwo”. Wcześniej poseł Gawkowski (Lewica) z sejmowej trybuny wymachiwał kajdankami. Adam Michnik („Gazeta Wyborcza” z 18-19.04.) napisał: „…dwa widma [PiS i koronowirus] zawarły szatański sojusz, by przekształcić demokratyczną Rzeczpospolitą w dyktaturę... obóz Kaczyńskiego chce wciągnąć opozycję w rozwiązania, które ją skompromitują, ośmieszą”. To wezwania do walki bez kompromisów. Wydaje się, że część (ale niewielka) wyborców taką opcję popiera. To przede wszystkim następstwo aroganckich zachowań obozu rządowego, takich jak powierzenie faktycznego nadzoru nad wyborami prezydenckimi Jackowi Sasinowi, zdyscyplinowanemu funkcjonariuszowi PiS.

Bywa, ze pryncypialna polityka „dawania świadectwa” nie ma rozsądnej alternatywy. Nie wydaje się jednak, by wymuszała ją obecna sytuacja. Ciągle jeszcze można i warto poszukiwać rozwiązania, które zapobiegnie skrajnemu nasileniu konfliktu i pozwoli utrzymać zasadnicze cechy demokratycznego systemu. Sądzę, że nie należy odrzucać propozycji odroczenia terminu wyborów na drodze zmiany konstytucji. Oczywiście nie ma co udawać, że jej realizacja oceniana w kategoriach standardów legislacyjnych nie budzi żadnej wątpliwości. To na pewno byłoby pójście „po bandzie” praworządności.

Ponieważ konstytucja pozwala na pierwsze czytanie projektu zmiany konstytucji po 30 dniach od złożenia wniosku, to Sejm i Senat – by zdążyć przed wyznaczonym już terminem wyborów – musiałyby po prostu zatwierdzić projekt wcześniej nieformalnie uzgodniony przez reprezentantów partii zasiadających w parlamencie. Ale ten projekt w kategoriach oceny następstw politycznych wydaje się zrównoważony.

Dwa lata dla opozycji

Jest faktem, że jego realizacja daje Andrzejowi Dudzie (a więc można przyjąć, że PiS) dwa lata więcej, ale przecież jest wysoce prawdopodobne, że wybory przeprowadzone w maju Duda wygra. Ponadto za dwa lata sytuacja społeczno-gospodarcza dla PiS będzie trudniejsza, a opozycja uzyskuje też szansę zarysowania wiarygodnej alternatywy dla polityki rządu. Także szansę konsolidacji i wymiany własnych kandydatów. Dominacja opozycji w Senacie (choć potencjalnie chwiejna) i ograniczona dominacja PiS w Sejmie uzasadniają też ocenę, że obóz rządowy, nawet korzystając z pomocy prezydenta, nie będzie zdolny do swobodnego przepychania niedemokratycznych uregulowań.

Pozostaje jeszcze postulat Jarosława Gowina, by wybory prezydenckie odbywały się w formie korespondencyjnej. Nie wydaje się, by opozycja mogła (powinna) go zaakceptować, a jeżeli już, to tylko pod warunkiem ustanowienia rzeczywistych gwarancji przed ryzykiem fałszerstw wyborczych.

Szanse na zapobiegnięcie zaostrzeniu politycznego konfliktu ze względu na wybory prezydenckie są niewielkie, ale nie zdejmuje to odpowiedzialności z całej klasy politycznej, by podjąć poważną próbę.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA