fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Ryszard Czarnecki: Rok 2020 - Iran, brexit, wybory krajowe oraz nowy budżet

Ryszard Czarnecki
European Union 2019 - Source : EP/ Michel CHRISTEN
Nowy rok w polityce międzynarodowej zapowiada się pasjonująco, ale też jest (niestety?) ilustracją starego chińskiego powiedzenia: obyś żył w ciekawych czasach - pisze europoseł i były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Anno Domini 2020 rozpoczął się likwidacją przez Amerykanów znaczącego irańskiego generała Kasema Sulejmaniego. To wydarzenie zdaje się otwierać nowy rozdział nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale też szerzej – w relacjach pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a całym światem muzułmańskim. Piszę te słowa w Brukseli, tuż po wypowiedzi przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, która oświadczyła, iż rolą UE jest „deeskalacja napięcia” powstałego w regionie Bliskiego Wschodu.

Jednocześnie pierwsza Niemka na stanowisku szefa Komisji od czasów Waltera Hallsteina, a więc od równo półwiecza, nie dała się dziennikarzom wyprowadzić na bezdroża antyamerykanizmu. Nie potępiła akcji Waszyngtonu, który zapowiedział ewentualne kolejne działania USA, których celem może być ponad 50 obiektów w Islamskiej Republice Iranu (tak oficjalnie brzmi nazwa tego państwa). To dobrze świadczy o „numerze 1” w KE, choć na pewno „Bruksela” w sprawie Teheranu będzie bliższa linii Francji i Niemiec, a więc głównych obok prezydenta Obamy akuszerów „perskiego” porozumienia państw zachodnich z Iranem z 2 kwietnia 2015 r.

Irangate 2

Sytuacją wokół Teheranu i potencjalnym kryzysem międzynarodowym wkrótce zajmie się również Parlament Europejski w Strasburgu. Grupa polityczna, w której mam zaszczyt reprezentować Polskę – Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy – zgłosi projekt rezolucji, w którym położymy nacisk na wycofanie się przez Islamską Republikę Iranu z JCPOA, czyli wspomnianego już układu dotyczącego zamrożenia przez Iran prac nad programem nuklearnym. To oczywiście reakcja ze strony Teheranu na amerykański atak, ale zwracam uwagę na dosyć charakterystyczne przeniesienie w tym kontekście przez eurodeputowanych punktu ciężkości i odpowiedzialności na Bliski Wschód, a nie na świat transatlantycki.

Debata ta odbędzie się mniej więcej na dwa tygodnie przed planowanym brexitem, dla którego torysi uzyskali silny wyborczy mandat w House of Common – skądinąd to najlepszy wynik Partii Konserwatywnej od czasów „Iron Lady” – premier Jej Królewskiej Mości Margaret Thatcher. Jednocześnie był to najgorszy wynik laburzystów, czyli Partii Pracy, od 82 lat. Rezultat brytyjskich wyborów zapala zielone światło dla historycznego pierwszego opuszczenia przez kraj członkowski UE.

Jeśli formalnie nastąpi wyjście Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej z UE, to i tak wciąż nie będziemy wiedzieli, na jakich odbędzie się to warunkach w wymiarze gospodarczym i finansowym. Do końca tego roku ma bowiem być wynegocjowany „deal rozwodowy”, który określi, na jakich zasadach będziemy jako Unia współpracować z Wyspami Brytyjskimi.

Teoretycznie może się to zakończyć nawet sytuacją „no deal”, czyli bez porozumienia, co będzie obustronnym walkowerem w relacjach między obydwoma „Wysokimi Umawiającymi się Stronami” po obu brzegach kanału La Manche.

Prezydent nr 45 czy 46?

W europejskiej rzeczywiści A.D. 2020 ciekawe będą wybory w wielu krajach. Pokażą one bowiem, jak rozkładają się sympatie polityczne społeczeństw państw członkowskich UE po latach wyraźnego skrętu w prawo i narastania na Starym Kontynencie nastrojów eurosceptycznych.

Pierwszą kartkę tego wyborczego kalendarza zerwali Chorwaci, którzy dość niespodziewanie, wbrew prognozom, wybrali na prezydenta kraju nie dotychczas urzędującą głowę państwa Kolindę Grabar-Kitarović, ale byłego socjalistycznego premiera Zorana Milanovicia.

Jeszcze w tym roku wybory prezydenckie odbędą się w Polsce, Grecji, Mołdawii, Islandii oraz na Białorusi. Z kolei parlamenty zostaną wyłonione w Macedonii Północnej, Chorwacji, Gruzji, Czarnogórze, Rumunii, Serbii oraz na Słowacji i Litwie. Puentą do tych wyborów będą te, które tradycyjnie rozstrzygnięte zostaną w pierwszy wtorek listopada: wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, które zadecydują, czy dalej będzie urzędował 45. prezydent w dziejach USA, czyli Donald John Trump, czy będziemy mieć prezydenta nr 46? Pewne wydaje się to, że do Białego Domu Amerykanie delegują polityka mającego siedemdziesiąt parę lat, gdyż alternatywną dla 73-letniego Donalda Trumpa jest 78-letni ekswiceprezydent Joe Biden lub też 79-letni Bernie Sanders. To dosyć charakterystyczna tendencja, obecna nie tylko zresztą w Ameryce.

Ciągnące się negocjacje

Z polskiego, ale też europejskiego punktu widzenia kluczowe będą rozstrzygnięcia dotyczące budżetu UE na lata 2021–2027. Zapadną one w drugim półroczu 2020 r. Spełniła się więc moja prognoza sprzed roku, gdy podkreślałem, że decydujące starcie o nową siedmioletnią unijną perspektywę finansową odbędzie się podczas prezydencji niemieckiej w UE (od 1 lipca do 31 grudnia), a nie – jak optymistycznie zakładał to premier Mateusz Morawiecki – podczas prezydencji chorwackiej.

Oczywiste jest, że Niemcom zależało, aby decydujące rozstrzygnięcia miały miejsce podczas półrocznego przewodnictwa Zagrzebia w Unii, tak aby kontrowersyjne rozstrzygnięcia dla szeregu krajów nie owocowały pretensjami do Berlina jako głównego „playmakera” w Europie, ale raczej do najnowszego członka Wspólnot Europejskich – będącej formalnie raptem sześć lat w UE Chorwacji. Ten plan się nie powiódł, bo powieść się nie mógł: dotychczasowa praktyka wskazywała bowiem, że negocjacje budżetowe przeciągają się aż do późnej jesieni roku poprzedzającego nową „siedmiolatkę”. Tak też będzie i tym razem. Jestem przekonany, że podobnie będzie przed kolejną siedmioletnia perspektywą finansową na lata 2028–2034.

Odcinanie kuponów

Prawdę mówiąc, Chorwacja nie miała specjalnie głowy do unijnego budżetu, choć przecież będzie jego istotnym beneficjentem. Zajmowała się bowiem sama sobą, czyli wyborami prezydenckimi. To zresztą przypomina pierwsza polską prezydencję w Unii, czyli drugie półrocze 2011 r.

Warto przypomnieć, że prezydencje poszczególnych krajów w UE nie są losowane, tylko negocjowane i poszczególne państwa mają istotny wpływ na to, aby wybrać, czy „ich” kierowanie Unią odbędzie się rok później czy pół roku wcześniej. To oczywiste, że wciąż urzędująca prezydent Kolinda Grabar-Kitarović wolała, aby elekcja w jej kraju odbywała się w czasie jego przewodnictwa w UE, gdy może się pokazać jako głowa państwa i rozgrywać na europejskiej arenie swoje wybory – tak samo jak Donald Tusk i Platforma Obywatelska chcieli odciąć kupony – i uczynili to – w wyborach do polskiego parlamentu podczas naszej prezydencji. Inna rzecz, że traktowanie własnej prezydencji w UE jako swoistego zakładnika gry wyborczej, choć nie ma przeciwko temu prawnych przeciwwskazań, jednak nie pozwala skoncentrować się rządowi danego kraju w pełni na wykorzystaniu tego sześciomiesięcznego okresu do zwiększania zysków w obszarze własnego interesu narodowego na arenie międzynarodowej.

Europa w cenie netto

Walka o maksymalnie dużą część budżetu unijnego dla Rzeczypospolitej jest o tyle rzeczą strategiczną, że będzie to – powiedzmy to w końcu dobitne, jasno, szczerze i otwarcie, patrząc prosto w oczy Polakom, polskim podatnikom, polskim wyborcom – ostatnia „siedmiolatka”, podczas której przez cały czas jej trwania Polska będzie „na plusie”, czyli będzie beneficjentem unijnych środków przez wszystkie siedem lat, do 2027 roku włącznie. W kolejnej „siedmiolatce” sytuacja zmieni się diametralnie – w następnej perspektywie finansowej, może jeszcze nie w roku 2028 czy nawet 2029, ale na pewno najpóźniej w połowie kolejnego okresu siedmioletniego 2028–2034 Polska stanie się płatnikiem netto. Oznacza to, że nasza składka członkowska przekraczać będzie to, co od Unii uzyskamy na różnego rodzaju projekty.

Myśleć jak stara Unia

Polska więc za około dekadę znajdzie się w grupie państw takich jak Niemcy, Francja, Holandia, Szwecja czy Austria oraz szereg innych, zwłaszcza krajów tzw. starej Unii, czyli państw dawnej „15”. W wymiarze politycznym oznaczać to będzie prawdopodobnie wzrost eurosceptycyzmu w naszym kraju – skoro będziemy musieli do tego interesu dopłacać. W praktyce rządzenia powinno oznaczać to, że będziemy starali się – tak jak czynią to państwa bogatszej Europy Zachodniej czy Europy Północnej – szukać tzw. ulicy dwukierunkowej, gdy chodzi o unijny budżet. Polega to na znajdowaniu takich instrumentów finansowych, które będą generować powrót jak największej części składki członkowskiej danego państwa – płatnika netto – do tegoż państwa z powrotem.

Analiza projektu budżetu UE 2028–2034 pokazuje znaczący wzrost środków na politykę migracyjną, których beneficjentami stają się najbogatsze państwa, bo to one właśnie są adresem dla przybyszów z Azji czy Afryki. Ale również następuje wzrost środków na naukę i badania naukowe – przy czym gros tych pieniędzy pójdzie nie do państw „nowej Unii”, czyli krajów, które do UE wstąpiły, poczynając od 2004 roku, lecz do krajów takich jak wspomniane tu już Niemcy, Francja, Holandia itd.

Warto do tego wyzwania przygotować się dziesięć lat wcześniej, a nie dziesięć miesięcy wcześniej.

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA