fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bogdan Góralczyk: Wojna dżinów

Prof. Bogdan Góralczyk
Fotorzepa/ Robert Gardziński
Mówimy: wojna handlowa, ale płynące zewsząd sygnały dowodzą, że mamy do czynienia z czymś poważniejszym – przekonuje sinolog i politolog.

Chodzi już nie tylko o cła i ujemne salda handlowe. Szefowa wydziału planowania w Departamencie Stanu USA Kiron Skinner mówi o „wojnie cywilizacyjnej" z Chinami. Na naszych oczach rozpętał się bój o prestiż i dominację, o nowy ład światowy o to, jak będzie wyglądało oblicze przyszłości: gospodarcze, polityczne, a nawet ideowe.

Można się tylko dziwić, że zaczęło się tak późno. Przecież według oficjalnych danych amerykańskich deficyt USA w handlu z Chinami w ostatnich dwóch dekadach bezustannie rósł, a w ostatnich latach zamykał się niebagatelnymi sumami: 337 mld dolarów w 2016 r. i 375,5 mld dolarów w 2017. A w roku ubiegłym suma była rekordowa: 419 mld.

Nic dziwnego, że biznesmen z rodowodu i przekonań Donald Trump nie dał się zwieść chińskim umizgom podczas spotkań na szczycie w jego rezydencji w Mar-a-Lago na Florydzie i „wizyty oficjalnej plus", jakiej nie ma w protokole dyplomatycznym, czyli „cesarskiej" w Chinach. Dokładnie policzył, do ogromnego ujemnego salda w handlu dodał jeszcze podobnie wielkie sumy z kradzieży i nieuczciwych praktyk w przejmowaniu amerykańskich technologii oraz patentów i wyszło mu proste w wymowie przesłanie: tak dalej być nie może!

Zerwane rozmowy

Dlatego 1 marca 2018 r. ogłosił 25-procentowe stawki celne na importowane towary stalowe oraz 10-procentowe na aluminium. A od 6 lipca uderzył już wprost w Chiny, a nie wszystkich eksporterów do USA. Natomiast 17 września ub.r. zapowiedział dalsze kroki, które – jak zagroził – wejdą w życie od 1 stycznia.

Trzecie spotkanie na szczycie z Xi Jinpingiem podczas szczytu G20 w Argentynie spowodowało, że zamiast nowych stawek celnych rozpoczęły się trudne negocjacje. Ich dziesięć rund formalnie zakończonych 29 kwietnia 2019 r. w Pekinie porozumieniem, liczącym 130 stron, które niosło nadzieję na przyszłość. Zadowolony był prezydent Trump, który 5 maja nazwał trudne rozmowy prowadzone przez swych reprezentantów Roberta Lighthizera oraz sekretarza skarbu Stevena Mnuchina jako „efektywne" i „mogące przynieść historyczny, monumentalny deal".

Jego negocjatorzy byli bardziej wstrzemięźliwi w ocenach. Może dlatego, że już wiedzieli, co im powiedział za zamkniętymi drzwiami (tylko im, nie całej delegacji) chiński główny negocjator, zaufany Xi Jinpinga, wicepremier Liu He. Zapewne ostrzegł ich przed tym, co za chwilę nastąpiło: wynegocjowane porozumienie nie zyskało akceptacji najwyższych władz w Pekinie, a 24-osobowe Biuro Polityczne na posiedzeniu 13 maja zarzuciło mu, iż strona amerykańska poszła w swych żądaniach za daleko, a niektóre jej postulaty są „nietrafione co do treści i świadomie wprowadzające w błąd". Co więcej, „mogą otwarcie podważyć stabilność polityczną i społeczną" Chin.

Nie wyjaśniono publicznie, o jakie dokładnie żądania chodziło, ale z nielicznych przecieków wynikało, że poszło o pełne otwarcie chińskiego internetu, manipulacje kursowe i finansowe po stronie chińskiej, nadmierną rolę chińskich konglomeratów państwowych w inwestycjach i handlu, a nade wszystko o stworzenie specjalnego mechanizmu monitorującego wprowadzanie w życie przyjętych ustaleń.

Wszystko pękło 8 maja, gdy strona chińska przesłała do Waszyngtonu mocno pokreślone porozumienie. Dla nieprzyzwyczajonych do takich metod Amerykanów był to policzek, a Trump zareagował natychmiast: od 10 maja wprowadził zapowiadane od września ub. r. dodatkowe cła na chińskie towary o wartości 200 mld dolarów. Zapowiedział też kolejne cła na następne 300 mld, czyli cały import z Chin, co teraz wisi w powietrzu.

Chińczycy wstrzymali wyjazd Liu He o dzień na rzekomo ostatnią, jedenastą rundę rozmów do Waszyngtonu, ale ostatecznie wysłali go, doskonale wiedząc, że gdy będzie tam przebywał, nowe stawki celne wejdą w życie. Te rozmowy miały już tylko formalny charakter, nic nie przyniosły.

Owszem, strona chińska wyraziła gotowość dalszego ich prowadzenia i zaprosiła Lighthizera i Mnuchina do Pekinu, a po kilku dniach wprowadziła własne cła na amerykańskie towary (w wysokości 64 mld dolarów, proporcjonalnie do poziomu amerykańskiego). Ale najwyraźniej delegacja amerykańska do Pekinu się nie wybiera. Podniosły się natomiast spekulacje, że pod koniec czerwca w Osace przy okazji kolejnego szczytu G20 dojdzie do następnego spotkania Xi–Trump.

Prymat technologiczny

Chińczycy mają świadomość tego, o co poszło. Dlatego w specjalnej białej księdze opublikowanej 1 czerwca powołali się na znaną zasadę: „nic nie jest wynegocjowane, dopóki wszystko nie jest zamknięte". Mimo to Amerykanie i tak zrzucają na nich winę za zerwanie rozmów, a nowych jak dotąd nie chcą rozpocząć.

W Chinach tymczasem odsunięto od rozmów Liu He, a dalsze losy negocjacji wziął w swoje ręce sam Xi Jinping, już i tak zgryźliwie zwany „przewodniczącym od wszystkiego". To znaczy, że po obu stronach mamy w grze dyplomację personalną, a nie instytucjonalną. To od instynktów, konkretnych zachowań i zdolności negocjacyjnych liderów, a nie dyplomatów czy ekspertów, zależą teraz dalsze losy najpierw rozmów, a potem stosunków dwustronnych, słusznie nazywanych „najważniejszymi relacjami dwustronnymi na globie", bo obejmującymi przecież dwa największe organizmy gospodarcze świata.

Tyle tylko, że gdy negocjacyjny i handlowy dżin wyskoczył z butelki, natychmiast okazało się, jak wiele w tych relacjach nabrzmiało problemów, uprzedzeń, niedomówień, napięć i podejrzliwości. Zniknęła wartość w takich sytuacjach kluczowa – zaufanie. A spory natychmiast przeniosły się poza handel.

Gdy tylko rozmowy handlowe się wywróciły, natychmiast pojawiła się sprawa chińskiej firmy Huawei, co nie mogło być żadnym zaskoczeniem dla tych, którzy śledzili te relacje i znali głośne wystąpienie wiceprezydenta Mike'a Pence'a z 4 października 2018 r. w Instytucie Hudson, gdy w istocie rzeczy – jak zgodnie twierdzą analitycy i obserwatorzy – wypowiedział on Chinom nową zimna wojnę, a skupił się wcale nie na handlu czy cłach, lecz najnowszych technologiach i konkurencji w tej dziedzinie.

Amerykanie, podobnie jak cały Zachód, z coraz większą podejrzliwością przyglądali się chińskiemu programowi ogłoszonemu już w 2015 r. i od tamtej pory szybko rozwijanemu. Wzorowany na niemieckiej strategii Przemysł 4.0 ma na celu stworzenie z Chin mocarstwa nie tylko gospodarczego i handlowego, jakim już są, lecz także technologicznego i innowacyjnego. W dziesięciu kluczowych dziedzinach wyprowadzić je ma na pozycję światowego lidera. Ambitne chińskie plany, w tym eksploracja Marsa, lądowanie na ciemnej stronie Księżyca w początkach 2019 r., duże nakłady na rozwój sztucznej inteligencji, a przede wszystkim przewaga osiągnięta przez Huawei w technologii 5G, sprawiły, że spór szybko wszedł także na obszar najnowszych technologii.

Strona chińska zresztą szybko to potwierdziła, gdyż pierwszą wizytę, po zerwaniu rozmów handlowych, Xi Jinping (mając u boku Liu He, co znaczące) złożył 21–23 maja w prowincji Jiangxi, zaczynając ją od miejscowości Ganzhou, jednego z największych producentów podzespołów ziem rzadkich, na które Chiny posiadają światowy monopol, a bez których – co wiedzą wszyscy naukowcy – dalszy postęp technologiczny nie jest możliwy.

A potem prezydent Xi udał się do pobliskiej kolebki chińskich komunistów i zaczął mówić o nowym Długim Marszu, natomiast telewizja centralna wyemitowała kilka filmów z czasów wojny koreańskiej, ze sztandarowym „Shangangling" na czele, gdzie chińscy ochotnicy dawali popalić amerykańskim żołnierzom.

Godność i ambicje

W Chinach, które myślą znakami i gdzie wszystko jest symbolem, przesłanie jest jednoznaczne: chcecie starcia i konfliktu, to proszę bardzo, choć – ostrzegamy – zwycięzców w tym pojedynku nie będzie, będą sami przegrani.

„Chiny nie chcą walczyć, ale nie boją się walki" – jak powiedział w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" chiński ambasador w RP Liu Guangyuan, powtarzając tym samym obowiązującą dziś w ChRL mantrę. Nie dodał natomiast, że w tamtejszych ocenach eksponuje się inny, symboliczny wymiar: Amerykanie chcą narzucić Chinom swoje warunki, a te – mając przykre doświadczenia nierównoprawnych traktatów w swej historii – w żadnej mierze ponownie się na to nie zgodzą. „Równość i godność" – jak powiedział w wywiadzie wicepremier Liu He.

Chiny nie ustąpią, to pewne, ale do czego jeszcze ta eskalacja doprowadzi, trudno przewidzieć. Wiemy, skąd się wzięła – z asertywności i wielkich ambicji Xi Jinpinga oraz jego ekipy zawartych w programie „wielkiego renesansu" Chin, o czym niedawno pisałem obszerny tom, jak też tym bardziej z geostrategicznych wizji nowych Jedwabnych Szlaków, które uświadomiły Amerykanom, że oto rośnie im potężny rywal.

Pierwszy dostrzegł to wytrawny analityk ze środowiska wywiadowczego Michael Pillsbury, dziś – też znaczące – szef Instytutu Hudson, w którym Mike Pence wygłosił swą „wojowniczą" mowę. To Pillsbury jako pierwszy przekonał amerykańskie elity, że Chińczycy zaproponowali im „stuletni maraton" o dominację. A inny ekspert, Graham Allison z Harvardu, doszedł do wniosku, że oto mamy do czynienia z nową odsłoną „pułapki Tukidydesa", jak ją nazwał, czyli zderzeniem dotychczasowego hegemona z szybko rosnącym w siły pretendentem, niczym Aten i Sparty w starożytnej Grecji.

Książka Allisona wyszła i w Polsce, jest do wglądu, a on sam jest zapraszany do Chin, w przeciwieństwie do Pillsbury'ego, któremu właśnie, po latach, odmówiono wizy. Co więcej, chińskie elity, w tym sam Xi Jinping, do pojęcia „pułapki Tukidydesa" się odwołują – chcą jej uniknąć, choć wcześniej odkryły swe śmiałe plany i tym samym wypuściły pierwszego dżina z butelki, bo ten handlowy jest tylko jego młodszym wcieleniem.

W sedno trafił Kevin Rudd, były premier Australii, a dzisiaj szef renomowanego Stowarzyszenia Azjatyckiego w USA, który kiedyś był dyplomatą w Chinach i płynnie mówi po chińsku. W tomie wydanym w styczniu 2019 roku, znamiennie zatytułowanym „Wojna jest do uniknięcia", stawia twardą i słuszną tezę: przez ponad cztery dekady Amerykanie byli w Chinach zaangażowani, najpierw wspólnie z nimi zwalczając ZSRR, a później, po 1992 r., gdy Chiny z woli Deng Xiaopinga otworzyły się na globalizację, wietrząc tam ogromne interesy dla siebie.

Od ubiegłego roku mamy już jednak zupełnie nowy etap i nową odsłonę: strategiczną rywalizację. Ani Rudd, ani nikt inny nie wie, czym się ona zakończy. Tak naprawdę losy tego pojedynku są w rękach dwóch ludzi – Donalda Trumpa i Xi Jinpinga. To zarazem wojna ich woli i charakterów. A przy tym niebezpieczna zamiana sporu o wartości i normy na nagie interesy oraz zupełne zepchnięcie w cień dotychczasowej liberalnej mantry w amerykańskim portfolio. Nie najlepsza to konstatacja w sytuacji, gdy chodzi przecież o losy nie tylko Amerykanów i Chińczyków, lecz i całego świata.

Autor jest politologiem, sinologiem, dyrektorem Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego. W 2018 r. opublikował książkę „Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA