fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Hubner: Błękitna flaga w biało-czerwonym pochodzie

Fotorzepa/ Dariusz Gorajski
Kto niszczy symbole, ten niszczy marzenia tych, którzy odnajdują w nich sens. Dlatego nie powinniśmy patrzeć obojętnie na spalenie flagi europejskiej – przekonuje ekonomistka i posłanka do Parlamentu Europejskiego.

Minął już ponad miesiąc od momentu, kiedy to, jak co roku, 11 listopada przez Warszawę przeszedł kolejny Marsz Niepodległości. To ciekawe, ale po tak krótkim okresie, już prawie go nie pamiętamy. Być może dlatego, że tym razem ze względu na obecność na czele pochodu prezydenta, premiera i innych przedstawicieli władz, miał on spokojniejszy przebieg niż marsze w poprzednich latach. 12 listopada wszyscy obudziliśmy się z westchnieniem pewnej ulgi. Uff! Centrum Warszawy tym razem nie zostało zdemolowane przez domorosłych patriotów spod znaku Falangi i ONR.

Ten zbiorowy oddech ulgi pokazuje, jakimi staliśmy się minimalistami, jeśli chodzi o standardy zachowań w naszym życiu politycznym. Cieszymy się, że neofaszystowskie bojówki nie zawłaszczyły całkowicie naszej zbiorowej przestrzeni, która powinna być wspólna. Ale przecież pomimo generalnie spokojnego przebiegu marszu, wspólna ona nie była. I to sprawia, że nie powinniśmy nad tym wydarzeniem przejść tak szybko do porządku dziennego.

Bo zdarzyło się w trakcie marszu kilka tzw. incydentów, które w istocie nie były żadnymi incydentami, tylko szczerym wyrazem tego, co jego organizatorzy myślą o Polsce, o jej roli w świecie, o narodowej zbiorowości i wzajemnym szacunku. Nie powinniśmy na to przymykać oczu, tylko dokładnie się temu przyjrzeć. To nasza moralna odpowiedzialność jako obywateli, którzy mają chronić polską niepodległość i przekazać ten imperatyw ochrony jako depozyt – acz nie własność – następnym pokoleniom.

Młodzież Wszechpolska uczy się od posłów

W trakcie marszu została spalona flaga Unii Europejskiej. Można powiedzieć, że był to wyskok paru niedojrzałych młodzieńców z ONR, a samo znęcanie się nad flagą europejską to już pewna rutyna, obecna na marszu od dawna. Tylko że nic nie dzieje się bez przyczyny. A przykład idzie z góry. Warto przypomnieć, że jednym z pierwszych kroków po wyborach 2015 r. było usunięcie flag Unii Europejskiej z sali Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (choć ostatnio w obliczu wyborów europejskich wróciły), a posłanka do Sejmu Niepodległej Rzeczypospolitej nazwała ten symbol europejskiej jedności „szmatą". Czy w tych warunkach powinniśmy się dziwić, że młody aktywista z Młodzieży Wszechpolskiej nazywa flagę Unii „kawałkiem materiału"? Można powiedzieć, że delikatnie, w porównaniu do wynurzeń pani posłanki.

„Młodzieniec wszechpolski" nie ma świadomości albo jest mu zupełnie obojętne, że znieważając ten „kawałek materiału", wyklucza 87 proc. Polek i Polaków, którzy pragną pozostania w Unii Europejskiej. Ci Polacy, jeśli nie mają rozdwojonej jaźni, nigdy nie pójdą na Marsz Niepodległości firmowany przez jego organizację i jej ideowych pobratymców, takich jak ONR.

Ci butni młodzi ludzie nie mają pojęcia, że za tym „kawałkiem materiału" stoi wysiłek kilku pokoleń Europejczyków, aby nie dopuścić do powtórzenia hekatomby wojennej, w której również ci, którzy tę flagę niszczą i opluwają, zapewne byliby pierwszymi ofiarami. Nie rozumieją, że ta skromna, nieagresywna flaga, i ideały, które ona wyraża, jest też ICH ubezpieczeniem na przyszłość: aby mogli wieść normalne życie, założyć rodziny i być Polakami bez obaw, że kolejna wojna im to życie odbierze. Jak nie nazwać tego inaczej niż po prostu głupotą? Być może niektórzy z nich zrozumieją to za czas jakiś. Ale nie możemy zmarnować tego czasu, który jest.

Symbole pełnią wielką rolę w życiu poszczególnych wspólnot, które je przyjmują za swoje. Kto te symbole niszczy, niszczy jednocześnie marzenia i aspiracje swoich rodaków, którzy odnajdują w nich to, co nadaje sens ich codziennemu wysiłkowi.

Dlatego nie powinniśmy patrzeć obojętnie na spalenie flagi europejskiej i widzieć to wydarzenie li tylko jako marginesowy incydent.

Mięso armatnie na ulicy

Tym bardziej że w kontekście europejskim to przejaw szerszego trendu. Polscy narodowcy nie są specjalnie lotni, choć na pewno politycznie sprytni. Mają dość ograniczony repertuar: krzyk na całe gardło, odpalanie rac i niszczenie symboli tego, czego nie znają, ale nienawidzą. To nie jest przyszłościowy program polityczny.

Ale tuż za ich plecami oraz ich przyjaciół, takich jak zaproszona na warszawskie uroczystości Forza Nuova, stoją ludzie, którzy już wyzbyli się „radykalizmu ulicznego" i uprawiają „radykalizm cyniczny". Ludzie, którzy wiedzą, że to, czego nie da się zdewastować, można przejąć na własność. To ludzie jak Marine le Pen, Matteo Salvini czy Victor Orbán. Oni wiedzą, że prawdziwe walki są toczone nie przez narodowych bojówkarzy na ulicy, bo to tylko „mięso armatnie", ale w gabinetach oraz przy urnach wyborczych. Oni nie palą flag, tylko próbują krok po kroku rozmontowywać Unię Europejską, poprzez negowanie rządów prawa, wycofywanie się ze wspólnego kształtowania polityk (np. dotyczących migracji), niezgodę na obowiązujące procedury dotyczące budżetów krajowych czy poziomu deficytu.

W najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego są całkowicie zdeterminowani, pokazują swoją siłę. Oni nie żartują – chcą naprawdę przejąć Unię Europejską. Wiedzą, że pewnie nie uda się im to teraz za jednym zamachem. Ale wstawienie silnej reprezentacji prawicowo-radykalnych nacjonalistycznych populistów do głównego organu przedstawicielskiego Unii pozwoli im włożyć nogę pomiędzy drzwi.

Nie zyskają jeszcze tam takiej władzy, jaką niektórzy z nich już mają w swoich krajach, ale będą mogli wsadzać kij w szprychy i blokować rozwiązania dla najbardziej istotnych wyzwań stojących przed Unią, na przykład rozsądnej i włączającej polityki imigracyjnej czy polityki klimatycznej. I od tych cząstkowych zwycięstw rozpoczną swój długi marsz poprzez europejskie instytucje. Taka jest przynajmniej ich nadzieja.

I musimy zrobić wszystko, my Polacy i inni Europejczycy, na poziomie europejskim, ale też w swoich krajach, aby te ich nadzieje okazały się płonne.

Radosny marsz polsko-europejski

Bardzo istotna jest wysoka proeuropejska frekwencja w majowych wyborach. Ona zawsze była relatywnie niska. Ale do tej pory w tych wyborach stawaliśmy przed decyzjami o charakterze politycznym, nigdy egzystencjalnym. Tym razem jest inaczej. Te wybory naprawdę zadecydują o tym, czy symbolicznym kolorem Europy będzie nadal błękit, tak jak na spalonej w Warszawie fladze UE, czy też kolor brunatny.

Ale taka wysoka frekwencja nie bierze się znikąd. W każdych wyborach odzwierciedla ona to, że identyfikujemy się z tym, za czym głosujemy. W tej identyfikacji symbolika odgrywa rolę kluczową.

8 grudnia obchodzimy co roku Dzień Flagi Europejskiej. Do tej pory to święto było jakby niewidoczne w przestrzeni publicznej. W tym roku też przeszło niezauważalnie. Ale widzę – na razie w swojej wyobraźni – ogromny marsz dla wspólnej Europy, tego dnia w Warszawie i innych polskich miastach w przyszłym roku. I wierzę, że wzięliby w nim udział także ci uczestnicy Marszu Niepodległości, którzy widzą Polskę i w kolorze biało-czerwonym i w kolorze błękitnym, natomiast nie chcą jej widzieć w kolorze brunatnym.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA