fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Wakacyjna afera w Austrii

Sebastian Kurz, najmłodszy w historii kanclerz Austrii, po rozwiązaniu koalicji w maju tego roku.
AFP
Zniszczenie dokumentów rządowych rodzi pytanie, co i kiedy wiedział były kanclerz Sebastian Kurz.

– Nic się nie stało. To całkiem normalna sprawa – w taki sposób skomentował Karl Nehammer, sekretarz generalny Austriackiej Partii Ludowej, ÖVP byłego kanclerza Sebastiana Kurza, doniesienia mediów o zniszczeniu dokumentów rządowych w podejrzanych okolicznościach. Media zdążyły już ochrzcić całą sprawę mianem „afery z udziałem niszczarki", dopatrując się w niej drugiego dna.

Wszystko wygląda rzeczywiście bardzo podejrzanie. Chodzi o pięć dysków pamięci, których zniszczenie zlecił wyspecjalizowanej firmie jeden ze współpracowników kanclerza. Co ciekawe, nie podał prawdziwego nazwiska ani też, że chodzi o zlecenie urzędu kanclerskiego. Uczestniczył przy tym osobiście w procesie niszczenia, czyli kruszenia dysków. Aby zaś mieć pewność, że nikt nie będzie w stanie poskładać kawałków, nakazał trzykrotne powtórzenie procesu niszczenia.

Zdaniem pracowników firmy zleceniodawca zachowywał się przy tym bardzo nerwowo. Przypomnieli sobie o wszystkim w chwili, gdy sprawą zainteresowała się policja. Rzecz w tym, że tajemniczy mężczyzna nie uregulował rachunku za usługę opiewającego na niecałe 70 euro. Zniknął i jedynym śladem, jaki do niego prowadził, był numer telefonu. W ten sposób nie został jednak namierzony, bo wcześniej jeden z pracowników firmy utylizacyjnej zauważył nieuczciwego klienta w telewizji. Stał obok kanclerza Kurza w czasie wiecu byłego już wtedy szefa rządu. Sprawa trafiła na łamy tygodnika „Falter", wywołując sporo zamieszania.

Rzecz w tym, że akcja niszczenia rządowych dokumentów miała miejsce w maju tego roku, na kilka dni przed głosowaniem w parlamencie nad wotum nieufności dla koalicyjnego rządu Sebastiana Kurza popieranego przez jego konserwatywną ÖVP oraz skrajnie prawicową Wolnościową Partię Austrii (FPÖ). Wniosek złożyła opozycja po przetasowaniach w gabinecie Kurza, który pozbył się z rządu ministrów FPÖ.

Pułapka na Ibizie

Uczynił to w chwili, gdy również w maju tego roku światło dzienne ujrzała tzw. afera z Ibizy z udziałem szefa FPÖ Heinza-Christiana Strachego. Rzecz dotyczy spotkania w wilii na Ibizie z kobietą podającą się za krewną Igora Makarowa – rosyjskiego oligarchy. W oparach alkoholu i nikotyny rozmawiano o wykupieniu przez nią udziałów w największym austriackim dzienniku „Kronen Zeitung" o nakładzie ponad 700 tys. egzemplarzy, czytanym przez dwa i pół miliona osób.

Pod nowym kierownictwem dziennik miałby wspierać FPÖ, które to ugrupowanie, będąc w rządzie, postara się o kontrakty dla firm Makarowa.

Spotkanie na Ibizie miało miejsce w lipcu 2017 roku, trzy miesiące przed wyborami parlamentarnymi w Austrii. Wiadomo już było, że w ich wyniku prawicowi populiści z FPÖ mają spore szanse na udział w rządzie. Tak się zresztą stało i Strache został wicekanclerzem.

Ustalenia na Ibizie zostały zarejestrowane z wszelkimi szczegółami. Nagranie trafiło tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, do niemieckich mediów: „Spiegla" oraz „Süddeutsche Zeitung". Wyszło na jaw, że na szefa prawicowych populistów została zastawiona pułapka. Udział w niej mieli brać: wiedeński adwokat, prywatny detektyw oraz kobieta udająca krewną rosyjskiego oligarchy. Wciąż jednak nie wiadomo, kto zlecił całość. Ślad prowadzi podobno do jednej z lewicowych organizacji w Niemczech. Miała na to przeznaczyć 600 tys. euro.

Przygotowania do wyborów

Kanclerz Kurz zareagował natychmiast po ujawnieniu wydarzeń na Ibizie, rozwiązując koalicję. Miał nadzieję, że w rezultacie uzyska w przyszłych wyborach lepszy wynik niż w 2017 roku, co da mu większe pole manewru przy formowaniu nowego rządu. Pytanie, jakie pojawia się obecnie w związku ze skandalem nielegalnego niszczenia dokumentów rządowych, dotyczy tego, czy Sebastian Kurz wiedział o tym, co wydarzyło się na Ibizie, formując koalicję w 2017 roku z FPÖ Strachego. Jeżeli tak, byłby to przejaw jego politycznej niedojrzałości i hipokryzji.

Dowodów na potwierdzenie takiej tezy oczywiście brak. Mało prawdopodobne, że znajdowały się na zmielonych dyskach. – To nic innego jak typowa afera wakacyjna, która pozostanie bez wpływu na dalszy przebieg wydarzeń politycznych – zapewnia „Rzeczpospolitą" Andreas Unterberger, były naczelny wiedeńskiej „Die Presse".

– Cała sprawa nie będzie miała większego wpływu na przebieg wyborów parlamentarnych. Może nawet nieco pomóc Kurzowi w zdobyciu dodatkowych głosów po prawej stronie sceny politycznej. To w wyniku odgrzania afery z udziałem Strachego – twierdzi austriacki polityk Hannes Swoboda, były szef socjalistów w PE.

Nowe wybory parlamentarne odbędą się pod koniec września. Niewykluczone, że w ich wyniku austriacka polityka powróci w utarte koleiny, czyli współpracy pomiędzy socjaldemokratami z SPÖ oraz chadekami z ÖVP. Nie można też wykluczyć, iż odrodzi się koalicja ÖVP z populistami z FPÖ już bez Strachego.

Na obie partie głosowało w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego w sumie ponad 53 proc. Austriaków. ÖVP uzyskała wynik o cztery punkty procentowe lepszy niż dwa lata temu do parlamentu krajowego. Obciążona skandalem FPÖ straciła osiem punktów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA