fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Prezydent i rzecznik praw obywatelskich chcą, by inicjatywa była dla ludzi

Fotorzepa, Robert Gardziński
Prezydent i rzecznik praw obywatelskich popierają pomysł, by obywatele mogli wnosić projekty do Sejmu, podpisując się pod nimi w internecie.

Estonia, Łotwa i Hiszpania – to tylko kilka państw, których mieszkańcy mogą drogą elektroniczną składać podpisy pod projektami, które trafiają do parlamentu. Czy podobnie będzie w Polsce? Chce tego łódzki Instytut Spraw Obywatelskich.

Instytut od 2012 r. zajmuje się obywatelską inicjatywą ustawodawczą, a w styczniu z Uniwersytetem Gdańskim i Uniwersytetem Łódzkim rozpoczął nowy projekt poświęcony temu tematowi. – Chcemy zbadać, jak inicjatywa obywatelska funkcjonowała na przestrzeni ostatnich 20 lat, sprawdzić, które wymogi były najbardziej problematyczne, i przeprowadzić wywiady z osobami, które składały takie projekty w Sejmie – mówi Maria Jaraszek z Instytutu Spraw Obywatelskich. – W kolejnym roku chcemy napisać ustawę o inicjatywie ustawodawczej z rozporządzeniami i przeprowadzić jej konsultacje społeczne – dodaje.

Już wiadomo, że jednym z pomysłów będzie możliwość zbierania podpisów drogą elektroniczną. O tym, że propozycja nie jest bez szans, świadczy fakt, że przedstawiciele instytutu dwukrotnie w tej sprawie spotkali się z prezydenckim ministrem Andrzejem Derą. I usłyszeli od niego, że prezydent jest przychylny tej inicjatywie.

Zwolennikiem pomysłu jest też rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar, który w tej od kilku lat wysyła pisma do premiera i ministra cyfryzacji. W 2016 r. minister Anna Streżyńska odpisała mu, że możliwość zbierania podpisów drogą elektroniczną „jest możliwa do realizacji i zasługuje na poparcie". W listopadzie 2018 roku następca Streżyńskiej Marek Zagórski napisał z kolei, że w celu realizacji propozycji należałoby zastosować środki identyfikacji elektronicznej, np. podpis elektroniczny albo profil zaufany.

Po co w zasadzie ułatwiać obywatelom zbiórkę podpisów? Bo zdaniem Instytutu Spraw Obywatelskich do Sejmu trafia zaskakująco niska liczba takich inicjatyw.

Z wyliczeń instytutu wynika, że w latach 1997–2015 do Sejmu wpłynęło blisko 6 tys. projektów ustaw. Były wśród nich 53 projekty złożone przez obywateli, z których Sejm uchwalił tylko 11.

W dodatku często się zdarza, że Sejm projektów nawet nie odrzuca, tylko latami trzyma w zamrażarce. We wtorek pisaliśmy w „Rzeczpospolitej", że z końcem kadencji do kosza trafi sześć projektów, pod którymi podpisało się niemal milion osób. Były wniesione w latach 2011–2015, a zgodnie z prawem projekty obywatelskie obowiązuje tzw. zasada dyskontynuacji, jednak działa tylko jedną kadencję do przodu.

By zmusić posłów do poważniejszego traktowania inicjatyw ludowych, łódzki instytut chciałby też m.in. zakazu odrzucania ich w pierwszym czytaniu i wprowadzenia sztywnych terminów kolejnych czytań, by zlikwidować zamrażarkę.

Nie brakuje też jednak głosów, że głębsze zmiany w ustawie o inicjatywie ustawodawczej nie są wcale potrzebne. – Projekt ustawy w Sejmie może wnieść 15 posłów. Jeżeli jest jakaś sprawa wymagająca uregulowania, zawsze tak niewielka grupa polityków się znajdzie – uważa Marek Borowski, były marszałek Sejmu, a dziś senator niezrzeszony. – Inicjatywy obywatelskie siłą rzeczy ograniczone są więc do spraw światopoglądowych oraz pomysłów niemożliwych do realizacji. W dodatku od kilku lat obywatele mogą w łatwy sposób wnosić petycje, które już wielokrotnie zamieniły się w uchwalone ustawy. Zupełnie nie rozumiem, do pisania jakich projektów instytut chce więc zmotywować Polaków – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA