Polityka

Zuzanna Dąbrowska: Bardzo długa smycz szefa Rady Ministrów

Fotorzepa, Robert Gardziński
Premier Mateusz Morawiecki ma duży zakres samodzielności, znacznie szerszy niż miała Beata Szydło. Ale przyjdzie czas, że będzie musiał za to zapłacić.

„Rząd Beaty Szydło był rządem PiS, a rząd Mateusza Morawieckiego jest rządem Mateusza Morawieckiego" – to pogląd dominujący wśród polityków PiS. Dystans wobec nowego premiera jak dotąd manifestuje się w otwartym krytykowaniu jego szefa dyplomacji za wycofanie z agendy tematu reparacji wojennych od Niemiec.

Na miodowy miesiąc nowy rząd liczyć więc nie może. – W tym rozróżnieniu rządów jest widoczna jakaś zmiana jakościowa – mówił w programie #RZECZoPOLITYCE senator PiS Jan Żaryn. – Idziemy w kierunku koncepcji rządu kanclerskiego, w którym premier ma instrumenty oddziaływania bezpośredniego na swoich ministrów. Nie jest to gabinet resortowy.

Zdaniem polityka PiS silną pozycję premiera widać po obsadzie tych ministerstw, które utworzono na bazie starego resortu rozwoju, bo wyraźnie to jest sfera przypisana wyłącznie jemu. – A nie różnym ministrom posiadającym w swoich resortach różne zaplecza polityczne – dodał senator.

Żaryn podkreślił, że to jeden z problemów „świetnej skądinąd pani premier Szydło". – Tamten rząd nie był stroną do końca samodzielną i samoistną – uznał. – Dziś wydaje się, że pan prezes Kaczyński zdecydowanie przeciął tradycję ostatnich dwóch lat. I podjął jednoznaczną decyzję: „premier Morawiecki jest premierem rządu autorskiego i do niego proszę się zwracać w sprawach rządowych, a nie do mnie".

Senator, zapytany o rolę w rządzie Joachima Brudzińskiego ze ścisłego kierownictwa partii, odpowiedział krótko, że „zaufanie jest rzeczą piękną, ale w polityce musi być podtrzymane odpowiednimi instrumentami".

Co to oznacza dla perspektyw rządu Morawieckiego? Nieustanne chodzenie po polu minowym. W sytuacji gdy lider większości sejmowej nie bierze na siebie odpowiedzialności za działania Rady Ministrów, jej szef będzie musiał się tłumaczyć przed partią za wszelkie – małe i duże – ewentualne wpadki. Co więcej, to on zapłaci za nie polityczną cenę. Nie ma też wątpliwości, że gdy nadejdzie odpowiednia pora, nie będzie żadnych problemów, by – np. przed wyborami – wymienić go na prawdziwego lidera całej formacji. Nikt w PiS nie podniesie ręki w jego obronie

Ale są także dobre strony takiego modelu: Morawiecki w wielu kwestiach ma wolną rękę i może testować poparcie elektoratu dla bardziej umiarkowanych rozwiązań. Jego rząd ma się podobać centrowym wyborcom, a PiS będzie robić swoje w parlamencie. Choć większość tego „swojego" raczej jest już przeprowadzona i drugą połowę kadencji można spędzić na zbieraniu owoców „dobrej zmiany". No, chyba że coś się wymyśli, by zaspokoić oczekiwania poseł Krystyny Pawłowicz albo posła Stanisława Pięty. Tylko że do tego opinia rządu nie będzie wcale potrzebna.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL