fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Estonia: Spór o granicę czy o niepodległość

Henn Polluaas
Henn Polluaas
Wikimedia Commons, Attribution-ShareAlike 4.0 International (CC BY-SA 4.0)/Erik Peinar
Przewodniczący parlamentu po raz kolejny przypomniał, że Rosja zajmuje tereny, które do niej nie należą.

– 2 lutego świętowaliśmy stulecie podpisania pokoju w Tartu, w którym Rosja uznała niepodległość i integralność terytorialną Estonii. Wtedy ustalono granicę, która – zgodnie z międzynarodowym prawem – istnieje do dziś – powiedział w telewizyjnym orędziu Henn Polluaas, żegnając rok 2020.

Problem, który do dziś zatruwa stosunki estońsko-rosyjskie, polega na tym, że ZSRR w 1944 roku, ponownie zajmując tereny swego sąsiada, odebrał mu dwa kawałki terytorium: jeden położony na prawym brzegu Narwy i drugi, na południowym wschodzie – rejon peczorski (po estońsku Petseri). Polluaas twierdzi, że to 5 proc. przedwojennego terytorium kraju.

– Podobne wypowiedzi źle wypływają na perspektywy ratyfikacji rosyjsko-estońskiego porozumienia o granicy – odpowiedział Estończykowi szef komisji spraw zagranicznych rosyjskiego parlamentu Leonid Słucki.

Oba państwa zakończyły wytyczanie granicy w terenie jeszcze w 1996 roku. W 2005 podpisały formalne porozumienie o przebiegu granicy, ale Rosja go nie ratyfikowała. Moskwa obraziła się za wspomnienie w jego preambule pokoju z Tartu, uważając, że będzie to podstawa do estońskich roszczeń terytorialnych. Rosyjski MSZ cały czas podkreślał, że „po wejściu Estonii w skład ZSRS wszelkie spory terytorialne zostały rozstrzygnięte". Tallin zaś domagał się odwołania do starego traktatu, chcąc podkreślić ciągłość swej niepodległości i wyznaczyć okres sowieckiej okupacji, nie zgadzając się z wypowiedziami rosyjskich polityków o „dobrowolnym wejściu do ZSRS".

W 2014 roku wynegocjowano kolejne porozumienie, tym razem bez wspominania o pokoju z Tartu. Ale i tym razem Moskwa odmówiła ratyfikowania go, domagając się, by Tallin zaprzestał prowadzenia „rusofobicznej polityki", w tym ograniczania używania języka rosyjskiego w republice. Ale prezydent Kersti Kaljulaid już w 2020 roku powiedziała, że estoński był i pozostanie jedynym językiem urzędowym, a jeśli ktoś chce dokonać awansu społecznego musi się go nauczyć. Rosyjskie media natychmiast oskarżyły ją o rasizm.

Nie zważając na brak porozumienia, estońskie władze budują ogrodzenia wzdłuż granicy z Rosją. Decyzję o tym podjęto w 2015 roku, dopiero jednak obecnie ukończono pierwszy ich kilometr wraz z infrastrukturą drogową i obserwacyjną. W zeszłym roku jednak ten sam Henn Polluaas zapowiedział, że teraz Tallin odmawia podpisania umowy granicznej w takiej postaci, jaką przybrała. Służba prasowa parlamentu natychmiast poinformowała, że to jest osobisty pogląd przewodniczącego, a nie oficjalne stanowisko państwa. Pani prezydent zapewniła, że Estonia nie zgłasza do nikogo pretensji terytorialnych.

Moskwa jednak spokojnie reaguje na wypowiedzi Polluaasa. Należy on do Estońskiej Partii Konserwatywno-Ludowej, do której Kreml odnosi się z sympatią. Jej główni działacze, ojciec i syn Helme, twierdzili np. ostatnio, że wyniki wyborów prezydenckich w USA zostały sfałszowane, a Estończykom polecali „ograniczenie swych źródeł informacji o nich do Russia Today i (skrajnie prawicowego amerykańskiego wydania internetowego) Breitbart".

Część Estończyków uważa ich ugrupowanie za neofaszystowskie. Wcześniej bowiem Helme ojciec proponował, by homoseksualiści, którym nie podoba się w Estonii, wynieśli się do Szwecji. Podobnie mówił o czarnoskórych, choć w kraju jest ich mniej niż mało.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA