fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Umierać po chorwacku

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek
Żałoba, skrucha i odkupienie w najnowszym opowiadaniu warszawskiego prozaika.

Na placu Trzech Krzyży zapada zmrok. Z żółtego budynku Centrum Kształcenia Nauczycieli wyszedł mój kolega, znakomity polonista, z tym drugim. Byli pogrążeni w rozmowie. Nie zauważyli mnie i skierowali się w stronę antykwariatu „Kosmos", tam można kupić książki wydane przed wojną. Gombrowicz i Leśmian, Staff i Witkacy. Wraz z ich oddalającym się widokiem kończył się pewien etap w moim młodym życiu, choć jeszcze wtedy tego nie wiedziałem. Tak jakby świat tych dwóch stał się dla mnie zamknięty. Stanąłem poza kręgiem, to na pewno.

Z przystanku ruszył autobus, nieznośny ryk silnika i gejzer spalin. Powlokłem się w stronę Nowego Światu. Złapię tramwaj do Dworca Centralnego. W pokoju założę słuchawki, zakręci się czarna płyta, a oko gramofonu będzie świeciło. Matka na pewno już śpi za ścianą. Płacz by mi pomógł, ale niestety nie byłem już dzieckiem. Po co ja się ładowałem w tę polonistykę? Po co mi to było potrzebne? Błąd, z którego nie mogłem wtedy zdawać sobie sprawy.

To wszystko przeleciało mi naraz przez głowę, bo właśnie mijaliśmy plac Trzech Krzyży w brudnym samochodzie Pedra. Rodzaj majaku z przeszłości, wracaliśmy z pogrzebu pani Agnieszki, nauczycielki języka polskiego. Wnętrze wozu było pokryte papierosowym popiołem, który kleił się do deski rozdzielczej i wewnętrznych stron drzwi. Kilka napoczętych paczek marlboro leżało w schowku z wyrwaną pokrywą. Natychmiast po zajęciu miejsca za kierownicą Pedro zapalił. Najgorętszy dzień lata, temperatura grubo ponad 30 stopni, asfalt się topi. W samochodzie Pedra spodnie zaczynają ściśle opinać uda.

– Ona nas uczyła kultury – mówi Pedro ze szlugiem w zębach. – Na przykład tego, że należy zawsze zdejmować kamizelkę razem z marynarką. Bo w kamizelkach siedzą tylko gangsterzy, czyli ludzie o niskiej kulturze.

– Albo – mówię – że nie należy nosić ubrań ani niczego ze znakiem „Playboya", ponieważ to wyraz tandety, która u nas wtedy, za komuny, była uznawana za szczyt mody. Co, Pedro?

Kiwa głową, jedziemy Belwederską. To wszystko wydarzyło się za czasów brudnej komuny w ubogim kraju nad Wisłą. Siedzieliśmy w ławkach. Pedro i ja w pierwszej w rzędzie pod oknem. Weszła. Zaczęła się lekcja języka polskiego. Myślę, że około siedemdziesiąt procent tego, o czym nam opowiadała, było dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Zresztą mało co pamiętam. Minęło prawie trzydzieści lat.

Pedro wkłada kasetę do starego magnetofonu. Leci disco polo. Muzyka w sam raz na pogrzeb.

– Fajnie grają chłopaki z Białegostoku, a Zenek to prawdziwek!

Dzień piękny, upalny. Środek lipca. Pogrzeb. Smutek po nagłej śmierci pani Agnieszki i kretyńska muzyka w samochodzie Pedra. Ile ten gruchot ma lat, skoro jeszcze zamontowano mu kaseciaka? Ten absurd na pewno spodobałby się pani Agnieszce, uwielbiała takie klimaty. Na lekcjach nie mogła powstrzymać się od uszczypliwych uwag, na przykład o gipsowym popiersiu Piotra Wysockiego stojącym na szafie w pracowni. Wiele razy, to akurat dobrze pamiętam, witała się z tym gipsem. Kiedy pani Agnieszka nie uczyła już w naszej szkole, podczas jednej z lekcji, kiedy sami siedzieliśmy w klasie, zdjąłem popiersie i roztrzaskałem je o podłogę. Sam nie wiem, czemu to wtedy zrobiłem. Najprawdopodobniej z nudów.

Pedro już wtedy nie chodził do mojej klasy. Po pierwszym roku nauki dowiedzieliśmy się, że pani Agnieszka odchodzi do innego liceum. Wtedy Pedro i jeszcze dwie osoby postanowiły przenieść się wraz z nią, żeby je nadal uczyła. Przyznam, że mi – zalęknionemu chłopcu, który dziękował Bogu, że dostał się właśnie do tego, wymarzonego liceum – nawet myśl o pójściu za panią Agnieszką nie przyszła do głowy. A oni właśnie ją wybrali. Dlatego Pedro mówi teraz:

– Chciałem niedawno do niej pójść, odwiedzić, i za późno. – Zapala kolejnego szluga. – A pogrzeb był taki sobie, za krótki, za mało o niej mówiono, właściwie nic nie powiedziano. Urna do grobu i koniec.

Działo się wiele, ale faktycznie – bardzo szybko. Msza krótka, po kazaniu ksiądz odczytał coś, co napisał syn pani Agnieszki. Ostatnie jego słowa do matki. Było o tym, co on chciał jej jeszcze powiedzieć, a czego nie zdążył. Pod koniec fragment pieśni niemieckiego poety w jego, syna pani Agnieszki, tłumaczeniu. Wszyscy słuchali. Stałem w kruchcie i kiedy uroczystość zbliżała się ku końcowi, pogrzebowy przeprosił mnie, bo trzeba było zrobić przejście. Wieńców było kilka, więcej wiązanek. Ja miałem siedemnaście róż przewiązanych żałobną wstęgą, Pedro nie miał nic. Może dlatego, że dowiedział się o pogrzebie w ostatniej chwili z gazety, choć to go wcale nie tłumaczy. Może po prostu woli przeznaczyć taką sumę na marlboro, bo ciężko pracuje, a – jak nauczał Mahomet – nie należy troszczyć się o umarłych, bo tylu żywych potrzebuje jeszcze naszej pomocy.

– Pokój nauczycielski ją wykończył. Z jednej szkoły ją wywalili, a potem z drugiej.

Patrzę na Pedra. O tym nie wiedziałem. Niby dlaczego, pytam, przecież ona była taka dobra, poszliście za nią, co było nie tak?

– Towarzysko nie była w stanie się przystosować i poszła na uniwerek – słyszę odpowiedź.

– To wiem. Zrobiła doktorat z baroku. Podłość ludzka nie zna granic, wiesz z której to książki?

Pedro rży. „Moja mała blondyneczko, sha la, la, la, la..." – leci z kaseciaka.

– Obiecałem ją odwiedzić – nawija Pedro – ale się nie udało, porozmawiać, powspominać stare czasy, o sztuce, muzyce, poezji...

Głęboko się zaciąga, a ja chciałbym teraz posłuchać piosenki opowiadającej o tym wszystkim, co się nam przydarzyło. Czegoś na przekór koszmarowi sączącemu się z głośników w samochodzie Pedra. O tym, co znaczy moje spotkanie kiedyś z panią Agnieszką, o naszej późniejszej znajomości, o śmierci i tym, co po śmierci. I jeszcze o nastroju, który to wszystko spowija. Melodia jest wyraźna, potem roztapia się nieoczekiwanie. Ale oddaje wszystko, co było i co jest. Kto mógłby o tym zaśpiewać? Cohen? Dave Matthews? Chyba ktoś taki. Potrzebowałbym tego kawałka teraz i potem.

Pani Agnieszka miała dużą kolekcję płyt. Słuchała klasyki i jazzu. Ja klasyki nie słucham, bo od razu dołuję, natomiast jazzu jak najbardziej. Złapaliśmy kontakt. Miles, Coltrane, Mingus, Evans, Jarrett, Garbarek i Marsalis. Pożyczyła mi Rona Cartera, a ja jej Christiana Scotta, spodobał się. Rona Cartera na szczęście skopiowałem, gra na basie piccolo, pani Agnieszka wyjaśniła mi, co to za instrument, bo nie wiedziałem. Ciekawe, czy Pedro to wie, on jest bardzo muzykalny. Kiedyś grał na gitarze, miał dłuższe paznokcie prawej dłoni. Znał nuty. Miał sporą wiedzę na temat klasycznej hiszpańskiej gitary. Odegrał nawet mały recital w mieszkaniu pani Agnieszki na Gocławiu, dokąd zaprosiła cała nasza klasę. Dużo książek, dużo płyt, Wish You Were Here, Led Zeppelin II, w przechodnim pokoju stał fortepian. Pedro rozłożył pulpit z nutami, zabrzdąkał.

Teraz prowadzi starego opla, jedziemy ulicami stolicy po pogrzebie pani Agnieszki. A w ogóle kim dziś jest Pedro? Przez rok chodziłem z nim do liceum, potem dostał się na studia razem ze mną, ale pauzował. Sporadyczny mieliśmy ze sobą kontakt i nadal taki mamy. Studia Pedro skończył i zaczął pracować, ale za Boga Ojca nie wiem, co on tak naprawdę robi. Kilka razy pytałem, zawsze zbywał żartem. Teraz kolejny raz próbuję. Odpowiada:

– Chyba największa kurwa to komornik. Komornikiem nie mógłbym być.

Potem zmienia temat:

– Byłem w odwiedzinach u kumpla na odwyku w Tworkach. Chodzą z gwizdkami od alkomatów na szyjach.

– A jak komuś wyskoczą promile?

– Wyrzucają. On tam jest już drugi raz. Po pierwszym razie poszedł w miasto.

Kiedyś w mieszkaniu pani Agnieszki piłem belgijskie piwo, a ona raczyła się Cointreau i paliła papierosa za papierosem. Wypaliła całą paczkę. Już nie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy. Może o naszej bezkrwawej rewolucji, dzięki której moskiewskie pachołki powchodziły na europejskie salony, brylują w wysokonakładowej prasie, w telewizji. A jakie były jej poglądy? „Pokażę panu, gdzieś tu mam, moją wizytówkę z tytułem feministka". Głowę miała nabitą psychologicznymi teoriami, starała się dostosowywać je do bieżących wydarzeń, tłumaczyć je nimi, wtedy w charakterystyczny sposób drgała jej górna warga. To była postać z absolutnej elity naszego społeczeństwa, otwarta i uśmiechnięta, nie zarozumiała, pełna ciepła, humoru. Ludzka po prostu, bo szukała zrozumienia w drugim człowieku.

– Wiesz co? – odzywa się Pedro. – Ja bym ją wtedy przeleciał, wtedy w liceum. Duży biust i do tego zawsze świetnie ubrana. Na głowie bandana, nikt tak wtedy nie nosił. Takie były czasy.

Nie odpowiadam, coś kotłuje mi się teraz w głowie, bandany w ogóle nie pamiętam. Słońce grzeje. Twarze ludzi na tym pogrzebie, dwie, może trzy znajome. Jeden facet to chyba jakiś palant z telewizji. W każdym razie kościół był pełen ludzi. Krótko, sprawnie poszło. Godzinka, z odprowadzaniem do grobu może trochę dłużej. Kilka słów męża wypowiedzianych załamującym się głosem. Zapamiętałem: „Jej ostatnie słowa to były: Mamusiu, mamusiu...". Jeszcze taki moment. Mąż wyjmuje z torby prezenty, których pani Agnieszka nie zdążyła już dostać, gliniany aniołek i chyba jeszcze coś. Kładzie je na płycie między kwiatami.

Przez całą drogę z kościoła do grobu Pedro męczył mnie pytaniami, co pani Agnieszka ceniła w literaturze, czym się ostatnio zajmowała, bo chciałby się z tym zapoznać i się odchamić. Z początku nie wiedziałem, czy mówi poważnie. Ale potem opowiedziałem o Henrym Jamesie, którego pani Agnieszka ceniła zarówno jako prozaika, jak i teoretyka literatury. Pedro kiwał głową. Od jakiegoś czasu nie miał na nic czasu, harował u prywaciarza, choć nie wiadomo, w jakim charakterze. Ja Jamesa poznałem dzięki pani Agnieszce, dotąd znałem tylko nazwisko. A potem ona pożyczyła mi tom opowiadań Amerykanina i wciągnąłem się. Na przykład opowiadanie w formie pliku listów, które – czytane przez anonimowego narratora – harmonijnie układają się w fabułę. Albo o facecie przez całe życie absurdalnie zadręczającym się, że nad jego życiem wisi przekleństwo i obarczającym swą fobią jedyną kochającą go kobietę, z którą przez cały czas pozostawał w przyjacielskiej relacji. A kiedy leżała na śmiertelnym łożu, dopiero wtedy uświadomił sobie, że oto przekleństwo spełnia się wraz z jej śmiercią. Zrozpaczony upadł na grób przyjaciółki, bo za życia nie potrafił jej docenić.

Przypomniałem sobie o Białoszewskim. Mówił o nim przy grobie mąż pani Agnieszki, przypominam Pedrowi o tym poecie, chyba jednym z ulubionych zmarłej. Pokiwał głową. Zaciągnął się kolejnym marlboro.

Potem słucham siebie i nie wierzę:

– Pedro, a może skoczymy do burdelu?

– Nie znałem cię od tej strony, zawsze taki zamyślony, subtelny... – śmieje się.

Parkuje na chodniku, wciąż ciągnie kiepa. Najwyraźniej się zastanawia, ja też jestem oszołomiony. Przecież jeszcze nigdy tam nie byłem, skąd ta myśl, odruch. Ale z wolna rośnie pewność, że to jest nieodwołalne, rzeczywiste i ostateczne.

– Stypy nie było...

Rechoczemy obaj, po czym Pedro ustala plan: mam czekać w barze „Akacja" na Nowogrodzkiej, on odstawi grata pod dom i wróci najszybciej, jak się da. Burdel jest na Brackiej, jak w piosence. W bramie domofon i w górę schodami. Kolega opowiadał mi, wielokrotny bywalec. Połączone dwa mieszkania tworzą lokal o nazwie „Anturia", nikt się nie zastanawia, co to znaczy.

W „Akacji" siadam przy stoliku, natychmiast przyklejam się do krzesła i dzwonię do żony. Będę trochę później, kochanie, bo mamy stypę w lokalu, jest kilkoro znajomych, będziemy wspominać, więc wrócę późno, myślę, że po jedenastej, kłamanie dobrze mi wychodzi, wręcz świetnie, lekko i z polotem, żona rozumie, straszna sytuacja, nagła śmierć pani Agnieszki na plaży w Chorwacji, nią też to wstrząsnęło, choć nigdy się nie poznały.

Zamawiam piwo i upewniam się przy barze, że wódka jest zimna. Wchodzi Pedro, bierzemy po setce. Pijemy.

– Za panią Agnieszkę!

– Za świętej pamięci!

– Taką stypę sobie robimy, prawda Pedro? – mówię, ale już sensu w tym nie ma.

Pedro pije do dna i woła kelnera. Jest w jego geście władczość, którą zawsze podziwiałem. Jeszcze w liceum zaszokował mnie wyznaniem, że chciałby choć raz w życiu zabić człowieka, bo każdy prawdziwy mężczyzna powinien tego doświadczyć. Może nawet nie samo wyznanie zrobiło na mnie takie wrażenie, ile absolutna pewność, z jaką Pedro je wygłosił.

Tym samym pewnym siebie głosem zamówił jeszcze po setce wódki. Pijemy, szykując się do drogi. Chcę teraz zapytać Pedra, czy po tych wszystkich latach nadal chce zabić człowieka, a może już to zrobił, ale powietrze ze mnie uchodzi, rezygnuję. Maszerujemy w stronę Brackiej.

Pani Agnieszka zdecydowanie odradzałaby nam dzisiejszą eskapadę. Zbyt ważna była dla niej sytuacja kobiet, ich status moralny, materialny, jeszcze jakiś. Ponieważ interesowała się feminizmem i za feministkę się uważała, wizyta u kurwy zawsze byłaby dla niej równoznaczna z poniżeniem kobiety, jej wykorzystaniem, potraktowaniem jak śmieć i ścierka do podłogi. Byłaby załamana, że tak zachowują się jej uczniowie, do tego w dzień jej pogrzebu. Czy Pedro zdaje sobie z tego sprawę? Nie mam pojęcia.

Wyślizgane poręcze na schodach, za kontuarem burdelmama inkasuje pieniądze.

– Po godzince, to będzie po 110 od każdego z panów.

– Ja jeszcze poproszę anala.

Znowu usłyszałem sam siebie, ale to przecież nie mogłem być ja. Mój artykuł drukowany w czasopiśmie „Ogród" był poświęcony poezji Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, czytała go pani Agnieszka jeszcze przed publikacją i bardzo chwaliła. Wystąpiłem na sesji polonistycznej z referatem zatytułowanym „Polski barok – między Europą a zaściankiem", który potem znalazł się w księdze wraz z innymi naukowymi tekstami. W księdze wydanej przez wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego. Długo leżała na wystawie w księgarni „Logos" i wielu na nią patrzyło. Bardzo wielu. Z innych moich dokonań wymieniłbym napisanie wstępu do antologii tekstów polskich autorów, traktujących o swoich małych ojczyznach, dostałem na to grant. I po tym wszystkim decyduję się na anala.

– Dopłata 100 złotych będzie.

– Ty zboczeńcu! – Pedro śmieje się serdecznie i klepie mnie między łopatkami. – Chłop musi się wyżyć – przemawia do burdelmamy i zaczyna wybór towaru.

Siedzą w letnim zaduchu. Na pierwszy rzut oka wszystkie są takie same. W pończochach, trzeźwe i podpite, brzydkie, wycieńczone, o wielkich oczach, delikatnych rysach, obolałe, obleśne, wydekoltowane, skacowane, podniecające i wyuzdane. Wali od nich sznapsem i czosnkiem, dezodorantami i perfumami, szminką i pudrem. Są w koronkach i na wysokich obcasach. Są wspaniałe!

Wybieram swoją panią, idziemy, jestem Marlena, zupełnie nie obchodzi mnie, co robi Pedro. Jakby wcale go nie było w burdelu na Brackiej. Zniknął. Rozpłynął się w lepkiej aurze tego miejsca, smrodzie odświeżaczy powietrza, potu klientów, pasty do podłogi, kurewskich perfum, wyziewów z kibla, kwaśnego oddechu burdelmamy.

W pokoju jest wygodne łóżko. Od razu przechodzimy do rzeczy. Robię chyba z osiem ruchów i po kilku profesjonalnych jękach Marleny jest po wszystkim. Mdląco słodki zapach wokół, zamykam oczy.

* * *

Prześladuje mnie do dziś. Mam go w nozdrzach, wydaje mi się, że przesiąkły nim włosy, kiedy rano używam grzebienia, wyłania się z szafy i z szafki w biurku. Nawet tu, w kraju o tak innym zapachu, w nadmorskim miasteczku, gdzie z Asiulą spędzam wakacje. Żona wychodzi właśnie z morza, jest równomiernie opalona, bawimy się tu już drugi tydzień. Adriatyk migoce w słońcu. Jest tak gorąco, że za chwilę wskoczę do wody i popłynę, nie myśląc o niczym. Jest to kraj pełen ptaków, palm, drzew figowych. Na sosnach bez przerwy grają cykady. Asiula naprawdę wypoczywa po całym roku harówki w biurze. Nade mną za to wciąż rozpościerają się ciemne skrzydła, sobą nie jestem, burdel za mną podąża, jest też ze mną, kiedy Asiula pragnie zbliżeń, a czas przecież im sprzyja. Kochamy się, ale kiedy leżę obok niej, tamto zawsze powraca. Odganiam jak mogę. Przykleiło się i na razie trzyma.

Rozmawiam z żoną o naszych planach, o tym, że za rok chcielibyśmy wrócić do Chorwacji, może do innego miejsca, a może właśnie raz jeszcze tutaj, gdzie jest nam dzisiaj tak dobrze, gdzie kobiety są smukłe, a dziewczyny wiążą włosy w koński ogon. Woda oblewa wystające z niej skały, na jednej stoi teraz Asiula w gumowych sandałkach, dobrze widzę zarys jej talii, która perfekcyjnym łukiem przechodzi w linię bioder. Ta dziewczyna ma w sobie radość, w jej ciele odbijają się teraz słoneczne promienie, te same, które przed chwilą pełgały po powierzchni morza.

Cieszę się. Podchodzę do żony, obejmuję i pociągam lekko w kierunku wody. Zanurzamy się oboje, potem miarowo się poruszam, Asiula gdzieś obok. Długo płynęliśmy, potem, pamiętam, rozgrzani przedpołudniem i głodni, kochaliśmy się w naszym pokoju. Asiula zapragnęła pozycji od tyłu. Wtedy nagle wróciło tamto stare, przewróciłem żonę na plecy. Nie mogłem inaczej.

W Chorwacji nagłą śmiercią zmarła pani Agnieszka. Nie wiem dokładnie, w którym kurorcie była, wcześniej dostałem od niej pocztówkę z Korčuli, znała ten kraj dobrze, to były kolejne tu wakacje. Nie wiem też, gdzie dokładnie to się stało: na plaży, w hotelu, a może w restauracji podczas degustacji owoców morza? To wszystko jest łatwe do ustalenia, mógłbym przecież zatelefonować do syna, popytać wspólnych znajomych. Nie będę tego robił. Niech chorwacka śmierć tej kobiety, która kochała jazz i Henry'ego Jamesa, pozostanie tajemnicą jej i rodziny. Ciało zostało skremowane w Chorwacji, do kraju przyjechała urna. Nie było trumienki, a pani Barbara tak bardzo trumienkę lubiła!

He, he, trumienko, gdzieś jest cmentarzyk,

Gdzie przykucniemy z wielką ochotą,

Żeby przykryci spierzchłą kapotą

Bardzo intymnie sobie pogwarzyć.

Czego ona się spodziewała? Przecież nie śmierci. Żyła intensywnie, miała zdanie niemal na każdy temat, często rozmawialiśmy i różniliśmy się na temat historii czy obecnej sytuacji w kraju. No i co z tego? Teraz, w obliczu jej nagłej śmierci, widać, jak te spory były nieważne, przecież liczyło się coś zupełnie innego. Błysk w jej oku, drżenie wargi, głośny wybuch śmiechu, gest, jakim przypalała papierosa. Spotkanie, wspólne słuchanie muzyki, bezinteresowny śmiech ze wszystkiego, z całego świata, może właśnie za ten śmiech i za uśmiech, którym zawsze mnie witała, najbardziej kochałem panią Agnieszkę.

Chorwacja to kraj złożony z Adriatyku, wysp na nim i wybrzeża. Asiula jest zachwycona. Rano biegnie i kupuje na targu owoce, wino w plastykowych butelkach po coli, czerwone i białe. Wieczorami pijemy je na tarasie, do tego mamy arbuza i winogrona. Wszystko smakuje, leczy. Asiula mówi:

– W takim kraju śmierć twojej nauczycielki nie była tak straszna jak w polskim szpitalu...

– Ale była nagła, przecież ona była jeszcze młoda, dopiero po pięćdziesiątce...

– Ja wiem. Nagła śmierć, ale spójrz wokół. – Asiula gryzie jabłko. – Tyle słońca i ci wszyscy ludzie wokół, tu trwają bezustanne wakacje.

– Czy to dobrze umrzeć w wakacje?

– Na pewno lepsze widoki niż na łóżko z ciężko chorym człowiekiem obok, a za nim łuszcząca się olejna farba.

Kładę rękę na opalonym udzie Asiuli, jest posmarowane oliwką, patrzymy sobie w oczy, długo, jeszcze dłużej. Wchodzimy do morza i płyniemy aż do boi kończących kąpielisko.

– Jeszcze dalej?

Wraca crawlem. Siedzę na ręczniku, a ona na leżaku. Przyglądam się. Jak to możliwe, że taka kobieta jest ze mną, co się takiego wydarzyło, że ona tu jest, może raz jeden w życiu byłem odważny i dzięki temu kiedyś poznałem tę dziewczynę. Burdel jednak powraca, zapach tamtej, natrętny, oblepiający, unosi się tuż nad powierzchnią czystego Adriatyku. Na ramieniu faceta leżącego obok tatuaż: „Bog i Hrvati", a pod napisem wydziergany miecz. Nie tak dawno temu pewnie był na wojnie, strzelał z moździerza, był snajperem, a może zwykłym szeregowcem i codziennie ryzykował życie. Za Chorwację, żeby jego kraj był dumny, żeby nie musiał się wysługiwać. Setki, tysiące takich jak on. Bili się. Teraz są tu, też się opalają, może chcą zapomnieć, a może przeciwnie – popijając piwo hajdučko – ciągle są tam, na froncie, w wioskach i miasteczkach, gdzie płynęła krew. Ręce całe czerwone, zgwałcona kobieta, rozwalone domy i słońce, wciąż grzeje tak samo. W wytatuowanym byłym żołnierzu to wszystko siedzi. Zresztą może to nie jest żaden żołnierz, przecież go nie zapytam, Asiula też nie.

Pani Agnieszka kochała Chorwację, dostawałem stąd pocztówki. Dopiero esemes o nagłej śmierci przerwał wszystko. Wtedy w samochodzie Pedro opowiadał, że ona miała świetny biust, ale ja zupełnie tego nie pamiętam. Teraz patrzę na biust Asiuli, która z zamkniętymi oczami leży w łososiowym bikini. O czym teraz myśli? Jak dobrze, że nie myśli o swoim mężu w burdelu, niech tak trwa na swoich wakacjach w Chorwacji, w której miesiąc temu zmarła pani Agnieszka. Asiula to kobieta o długich nogach i ładnych biodrach. Pośladki najkorzystniej wyglądają, gdy założy mini, w spodniach już nie robią wrażenia. Na głowie naturalnie jasne, proste włosy, Asiula to blondynka o jasnej karnacji. Dlatego wolno się opala i jest tak dumna ze swego chorwackiego wyglądu. A nocą, kiedy całuję jej piersi, brzuch i uda, wyobrażam sobie, że to rusałka, co przed chwilą wyszła z zimnej bagiennej toni i jest dla mnie tak łaskawa, bo zaraz musi tam powrócić. Obejmuje mnie białymi ramionami i cicho śpiewa w tylko sobie znanym języku.

– Asiula, co dziś zjemy na obiad?

– Nie chcę smażonych kalmarów, a ty?

Żona obejmuje zgiętą w kolanie nogę. Zastanawia się. Paznokcie stóp ma pomalowane na morski kolor.

– A może pójdziemy do supermarketu, kupimy coś, a ja ugotuję?

Droga do wielkiego sklepu jest jednocześnie dojazdówką do naszego miasteczka. Bardzo gorąco. Cykady bez przerwy śpiewają, na pniu drzewa po raz pierwszy widzę tego owada – przypomina większą muchę, choć z Asiulą wyobrażaliśmy je sobie jako koniki polne.

Dlaczego zdradziłem żonę? Po co mi to było? Czy to pani Agnieszka znad urny kazała mi jechać z Pedrem na Bracką? Przecież nawet dużo nie wypiliśmy. Trzymają wspomnienia, trzymam ciężką siatkę i Asiulę za drugą rękę. Marzę o zimnym piwie. Jedno takie stoi w lodówce w naszym pokoju.

Jemy kurczaka z ryżem, proponuję wino. Ona nie chce, mówi, że to w ciągu dnia rozleniwia, woli wieczorem. Ja mam jeszcze ožujsko w dwulitrowej butli. Wepchnąłem do lodówki, za pół godziny powinno nadawać się do picia. Z tarasu będę oglądał drzewa, w których aż roi się od ptaków, dużo gołębi i synogarlic. Może kiedyś wspomnienia się rozwieją, będę siedział i podziwiał synogarliczki dla samych synogarliczek.

Po obiedzie Asiula leży na łóżku i czyta kryminał. Autor pochodzi z Islandii, opowiadała mi o szkieletach znalezionych podczas budowy mieszkalnego bloku, ja zawsze mówię, że nie mogę czytać książek o mordowaniu. Przecież to tylko konwencja, literatura gatunkowa. A jak w Krakowie na osiedlu jeden drugiemu zapierdolił maczetą, to też jest konwencja? Zdenerwowałem się wtedy niepotrzebnie. Asiula nie dała się przekonać. Pani Agnieszka także lubiła skandynawskie kryminały, sypała nazwiskami pisarzy z tego kręgu, ale o tym ani o Chorwacji już nie porozmawiamy.

Patrzę na Asiulę. Czyta książkę, sięga po kubek z herbatą, odstawia, nie trafia. Wylewa się na stolik, na podłogę. Leje za łóżko. Zanim pójdę do łazienki po szmatę, bardzo wyraźnie słyszę swój głos, tak jak wtedy w burdelu, czysto i klarownie brzmi:

– Asiula, a może powinniśmy mieć dziecko?

(2013)

Autor jest pisarzem. Ostatnio opublikował zbiór opowiadań „Najlepsza dentystka w Londynie" (Arcana, Kraków 2014)

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA