fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bogate kluby piłkarskie nie chcą grać z biednymi

Legii w Warszawie udało się zremisować z Realem Madryt. Na zdjęciu Cristiano Ronaldo, Jakub Rzeźniczak i Alvaro Morata.
Rzeczpospolita, Piotr Nowak
Na piłkarską Ligę Mistrzów czekaliśmy 20 lat i gdy się doczekaliśmy, może się okazać, że spotkania Legii Warszawa z Realem Madryt były dla nas jedną z ostatnich tego typu atrakcji. Elita chce grać wyłącznie między sobą, bo tylko na takich meczach można zarobić. Tą samą drogą mogą pójść rozgrywki z udziałem narodowych reprezentacji i wtedy biednych od bogatych definitywnie odgrodzi mur.

Pojedynki z Dawidami miotającymi kamienie z procy żadnemu z Goliatów się nie uśmiechają. Nie dość, że takim kamieniem też można dość boleśnie oberwać (3:3 Legii z Realem w Warszawie), to jeszcze dochody z tej walki dla księgowych są niemal niezauważalne. Tylko nie zagłębiając się w prawdziwą treść kolejnych komunikatów, można mieć złudzenie, że piłka nożna się demokratyzuje.

Do niedawna ostatnim bastionem, gdzie biedny rywalizował z bogatym, był futbol reprezentacyjny. Chociaż i tu nie wszystkim to się podobało. Wystarczy wspomnieć komentarze Cristiano Ronaldo po meczu z Islandią na Euro 2016. Świętujący remis z późniejszym mistrzem Europy przybysze spod koła podbiegunowego zostali przez Portugalczyka potraktowani lekceważąco.

Euro 2016 było pierwszym turniejem o mistrzostwo Starego Kontynentu, na który przyjechały aż 24 zespoły. Przez sito eliminacyjne przebiły się po raz pierwszy Albania, Islandia, Walia, Słowacja i Irlandia Północna. Pięciu debiutantów, a przecież Austria oraz Ukraina poprzednio brały udział w finałach, tylko gdy były gospodarzami imprezy – Austria w 2008 roku, a Ukraina cztery lata temu, gdy organizowała turniej z Polską.

Następne mistrzostwa Europy nie będą miały gospodarza – odbędą się na całym kontynencie: od Baku poprzez Budapeszt i Bilbao aż po Londyn, gdzie na Wembley zostaną rozegrane półfinały i finał. Wszystko oczywiście pod hasłem otwierania się i łatwiejszego dostępu do wielkiego futbolu dla małych.

Tych samych argumentów używa prezydent Światowej Federacji Piłkarskiej (FIFA) Gianni Infantino, gdy mówi o powiększeniu mundialu do 48 drużyn (obecnie w mistrzostwach świata biorą udział 32 zespoły). Był to jeden z ważniejszych punktów programu wyborczego nowego bossa futbolu – co prawda wtedy mówił i pisał o mistrzostwach, w których weźmie udział 40 drużyn, ale widocznie po drodze uznał, że z myślą o przyszłości kiełbasy wyborczej trzeba dołożyć. Na razie 48-zespołowy mundial jest tylko projektem i żadna oficjalna decyzja nie zapadła, ale wydaje się pewne, że stanie się tak lada dzień, gdyż pomysł powiększenia mundialu do 48 zespołów od 2026 roku poparły narodowe federacje podczas niedawnego spotkania w Singapurze.

Pierwsza faza rozgrywana ma być w 16 trzyzespołowych grupach, z których do fazy pucharowej awansować mają po dwie najlepsze drużyny. Z zakulisowych informacji, które podał w zeszłym tygodniu „The Times", wynika, że Europa będzie mogła liczyć na 16 miejsc. Trwa dyskusja, czy w grupach mogą na siebie trafiać przedstawiciele tego samego kontynentu, i na tę chwilę wygląda, że nie będzie takiej możliwości. Problemem do rozwiązania jest także to, jak uniknąć sytuacji, że w drugim meczu grupowym remis może dawać awans obu spotykającym się na boisku drużynom. W FIFA wszyscy pamiętają mecz z hiszpańskich mistrzostw świata w 1982 roku, gdy jednobramkowe zwycięstwo Niemców nad Austrią zapewniło tym zespołom awans kosztem Algierii. W 10. minucie gola dla RFN zdobył Horst Hrubesch, a pozostałe 80 minut było nieudolnym teatrzykiem w wykonaniu zarówno Niemców, jak i Austriaków. Podania wszerz, kiepskie symulowanie ataków – mecz przeszedł do historii jako „Hańba w Gijon".

Pomysł Infantino polega na wyeliminowaniu remisów już w fazie grupowej. „Times" pisze, że poważnie brany jest pod uwagę scenariusz, w którym w przypadku remisu w ciągu 90 minut od razu przechodzono by do konkursu rzutów karnych. Nie wiadomo jeszcze, czy dotyczyłoby to obu spotkań w grupie, czy tylko tego drugiego – decydującego.

Infantino ma poparcie nie tylko większości konfederacji kontynentalnych (sceptyczna, a przynajmniej nie entuzjastyczna jest tylko Europejska Unia Piłkarska – UEFA) i krajowych związków piłkarskich, ale przede wszystkim tych, od których naprawdę takie kwestie zależą: telewizji oraz sponsorów. Czyż to nie wspaniałe dla Coca-Coli, że już niedługo będzie mogła gorączkę mistrzostw świata sprzedawać także w krajach, które do tej pory były od niej wolne? Czyż to nie świetna wiadomość dla pośredników i stacji telewizyjnych, że będą mogły handlować prawami do transmisji w jeszcze większej liczbie krajów, za jeszcze większe sumy?

Mundialu takiego, jaki znamy, już nie będzie – to pewne. Począwszy od tak podstawowej sprawy jak organizacja. Kraje, które mogą bez gigantycznych inwestycji ugościć 48-zespołowy mundial, można policzyć na palcach obu rąk. Taka impreza to przecież tysiące kilometrów dróg, transport publiczny, lotniska, hotele i bazy dla zespołów. A przede wszystkim stadiony i przepisy FIFA, która każe rozgrywać obecny 32-zespołowy mundial na 12 obiektach. Mecze grupowe, o brązowy medal, oraz fazy pucharowej z wyłączeniem półfinałów muszą odbywać się na stadionach o minimalnej pojemności 40 tys. widzów. Półfinały wymagają stadionu o pojemności minimum 60 tys., a mecz inauguracyjny i finał – 80 tys. Obecnie na świecie są tylko 23 typowo piłkarskie obiekty (w 20 krajach) o pojemności 80 tys. i więcej.

Boisko w Acquaviva

Oficjalny komunikat jeszcze nie został wydany, ale już dziś wielkim faworytem do organizacji mundialu w 2026 są kraje NAFTA – czyli Meksyk, USA oraz Kanada (innymi słowy, cały kontynent północnoamerykański), które zgłosiły formalnie swoją kandydaturę. Inni chętni to Kolumbia, która sama nie ma najmniejszych szans, a także łączona kandydatura Algierii i Maroka (również bez szans). Wstępnie o mistrzostwa świata w 2030 roku rywalizuje Azja (pod przewodnictwem Singapuru). Australia z Nową Zelandią także mają ochotę za 14 lat zorganizować mundial. Kandydatury Anglii (chyba że zostałaby poszerzona na całą Wielką Brytanię), Chile, a także łączona argentyńsko-urugwajska są raczej bez szans. Tej ostatniej szkoda, bo w 2030 roku będzie stulecie mundialu – w 1930 pierwsze MŚ zorganizował i wygrał Urugwaj.

Powiększanie mistrzostw teoretycznie oznacza, że więcej słabszych drużyn zostanie dopuszczonych do stołu. To jednak iluzja. Większość z nich będzie miała raczej ułudę uczestnictwa, a po dwóch meczach (ci bardziej szczęśliwi być może awansują z grupy i zapewnią sobie trzecie spotkanie) będą wracać do domów. Dla wielkich mundial zacznie się dopiero w fazie pucharowej. Takie przypadki jak Walia na Euro 2016, która doszła do półfinału, będą się oczywiście zdarzać, ale nie można się oszukiwać i twierdzić, że teraz to już będzie norma.

Dziś prawdziwe maluczcy mogą się zmierzyć z najsilniejszymi na świecie tylko w eliminacjach do wielkich imprez – szczególnie w Europie. Ale i tu kraje takie jak Gibraltar czy Wyspy Owcze zaczynają przeszkadzać. Po niedawnym meczu Niemiec z San Marino, który mistrzowie świata wygrali 8:0, napastnik Bayernu Thomas Müller narzekał: – Nie rozumiem, po co mamy rozgrywać takie mecze, szczególnie że kalendarze nas wszystkich są wypełnione – mówił.

Doczekał się zresztą natychmiastowej odpowiedzi dyrektora komunikacji federacji San Marino – Alana Gasperoniego, który wskazał 10 powodów, dla których to spotkanie miało sens. Nie brakowało zresztą złośliwości: „Mecz pokazał, że nawet przeciwko takim słabym zespołom jak nasz nie potrafisz, drogi Thomasie, zdobyć gola. I nie mów, że nie byłeś wkurzony, gdy Aldo Simoncini (bramkarz reprezentacji San Marino – przyp. red.) nie dał ci się wpisać na listę strzelców". Gasperoni nie ograniczył się jednak do osobistych wycieczek, ale bardzo słusznie zauważył: „Ten mecz miał znaczenie, by ty i twoi szefowie (Rummenigge czy Beckenbauer – pierwszy jest gorącym zwolennikiem Superligi dla najlepszych klubów, drugi publicznie krytykował mecze z krajami takimi jak San Marino – przyp. red.) zrozumieli, że futbol nie jest waszą własnością, ale należy do wszystkich, którzy go kochają. A pośród nich, podoba ci się to lub nie, jesteśmy także my. Ten mecz był ważny dla twojej federacji (naszej też), gdyż dostała pieniądze z tytułu praw marketingowych i telewizyjnych. Z nich właśnie zapłaci tobie za wszystkie twoje kłopoty, a także przeznaczy je na budowę infrastruktury dla dzieciaków, akademii piłkarskich, bezpiecznych stadionów. Nasza federacja, powiem ci w sekrecie, przeznaczy te pieniądze na budowę boiska w miasteczku Acquaviva. Sam mógłbyś takie wybudować za twoje półroczne zarobki, natomiast nam wystarczyło 90 minut. Nieźle, prawda?".

W majestacie prawa

Po mistrzostwach świata w Rosji w 2018 roku ruszają nowe rozgrywki UEFA dla reprezentacji – Liga Narodów. Zastąpić one mają mecze towarzyskie. Nie będą to jednak tylko spotkania sparingowe, Liga Narodów ma dawać – oprócz nagród finansowych – także możliwość zakwalifikowania się do baraży o Euro dla czterech zespołów (opisanie tych zasad wymagałoby jednak osobnego artykułu). Już teraz pewne jest, że podział wszystkich 55 europejskich federacji na cztery grupy odbywać się będzie według pozycji w rankingu UEFA.

Innymi słowy najbogatsi i najbardziej utytułowani grać będą już tylko między sobą. Taka niepisana umowa obowiązuje zresztą od jakiegoś czasu. Wystarczy spojrzeć na to, z kim towarzysko przez ostatnie dwa lata grały potęgi – z wykluczeniem meczów przed samym Euro, gdy specjalnie dobierały sobie słabszych rywali: Anglicy zagrali w listopadzie 2015 roku z Hiszpanią na wyjeździe i Francją u siebie, w marcu z Niemcami w Berlinie i na Wembley z Holandią, a tuż przed wylotem na turniej – z Portugalią. Miesiąc temu na rewanż przyjechała Hiszpania, a na 2017 rok Anglicy mają już zaplanowane spotkania z Niemcami w Dortmundzie i z Francją w Paryżu.

Od 2018 roku największe federacje nie będą musiały już umawiać się między sobą za plecami reszty – zaczną rywalizować w majestacie prawa i przepisów w ramach Ligi Narodów. W najwyższej dywizji (według nomenklatury UEFA – Ligi A) znajdzie się 12 reprezentacji podzielonych na cztery trzyzespołowe grupy. Zwycięzca każdej awansuje do play-off, przegrani zostaną zdegradowani do Ligi B.

Wśród 12 najwyżej sklasyfikowanych na tę chwilę zespołów narodowych UEFA znajdują się Niemcy, Anglicy, Włosi, Hiszpanie, Portugalczycy i Francuzi. W tej chwili jest tam także Polska – pytanie, czy do 2018 roku miejsce to utrzyma. San Marino (Liga D – 16 zespołów) rywalizować będzie z Wyspami Owczymi, Luksemburgiem, Gibraltarem czy najwyżej w tym towarzystwie sklasyfikowaną obecnie Estonią.

Nie wiadomo, czy Liga Narodów to początek końca tradycyjnych eliminacji. Inna sprawa, że jeśli najważniejsze turnieje będą bez końca powiększane, niedługo eliminacje okażą się w ogóle niepotrzebne.

Reprezentacje narodowe idą więc ścieżką wyznaczoną już dawno temu przez kluby. Międzynarodowa SuperLiga dla najbogatszych i najmocniejszych klubów Europy – o której mówiło się od lat – zaczęła nabierać realnych kształtów. UEFA (właściciel Ligi Mistrzów) tak się przestraszyła, że największe potęgi faktycznie się zbuntują i na własną rękę zorganizują swoje rozgrywki, że poszła na daleko idące ustępstwa. Szefowie europejskiej unii być może zatrzymali rewolucję, ale zmian nie powstrzyma już nic. Od sezonu 2018/2019 UEFA inaczej rozliczać się będzie z klubami – dostaną one znacznie większe pieniądze.

Zmienione zostaną też zasady kwalifikacji do najbardziej elitarnych rozgrywek piłkarskich, do których w tym sezonie udało się po 20 latach nieobecności awansować przedstawicielowi Polski (Legii Warszawa). Od 2018 roku cztery ligi (hiszpańska, niemiecka, angielska i włoska) będą miały zapewnione po cztery miejsca w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Do tej pory zespoły z czwartych miejsc (z trzech najmocniejszych lig) musiały się przebijać przez sito eliminacyjne. Od trzech sezonów czwarty zespół z Włoch nie był zresztą w stanie dostać się do fazy grupowej – w sierpniu Roma musiała uznać wyższość Porto, które zajęło trzecie miejsce w portugalskiej lidze.

Wbrew plotkom utrzymana zostanie tzw. ścieżka mistrzowska – czyli zwycięzca np. polskiej ligi nie będzie musiał się bić o miejsce w Champions League z zespołami, które zajęły trzecie miejsca we Francji czy Portugalii, a tak jak dotychczas rywalizować będzie z mistrzami krajów piłkarsko nie tak potężnych.

Taki system gwarantowany jest do 2021 roku. Co będzie później? Z pewnością najbogatsze kluby dalej będą dążyć do czegoś w rodzaju SuperLigi – piłkarskiej NBA bez możliwości wypadnięcia poza elitę. Amerykańska formuła zamkniętej ligi tak bardzo działa na wyobraźnię szefów największych klubów, że gotowi są postawić sprawę na ostrzu noża i zdecydować się na rokosz. Już w tym roku mówiło się sporo o dzikich kartach dla drużyn szczególnie zasłużonych. Jeszcze udało się ten pomysł zatrzymać, ale kto wie, czy już za pięć lat Chelsea będzie musiała martwić się gorszym sezonem w Premier League, jeśli będzie mogła liczyć na dziką kartę. To samo dotyczy Milanu czy Interu, których również w tym sezonie brakuje w elicie.

Swoją Ligę Mistrzów chce też mieć FIFA. Infantino ostatnio zaczął mówić o klubowych mistrzostwach świata, w których miałyby brać udział 32 drużyny z wszystkich kontynentów (połowa z nich z Europy). Nad projektem pracuje specjalny doradca nowego prezydenta FIFA – były znakomity chorwacki piłkarz (zawodnik wielkiego Milanu początku lat 90.) Zvonimir Boban. Pierwsza edycja może mieć miejsce już w 2019 roku. Rozpatrywany jest wariant rozgrywania turnieju co dwa lata, ale bardziej prawdopodobny jest jednak cykl czteroletni.

Zabijanie piłkarzy

Nie ma jeszcze konkretów, nie są znane zasady kwalifikacji (prawdopodobnie oparte będą na wynikach Ligi Mistrzów i jej odpowiedników na pozostałych kontynentach), nie wiadomo, czy trwający miesiąc turniej miałby odbywać się w jednym kraju, czy też podróżowałby po świecie. Pewne natomiast jest jedno – zainteresowanie kibiców, a przede wszystkim telewizji i sponsorów. Widząc determinację Infantino we wprowadzaniu swoich idei, można już przyjmować zakłady, że projekt nie zakończy życia jako niezrealizowany pomysł.

– Zabijamy piłkarzy – oburzał się na wieść o powiększaniu mistrzostw świata do 48 zespołów Pep Guardiola, zanim jeszcze nowy projekt Infantino i Bobana ujrzał światło dzienne. – Wszyscy wciąż patrzą tylko na ilość, zapominając o jakości. Rośnie liczba meczów, coraz więcej jest nowych rozgrywek. Piłkarze nie mają kiedy odpocząć, nabrać oddechu. Jeśli ma to dalej tak wyglądać, muszą być zmienione przepisy. Trener powinien mieć prawo do czterech zmian w meczu albo nawet pięciu lub sześciu. Kluby muszą mieć coraz większe kadry, przez to będą wydawały coraz więcej pieniędzy – narzekał Katalończyk prowadzący Manchester City. Gdy jednak dostanie od saudyjskich szejków, właścicieli klubu, rozkaz przygotowania piłkarzy do zreformowanych klubowych mistrzostw świata, można się założyć, że nie odważy się na sprzeciw. Prawdopodobnie zażąda kilku kolejnych transferów, kolejnych kilkunastu milionów funtów do wydania na nowych piłkarzy i ich pensje.

Koło się zamyka. By je zarobić, Goliat musi grać z Goliatem. Dla Dawida nie ma miejsca.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA