fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Telefon obwieszcza śmierć. Zapiski korespondenta w Hondurasie

Więzienie w San Pedro Sula, 2013 r.
Jorge Cabrera/Reuters/Forum
Nie męczyliśmy ich tam długo. Tak do piętnastu dni maksymalnie, a potem wrzucaliśmy ich do rzeki przywiązanych do bloczka cementu.

Nazywa się J.E. i ma czterdzieści jeden lat. Pokazuje mi dokument tożsamości oraz swoją legitymację analityka z policyjnej grupy przeciwporwaniowej, podpisaną 20 marca 2009 roku przez dowódcę jednostki. Siedzi na plastikowym krześle. Kiedy proponują mu kawę, odmawia. Ani na chwilę nie przestaje palić. Pomimo wieku jego ramiona, pierś i ręce wciąż zachowują ów rodzaj krzepy, jaką można rozwinąć wyłącznie od dzieciństwa, tę szorstkość człowieka ze wsi, o wiele trwalszą niż forma wypracowana na siłowni. Ucieka spojrzeniem, nie patrzy w oczy. Kiedy milknie, nie czyni tego, by onieśmielić, ale dlatego, że szuka właściwych słów. Mówi niewiele, nie podnosząc głosu. Trudno wydobyć z niego słowa, trzeba się postarać, żeby odpowiadał więcej niż monosylabami. Twierdzi, że mógłby mówić całymi dniami, a i tak opowiedziałby ledwie znikomą część tego, co widział i co zrobił. Wszystko relacjonuje absolutnie chłodnym tonem. Nigdzie się nie rusza bez pistoletu. Pokazuje blizny po trzech postrzałach w prawe ramię. Nie zdejmuje czapki, stara się pozostawać niezauważony. Ma rozpiętą zieloną koszulę w kratę, a pod nią niebieski podkoszulek, do tego jeansy i tenisówki. Nie wstydzi się ani nie kryje z naturą swego fachu. Jeśli postanowił wyrzucić z siebie to, co w sobie nosi, to nie ze względu na wyrzuty sumienia, lecz dlatego, że czuje się oszukany, wykorzystany i źle potraktowany przez przełożonych. Jego relacja brzmi wiarygodnie, lecz jest niemożliwa do zweryfikowania. Ktoś poddał go badaniu wariografem i orzekł, że w jego opowieści można się doszukać niespójności. Dlatego pominięto nazwiska osób, które oskarża. Mówił w zamian za możliwość wyjazdu z kraju, by przestać żyć w ukryciu. Nie dał rady.

„Jako rezerwista z wojska wstąpiłem do policji w 1993 roku. Wpierw służyłem w prewencji, potem przeszedłem do drużyny Cobra [jednostki honduraskich sił specjalnych], a stamtąd do wydziału analiz i informacji w ramach Krajowej Dyrekcji Dochodzeń Kryminalnych. Zajmowałem się pracą dochodzeniową, obserwacyjną, śledzeniem, a nawet fotografowaniem. Większość dochodzeń dotyczyła osób uwikłanych w przemyt narkotyków. W 2006 roku odszedłem z policji. Nie chcieli podpisać mi zwolnienia, a kiedy i tak odszedłem, uznali to za porzucenie obowiązków służbowych. Oddałem wszystko, co nie było moje: broń, odznakę, mundury, i tak po prostu w 2007 sobie odszedłem.

Parę miesięcy później, w pierwszych dniach grudnia 2007 roku, w hotelowej restauracji spotkałem się z oficerem policji, który od tamtej pory awansował na jeden z najwyższych stopni w hierarchii. Wcześniej już zdarzyło nam się współpracować przy śledztwie. Znaliśmy się z pracy, a także dlatego, że obaj pochodziliśmy z tego samego miasta. Powiedział, że potrzebuje broni i ludzi do grupy roboczej w San Pedro Sula, bo porwań jest więcej niż kiedykolwiek. Już pierwszego dnia, zanim w ogóle dotarliśmy na miejsce, zaczął mi opowiadać o sprawie porwania w La Ceiba sprzed trzech miesięcy, której nie potrafią rozwiązać, i dodał, że zajmiemy się nią z marszu.

To on wynajdywał zadania, on też miał znaleźć ludzi do ich wykonania. W San Pedro Sula wszyscy mają przesrane. Zgłosił się więc do nas trzech, co w tamtym czasie nie mieliśmy nic wspólnego z policją, za to posiadaliśmy niezbędne doświadczenie. Zabrał mnie do biura poza komendą policji, gdzie miała siedzibę Grupa Analizy Północny Zachód, formacja nietypowa jak na region, w którym nikt się takimi rzeczami nie zajmował, i gdzie trafiło jeszcze około dwudziestu innych osób. Biuro mieściło się w dzielnicy Trejo w San Pedro Sula, dwie przecznice od centrum handlowego City Mall. Duży budynek bez jakichkolwiek znaków szczególnych. Żadnych mundurów, żadnych radiowozów, wszyscy po cywilnemu. Spoza sił policyjnych zatrudniono nas trzech. Nie figurowaliśmy w spisach. Dali nam niezarejestrowaną broń i zaproponowali pięćset dolarów miesięcznie plus wyżywienie i zakwaterowanie. Całą dwudziestką mieszkaliśmy razem. Miałem pseudonim Óscar. Wszystkim nam wypisali na tablicy pseudonimy. Dowodził ten sam oficer, który wpierw się do mnie zgłosił. Potem z dzielnicy Trejo przenieśliśmy się do Río de Piedras, a stamtąd do San José. Ja panu mogę te domy wskazać, pan tam spryska podłogę luminolem i dziś jeszcze widać będzie, że jest cała we krwi. Płacili nam ludzie, którym gangi porywaczy zalazły za skórę. Nie mieli się do kogo zwrócić.

Metoda na dręczoną jaszczurkę

Akurat wtedy trafiło się głośne porwanie i to była nasza pierwsza sprawa, ale zainkasowaliśmy tylko jedną wypłatę, bo jeszcze właśnie w grudniu 2007 roku jedna uprowadzona została zabita. Przy okazji tego pierwszego porwania zniknęło około dziesięciu osób zamieszanych w sprawę. Już w pierwszych miesiącach stało się jasne, że tak to działa – złapanego porywacza się eliminowało. Obowiązywała zasada, że porywaczy się eksterminuje. Jeśli nalot był legalny, zatrzymanych i dowody rzeczowe przekazywaliśmy do Ministerio Público, tyle że legalnych to było dziesięć akcji na sto. Czasem zatrzymywało się czterech, eliminowało trzech, a jednego przekazywało [do Ministerio]. Kiedy realizowaliśmy operację obliczoną na zatrzymanie, wysyłaliśmy ekipę naszych, zgarnialiśmy kogo trzeba, a następnie wzywaliśmy oddziały prewencji i Cobrę, żeby zrobić pokazówkę, ale przypadki współdziałania z nimi były bardzo rzadkie. Prawie zawsze działaliśmy sami. Niewiele spraw trafiało przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Każdy prokurator mógłby nas przyskrzynić. Występowaliśmy o nakazy rewizji, dostęp do danych telefonicznych. Bardzo łatwo byłoby ustalić, co robimy, odkryć, co się dzieje, skoro pojawia się tylu zabitych. Dwóch bystrych prokuratorów mogłoby nas capnąć już w pierwszym roku. Fakt, więcej nalotów urządzaliśmy bez śladów w dokumentach, ale wystarczyłoby porównać dane pojawiających się zabitych z wnioskami o nakazy rewizji i każdy by się pokapował.

Po jakichś trzech miesiącach dali mi umowę z resortem bezpieczeństwa. Tamci płacili mi trzysta dolarów miesięcznie. Co pół roku odnawialiśmy umowę. Zawsze otrzymywaliśmy miesięczną premię, pieniądze do podziału na nas wszystkich, taki dodatek motywacyjny. Nie wiem, skąd się to brało.

Od porywacza wpierw trzeba było wyciągnąć jak najwięcej, wszelkie informacje na temat gangu, ilu ich było, gdzie byli pozostali i gdzie trzymali pieniądze. Na torturach każdy będzie gadał, pan sobie nie myśli. Improwizowaliśmy, najczęstsza była metoda na dręczoną jaszczurkę, tę, owszem, stosowano powszechnie: wyginaliśmy faceta do tyłu, ramiona w tył, nogi w tył, wieszaliśmy go u sufitu tak, że niczego nie dotykał. Godzina w takiej pozycji i nie był w stanie poruszyć żadnym mięśniem. Biło się rękoma albo tym, co było pod ręką – rurami, łańcuchami. Ludzie nie wychodzili stamtąd żywi, jak ktoś tam trafiał na tortury, było po nim. Póki tam byli, dostawali jeść, ale nie przeżywali. Początkowo załatwialiśmy sprawę z broni palnej, ale od tego było mnóstwo krwi i hałasu. Potem wkładaliśmy torbę na głowę i dusiliśmy ich liną, a czasami i bez liny, dwie minuty, szybciutko, puszczał pęcherz, puszczały zwieracze i umierali. Nie męczyliśmy ich tam długo. Tak do piętnastu dni maksymalnie, a potem wrzucaliśmy ich do rzeki przywiązanych do bloczka cementu. Zdarzyło się, że byliśmy nie dość ostrożni i nam jeden uciekł, jak go zabierali na egzekucję. Jak raz nam się wyrwał, to potem wysłaliśmy pogróżki, żeby wycofał złożone na nas zawiadomienie. Musiał na nas donieść do Dyrekcji Dochodzeń Kryminalnych, ale mieliśmy tam naszych informatorów i nas uprzedzili. Zdarzało się, że w jednym pomieszczeniu trzymaliśmy nawet czterech naraz, ale że mieli zasłonięte oczy i byli skuci kajdankami, sami nie wiedzieli, kto tam z nimi jest; były cztery takie domy w San Pedro Sula. Ale nie korzystaliśmy z nich jednocześnie, tylko po kolei, na zasadzie rotacji.

Ileś razy chciano nas wywalić za niepłacenie czynszu, ale zawsze znajdowali się sponsorzy, wpływały dobrowolne wpłaty od przedsiębiorców. Oni opłacali wszelkie wydatki. Szefostwo straszyło ich, że tacy, co mają pieniądze, mogą paść ofiarą porwania albo szantażu. Wsparcie było dobrowolne, lecz gdzieś z tyłu pobrzmiewał ten strach. Przedsiębiorca, który się tym zajmował, co tydzień wypożyczał nam też nowe samochody. Nie miały numerów rejestracyjnych albo sami je zdejmowaliśmy, bo i kto miałby nam coś powiedzieć. Mieliśmy na to zezwolenie. Braliśmy pikapy i furgonetki. Mieliśmy uzi, kałasznikowy i AR-15, nie wiem, skąd je brali, bo to broń, z której policja korzystać nie ma prawa, kamizelki mieliśmy policyjne, a kiedy nie chcieliśmy, żeby nas rozpoznano, obracaliśmy oznaczenia na lewą stronę, że nic nie było widać. Mieliśmy też hełmy, takich sprzętów nigdy nam nie brakło. Byłem jednym z członków grupy uderzeniowej, w oddziale były też osoby z mniejszym doświadczeniem, więc jak trafiała się co bardziej niebezpieczna misja, to zostawały, nie mogliśmy z nich skorzystać. Ludzi dobierało się pod kątem doświadczenia.

Z czasem wszyscy uczestniczyli we wszystkim, od oficera po ostatniego agenta. Jeśli przed przystąpieniem do pracy trzeba było oczyścić okolicę, dzwoniło się do miejscowego dowódcy policji. Nie mogliśmy tak po prostu przegonić lokalnych patroli, należało uzyskać rozkazy bezpośrednio od ich przełożonych. Nasz dowódca rozkazywał i torturował, lecz nie uczestniczył bezpośrednio w egzekucjach, jedynie wydawał rozkazy. Decyzja o życiu lub śmierci spoczywała w rękach szefa, który także konsultował się ze swoimi przełożonymi. To były jego decyzje. Niemal we wszystkich operacjach ktoś jeden dowodził. Ale jak już braliśmy się do pracy, wszyscy byliśmy równi, w akcji nie odróżniało się dowódcy od agenta. Pod tym względem zachowywaliśmy ostrożność. Bo jeśli byliśmy w pokoju tortur i niedoświadczony agent przypadkowo zabiłby przesłuchiwanego, to jeśli ja wymówiłbym na głos imię zabójcy, byłby to dla mnie wyrok śmierci. To po co miałbym ryzykować. Jeśli wspomniałbym czyjeś imię, a człowiek poddawany torturom by to usłyszał, mógłby potem to imię komuś ujawnić. Iluś policjantów zginęło właśnie przez takie rzeczy.

Jak trzeba strzelać, to się strzela

Zdarzało się, że bezczynnie spędzaliśmy w domu całe tygodnie. Gdy nie było porwań. Wtedy niektórzy tracili panowanie nad sobą i ruszali zabijać za pieniądze. Skoro nie było pracy, nie było pieniędzy, szukali więc zleceń, aby przeżyć. Bywały operacje, w których padały trupy, a przełożeni brali wtedy kasę pod stołem. Robili człowieka na szaro, że nawet się nie orientowałeś. Koniec końców nic na tym nie zarobiłem.

Siedziałem w tym od października 2007 do czerwca 2011 roku. Chciałem się wycofać, bo zdałem sobie sprawę, że wcześniej przez całe życie nikogo nie zabiłem i nie myślałem, że to tak będzie wyglądać. Gdybym wiedział, w ogóle bym na to nie poszedł. Nie poszedłbym na to. Ale jak tak pomyślałem, to nie miałem już odwrotu. Uczestniczyłem wcześniej w starciach, ale nigdy nie musiałem nikogo zabić, a tym bardziej z zimną krwią. Tam się dochodzi do takiego momentu, że tej śmierci jest tyle, że przestaje się czuć cokolwiek do drugiego człowieka. Pewnego razu w domu było ośmiu zabitych i trzeba było pójść ich wyrzucić, władowaliśmy ich na pakę wozu, przykryliśmy plastikową folią i sami siedliśmy na górze. Wszyscy policjanci nas znali i schodzili nam z drogi, bo towarzyszyła nam fama zabójców.

Pierwszych zabitych przez naszą ekipę, zaraz po tym, jak do niej dołączyłem, pamiętam, jakby to było dzisiaj. To było trzech młodych gości związanych z uprowadzeniem jednego przedsiębiorcy z La Ceiba. Wszyscy trzej jechali tym samym wozem. Zgarnęliśmy wszystkich i wtedy zdałem sobie sprawę, jakie to wszystko szpetne. Tylko jeden z nich był faktycznie winny, tymczasem szef powiedział, że musimy załatwić całą trójkę. O pierwszym zabitym nigdy nie zapomnę. To się wrzyna w pamięć. Jeden nazywał się Tony, nawet wiem, gdzie mieszkał. Drugi to jego siostrzeniec, młodszy szczawik, może dwudziestoletni, a ten trzeci był z rodziny jednego piłkarza. Zajechaliśmy im drogę w dwa samochody, jeden z przodu, drugi z tył, w śródmieściu San Pedro Sula. Jedynym rzeczywiście winnym był Tony.

Mówiliśmy, że jesteśmy z policji, to ludzie się nie niepokoili. Mieliśmy wolną drogę. W mieście używaliśmy zespołów czteroosobowych, akurat tak wsiadaliśmy do auta, kierowca, dowódca i jeszcze dwóch. Mieliśmy go tylko obezwładnić, skuć i wpakować do wozu. Facet wiedział, co się święci, i nie stawiał oporu. Tym razem nie zmieścili się do środka, bo byli naprawdę rośli, więc musiałem iść na pakę, a wraz ze mną jeden z nich, bez kajdanek. Kazałem mu leżeć, jechaliśmy przez środek miasta, a ja od niechcenia przytykałem mu pistolet do głowy. Z początku myślałem, że tylko ich wyłapywaliśmy. Zabraliśmy ich do domu. Poddaliśmy torturom, tylko jeden coś wiedział. Pieniądze zdążyły zniknąć, nic już po nich nie zostało. Wysłali je z kimś innym do Nikaragui. Żeby wyciągnąć z nich informacje, zastosowaliśmy numer z torbą, potem podwiesiliśmy ich na jakieś trzy godziny. Szef dał mi wyraźny rozkaz, że trzeba z nimi skończyć. Z całą trójką. Ostro się to rozwija, pomyślałem, choć jeszcze nie przeczuwałem, jaka będzie rzeź. To się działo w domu w Trejo. O świcie zabraliśmy ich szosą w kierunku Omoa. Jechali związani jak balerony – skrępowane ręce, kneble, opaski na oczach. Nic nie widzieli, nie wiedzieli, dokąd jadą ani co z nimi zrobimy.

Wyciąga się takiego z samochodu, mówi, żeby szedł, zazwyczaj każe mu się położyć głową w dół. Lepiej wieźć ich, jak nic nie wiedzą. W przeciwnym razie płaczą, serce się kraje, lepiej nic im nie mówić i załatwić sprawę jednym szybkim strzałem. Tak jest łatwiej. Niektórzy przesadzali, walili do nich ileś razy, jak niebezpieczni szaleńcy. Ci dostali jakieś dwadzieścia pocisków każdy.

Jeśli jakiś agent nie chce strzelać, to tak, jakby się cofał, to zagrożenie dla całej grupy i mogą go za to zabić. Jak trzeba strzelać, to się strzela. Tego dnia był ze mną taki oficer, który dopiero co ukończył akademię, to był jego pierwszy dzień. Potem stał się zabójcą, ale tego dnia płakał. A że był to pierwszy dzień, to padło na niego. Dali mu pistolet, ale zawsze lepiej, żeby to zaczął ktoś bardziej przyzwyczajony albo ktoś, kto sam się zgłosi. Zawsze ktoś jest chętny. Ja sobie wtedy znalazłem inne zajęcie, by nie musieć strzelać, ale wtedy ten nowy przyszedł i mi mówi, że jest z chrześcijańskiego domu, mówi, że nie, facet, ja nie dam rady. Płakał. Nie, facet, nie, kolego, ja nie mogę. Reszta została w samochodach. Musiałem to zrobić za niego.

My byliśmy grupą z San Pedro, ale była też inna grupa w La Ceiba i jeszcze jedna w Tegucigalpie. Nie sposób ustalić liczby zabitych. Jeśli chodzi o moją grupę, to mogę zliczyć jakichś dwustu zabitych. No i to jest tak, że jak się zacznie zabijać, to potem człowiekowi trudniej przestać. Widziałem ileś przypadków policjantów, którzy się wahali, ale na odejście zdecydował się tak naprawdę tylko jeden. Dopadłem go i za brak szacunku odstawiłem dowódcy, który polecił naszej grupie, żebyśmy go zabili za niesubordynację. To było moje ostatnie zadanie, jakoś w pierwszych miesiącach 2011 roku. Nigdy się nie dowiedziałem, jak się nazywał, ot, dwudziestopięcioletni szczawik o jasnej karnacji. To ostatnie, co zrobiłem, załatwiłem sprawę i już nie wróciłem do grupy. Wystawiłem ich. Nic nikomu nie powiedziałem. Po prostu zniknąłem. Potem się ukrywałem. Ja już tam nie wytrzymywałem, musiałem się zmyć. Widziałem, jak obojętni stawaliśmy się wobec śmierci.

Paru kolegom próbowałem powiedzieć, że są tacy porywacze, co to jak się ich namierza przez telefon, to wychodzi, że są w zmowie z szefostwem. Nie ja jeden o tym wiem. Niektórzy z grupy mówili, że się wycofują, ale ja tam im za grosz nie wierzę. Odciąłem się od tych wszystkich ludzi. Kiedyś to wychodziliśmy razem zjeść, coś uczcić, zabawić się na mieście. Teraz nie zbliżam się do nich ani nie odbieram, kiedy dzwonią. Nocą wręcz wyjmuję baterię z telefonu i nigdy nie przebywam zbyt długo w jednym miejscu. Dwa dni tu, dzień gdzie indziej. Nie mogę nawet pójść do pracy, bo jak znajdę pracę, to oni mnie tam odszukają. Już i tak popadam w rutynę, a tutaj człowieka znaleźć nietrudno. Żyję w ciągłym stresie, wystarczy, że zaszczeka pies, a ja już wyciągam pistolet. Przyjdą po mnie, ale będą mieli kłopot. Tak po prostu mnie nie zgarną. Nie ma tak łatwo. Nie odkładam broni. Jak mnie przydybią, to sam się zastrzelę. Nie pozwolę, żeby mnie zabrali, bo wiem, co wtedy robią. Ja nie jestem stworzony do takich rzeczy, do zabijania. Wyrosłem pośród skromnych ludzi z zasadami, nie miałem taki być. Jak ktoś się zawaha, mogą go załatwić, bo był niepewny. Bo czegoś takiego nie można zostawić. To jak z mafią, żywcem cię nie wypuszczą. Jedyne, czego żałuję, to tego, że byłem w potrzebie, że potrzebowałem pracy, myślisz, że cię doceniają, że nabrali do ciebie szacunku, ale po prostu cię wykorzystują, a ja późno się zorientowałem".

Alberto Arce jest hiszpańskim reporterem. Od 2012 r. przez kilka lat na zlecenie Associated Press relacjonował wydarzenia w Hondurasie, gdzie był jedynym zagranicznym korespondentem. Pisał też korespondencje z Meksyku, Wenezueli, Libanu, Iraku, Syrii, Strefy Gazy, m.in. dla „New York Timesa"

Książka Alberta Arce „Telefon obwieszcza śmierć. Zapiski korespondenta w Hondurasie", przeł. Jerzy Wołk-Łaniewski, ukazała się na początku listopada nakładem wydawnictwa Sonia Draga, Katowice 2019. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA