fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Irena Lasota: Draki może już nie być

Fotorzepa, Darek Golik
W zeszłym tygodniu rozwijałam czarny scenariusz, który mógłby się rozegrać 10 listopada w Warszawie wokół „konferencji metapolitycznej" pod tytułem „Europe of Future" („Europa przyszłości"), organizowanej przez Kongres Narodowo-Społeczny, Szturm i Politykę Narodową – o których niewiele można dowiedzieć się, czytając o nich w internecie.

Przyjaciele w Polsce twierdzą, że alt-prawica czy też środowisko supernacjonalistów, jest tak rozczłonkowane i pokręcone, że nie warto się nimi zajmować i że trudno się połapać, co oni właściwie myślą (jeśli myślenie jest ich silną stroną).

Zanim ukazał się mój artykuł, MSZ wydało oświadczenie wyrażające sprzeciw „wobec wizyt w Polsce ludzi głoszących rasistowskie, antysemickie i ksenofobiczne idee", wymieniając nazwisko głównego gościa Amerykanina Richarda Spencera. Oświadczenie spotkało się w Stanach z ogólną aprobatą, choć niektóre gazety były lekko zdumione, że rząd, o którym słyszano tyle złego, nie życzy sobie ultranacjonalisty. Spencer zapowiedział, że nie pojedzie więc do Polski, a przy okazji okazało się, że nie jedzie na podobną konferencję w Szwecji, bo trudno było w Sztokholmie znaleźć właściwy lokal. Ciekawe, jaki lokal znajdzie się w Warszawie.

Oświadczenie MSZ okazało się być bardzo udane, bo w związku z nieobecnością Spencera kilku jego europejskich zwolenników zrezygnowało z przyjazdu. Nie wiadomo jeszcze, czy przyjedzie inny znany gość – Daniel Friberg, milioner szwedzki, europejski przywódca alt-prawicy, entuzjastyczny wydawca dzieł Aleksandra Dugina, mieszkający głównie na Węgrzech.

Wśród zapowiedzianych mówców na „Europie przyszłości" jest też Ukrainka Olena Semenyaka, przedstawiciel Korpusu Narodowego, jednego z najskrajniejszych ugrupowań nacjonalistycznych. Mimo że jest entuzjastką Reconquisty i niemieckiej Trzeciej Drogi, ruchów mętnych, ale rasistowskich i antymuzułmańskich, nie odmawiałabym jej możliwości przyjazdu do Polski, ale zapewniłabym jej ochronę policyjną, gdyby na konferencji ktoś miał ją pytać o OUN/UPA czy Stefana Banderę.

Rozczłonkowanie polskiej ultraprawicy nacjonalistycznej przypomina marksistowską młodzież we Francji na przełomie lat 60. i 70. Opisywałam kiedyś wiec jedności skrajnej lewicy (alt-lewicy byśmy dziś powiedzieli) w Paryżu w 1970 roku. Schodzili się ze wszystkich stron w takt „Międzynarodówki" – niewielkie grupy, ale każda z innym portretem na drewnianych kijach – rozpoznawałam: Mao, Marksa, Stalina, Trockiego, Lenina, Che, Ho Chi Minha i innych. Wszystkich, którzy przybyli na ten wiec, łączyła jedna pieśń, nienawiść do (kapitalistycznej) rzeczywistości i przekonanie, że oni i tylko oni reprezentują słuszną linię polityczną. Po pierwszych przemówieniach jednoczący się rewolucjoniści zaczęli okładać się portretami swoich idoli, aż przyszła policja i wszystkich przegoniła. To wspomnienie kojarzy mi się z możliwością awantury pomiędzy zgromadzonymi w Warszawie międzynarodowymi alt-prawicowcami.

Ale francuscy „rewolucjoniści" kojarzą mi się również z czymś, co w Polsce nazywa się „totalną opozycją", chociaż zamiast „totalnej" nazywałabym ją „histeryczną", a zamiast „opozycji" – „ruchem »Gazety Wyborczej« i jej odnóg". Bo prawdę mówiąc, gdyby Marsjanin wylądował w Warszawie i poprosił, by zaprowadzono go do szefa opozycji, to albo by stał w miejscu, albo ciągano by go w różne strony.

W najświętsze komunistyczne święto 1 Maja kanapowi rewolucjoniści w Paryżu maszerowali razem, choć w osobnych minibatalionach, skandując „a bas l'état policier" – „precz z państwem policyjnym", przekonani, że żyją w państwie policyjnym, choć rok przedtem w wyborach prezydenckich kandydat Komunistycznej Partii Francji, stary stalinowiec Jacques Duclos, zdobył ponad 20 proc. głosów.

Mimo że we Francji nie było żadnych więźniów politycznych, Jean-Paul Sartre w swojej ulubionej kawiarni Café de Flore udzielał wywiadów, z których mogło wynikać, że co wieczór zasypia ze spakowaną szczoteczką do zębów. Jak, nie przymierzając, jego późniejszy gość, Redaktor Naczelny. A my – dopiero co przybyli z Polski – tłumaczyliśmy im, że póki mogą maszerować po ulicach, krzycząc „precz z państwem policyjnym" – żyją w państwie demokratycznym. Patrzyli na nas jak na rarogów.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA