fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Zbyszko Zaborowski: Lewico, nie naśladuj Kaczyńskiego i Schetyny

Uważam, że Leszek Miller popełnił swój największy polityczny błąd, wypychając ludowców z koalicji rządzącej – mówi Zbyszek Zaborowski (z prawej). Na zdjęciu politycy w Sejmie, styczeń 2012 r.
PAP
Nasze społeczeństwo jest nieco bardziej konserwatywne niż średnia europejska i w niektórych sprawach ?lewica wychodzi za bardzo do przodu. Ale trzeba kolegów docenić, że podjęli trud zjednoczenia - mówi Zbyszek Zaborowski, były śląski lider SLD.

Plus Minus: Od 1993 r. przez 18 lat zasiadał pan w Sejmie. Obserwował pan wzloty i upadki Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

1993 rok to był akurat nasz wzlot, czas dużego entuzjazmu. Po raz pierwszy zdobyliśmy władzę. Nasza ówczesna wygrana była pewną niespodzianką wyborczą, spowodowaną wysokimi społecznymi kosztami transformacji ustrojowej i gospodarczej, ale także podziałami na polskiej prawicy oraz pewnymi decyzjami podjętymi przez Sejm I kadencji pod koniec jego urzędowania.

Co pan ma na myśli?

Zmiany w ordynacji wyborczej – wprowadzenie 5-proc. progu wyborczego dla partii i 8-proc. dla koalicji oraz przeliczania głosów na mandaty metodą D'Hondta, faworyzującą duże ugrupowania. To spowodowało, że sukces wyborczy SLD na poziomie niespełna 21 proc. poparcia, ?w połączeniu z wynikiem PSL ok. 15 proc. poparcia dał nam prawie konstytucyjną większość i doprowadził do przemodelowania sceny politycznej. Tak czy inaczej ?po czterech latach transformacji sukces SLD w wyborach był niezwykłym wydarzeniem.

Czy na Śląsku widać było symptomy nadchodzącego kryzysu rządów solidarnościowych?

Dla wszystkich było jasne, że transformacja oznacza zmniejszanie roli ciężkiego przemysłu w gospodarce, ?a ten dominował na Śląsku. Frustracja społeczna narastała. Nie bez powodu SLD na Śląsku zdobył ?w 1993 r. o 2 pkt proc. więcej głosów niż średnio ?w Polsce. Przedstawiliśmy w tamtej kadencji sposoby rozwiązania problemów w regionie, np. rząd premiera Józefa Oleksego podpisał z przedstawicielami społeczności regionalnej tzw. kontrakt dla Śląska. W ramach tego kontraktu powołano m.in. Fundusz Górnośląski, który miał wspierać tworzenie miejsc pracy w usługach czy innych branżach niż przemysł ciężki. Pozyskaliśmy w tym czasie wiele inwestycji tzw. centralnych, ?m.in. w infrastrukturze, w sferze kultury i ochrony środowiska. Doprowadziliśmy też do powstania rozproszonej Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, gdzie szybko rozpoczęły się nowe inwestycje przemysłowe, zwłaszcza w branży samochodowej (Opel w Gliwicach, Isuzu w Tychach itd., itp.).

Ludzie akceptowali tę zmianę?

Oczywiście. Zwłaszcza że efekty naszych działań były dosyć szybko widoczne, głównie z tego powodu, że rozruszaliśmy gospodarkę. Wzrost PKB na koniec naszych rządów wyniósł 7 proc. rocznie. W następnych wyborach SLD, który w kraju zdobył 27 proc. głosów, ?na Śląsku miał 30 proc. poparcia i przebił prawicę, zjednoczoną pod sztandarami AWS. Niestety, w innych regionach to AWS pokonała nas. Mieliśmy wtedy do czynienia z kryzysem wywołanym przez powódź, na co nałożył się negatywny odbiór społeczny słów premiera Włodzimierza Cimoszewicza, wyrwanych zresztą ?z kontekstu, że powodzianie powinni się byli ubezpieczyć. Paradoksalnie tam, gdzie powódź narobiła szkód ?i państwo musiało interweniować, mieliśmy wyższe poparcie niż w innych częściach kraju. Bo na terenach powodziowych ludzie widzieli, że rząd realnie pomaga. Natomiast reszta Polski śledziła powódź w telewizji ?i wypowiedź premiera przyniosła nam istotne straty polityczne. Mimo to uważam, że tamta kadencja skończyła się pozytywnie, bo gospodarka została uruchomiona, a ludzie odetchnęli po pierwszych latach transformacji.

Politycznie to nie była spokojna kadencja. Koalicja z PSL była niezwykle burzliwa.

Koalicje zwykle są trudne, ale z perspektywy czasu oceniam, że te spory miały dla nas mniejsze znaczenie. PSL trochę gorzej wyszło na tej koalicji, bo ciągle dopominało się o realizowanie swoich interesów i miało z tego powodu problemy w oczach opinii publicznej.

Doprawiliście im gębę roszczeniowców...

Przede wszystkim oni realnie walczyli o interesy ruchu ludowego i swojego elektoratu. A jeżeli chodzi ?o doprawianie gęby, to udział w tym dziennikarzy kształtujących opinię publiczną też był spory.

A na koniec odwołaliście Waldemara Pawlaka, lidera PSL, z funkcji szefa rządu.

To od początku była nienaturalna sytuacja, że na czele rządu stanął lider mniejszej partii. Wynikała z ówczesnej roli prezydenta Lecha Wałęsy. Gdy powstawał rząd Pawlaka, obowiązywała jeszcze tzw. mała konstytucja, ?w której rola głowy państwa była znacząco mocniejsza niż teraz. Notabene to też był sukces SLD, że w 1997 r. uchwalono nową konstytucję. To prezydent decydował, komu powierzyć misję tworzenia rządu. A że lepszą prasę u Lecha Wałęsy miał wtedy Waldemar Pawlak, ?a nie nasz lider Aleksander Kwaśniewski, to prezes PSL został premierem. Od początku nie podobało nam się, że mniejszy koalicjant kieruje rządem. Na dodatek w naszym przekonaniu nie robił tego dostatecznie skutecznie i nie respektował naszych priorytetów programowych.

Dlaczego rząd Pawlaka nie był skuteczny? Sam pan powiedział, że gospodarka poszła do przodu.

Poprawa gospodarki była procesem. Startowaliśmy z poziomu ok. 3 proc. wzrostu PKB, zakończyliśmy na 7 proc. i ten sukces przypadł na okres rządów premierów z lewicy – Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza. Zresztą PSL otrzymało w zamian za stanowisko premiera funkcję marszałka Sejmu, więc miało wpływ na zaplecze parlamentarne rządu. A po wyborach prezydenckich, które wygrał Aleksander Kwaśniewski, układ rządzący został ostatecznie scementowany pod kierownictwem SLD.

W PSL do dzisiaj można usłyszeć teorię, że utrąciliście Pawlaka, bo baliście się, że jako premier wystartuje na prezydenta i wygra.

Nie pamiętam takich motywacji. Nie wydaje mi się, żeby popularność Pawlaka była większa niż Kwaśniewskiego.

Zmiana na stanowisku szefa rządu nie okazała się fortunna, bo Józef Oleksy, który zastąpił Pawlaka, został oskarżony przez szefa MSW Andrzeja Milczanowskiego ?o szpiegostwo na rzecz Rosji.

To była prowokacja, nie wiem, w jakim celu rozkręcona po wyborach prezydenckich, przegranych przez Lecha Wałęsę. Prawdopodobnie chodziło o obalenie naszego rządu. Rozpętano nagonkę medialną na Józefa, który honorowo podał się do dymisji, choć Andrzej Milczanowski, oskarżając go w Sejmie, nie podał żadnych dowodów na jego współpracę wywiadowczą, bo ich nie miał. Trudno czynić komuś zarzuty za okazjonalne kontakty z dyplomatami.

Którzy byli rezydentami rosyjskiego wywiadu.

Pod tym względem nic na świecie się nie zmieniło, część dyplomatów i dzisiaj pełni funkcje wywiadowcze.

To może lepiej, żeby premierzy się z nimi nie fraternizowali.

Od tego są służby kontrwywiadowcze, które powinny znaczących polityków przestrzegać przed niektórymi kontaktami, a nie szukać haków na premierów.

Mówi pan, że media rozpętały nagonkę na Oleksego. Czy premier oskarżony publicznie o szpiegostwo przez własnego ministra mógł pozostać na stanowisku?

Gdyby szybko wyjaśniono tę sprawę, to można sobie wyobrazić, że premier przetrwałby taki kryzys. Ale prokuratura ma swoje procedury, które wymagały czasu. Dlatego Józef odszedł z rządu, choć nie było merytorycznych podstaw do jego rezygnacji i przejął kierownictwo SdRP (największej partii w SLD, będącym wówczas koalicją lewicowych ugrupowań – red.). Notabene część działaczy martwiła się, że nagonka na Oleksego będzie stanowiła problem dla SdRP, bo podważy wiarygodność partii w oczach opinii publicznej.

To dlaczego wybraliście go na to stanowisko?

Nasi liderzy chcieli pokazać, że nikogo nie zrzucamy ?z sań wilkom na pożarcie i że Józef Oleksy jest naszym kolegą, któremu nadal ufamy.

Polska wtedy aspirowała do NATO. Czy to nie było nieodpowiedzialne ze strony partii rządzącej, że postawiła lojalność wobec kolegi ponad interes Polski? Mogliście zablokować proces przyjęcia Polski do NATO taką decyzją.

Nie. Tego typu procesy są rozłożone na lata i nie zależą od incydentalnych zdarzeń. Polska lewica przewartościowała swoje stanowisko już w 1993 r., uznając, że miejsce Polski jest wśród państw Zachodu. ?I była w tym konsekwentna. To ten, kto rozpętał aferę Olina, powinien się był zastanowić nad skutkami swoich działań. W końcu szefa MSW wskazał prezydent Lech Wałęsa, który rozpychając się na scenie politycznej, wyszarpał sobie prawo do obsadzania MSW, MON?i MSZ, a dla świętego spokoju przywódcy obozu rządzącego ustępowali mu w tej sprawie. Milczanowski był mężem zaufania Wałęsy i wszystko, co robił, robił ?w porozumieniu z nim. To był przyczynek do kontroli nad różnymi służbami, nie tylko nad armią. Zresztą ?o tym, jaka jest cywilna kontrola nad armią, też się przekonaliśmy – podczas tzw. obiadu drawskiego.

Co obiad drawski miał wspólnego z aferą Olina?

T o, że w jednym i drugim przypadku Wałęsa uległ swojemu środowisku. Obiad drawskidotyczył przecież wypowiedzenia posłuszeństwa przez wojskowych szefowi MON w obecności i – jak się wydaje – przy aprobacie prezydenta. Przypomnę, że szefem MON był wówczas admirał w stanie spoczynku Piotr Kołodziejczyk. Wojskowi, na czele z generałem Tadeuszem Wileckim, szefem Sztabu Generalnego, uznali, że ten facet od morza już nie będzie nimi rządził ?i prosili prezydenta o wsparcie podczas obiadu drawskiego. Byłem wówczas członkiem sejmowej komisji obrony narodowej, która wyraziła oburzenie tą historią. Osobiście zmartwiło mnie to, że rząd doprowadził do zmiany na stanowisku szefa MON. Co prawda, ?w rezultacie na czele resortu stanął cywil, a więc spełniliśmy w ten sposób formalnie standard NATO cywilnej kontroli nad armią, jednak odwołanie Kołodziejczyka oznaczało w praktyce usankcjonowanie drawskiego buntu generałów.

W grudniu 1997 r., a więc już pod koniec waszych rządów, doszło do zmiany na stanowisku szefa SdRP. Józefa Oleksego zastąpił Leszek Miller, a pan poparł jego kandydaturę. Dlaczego?

Powiem więcej – w imieniu ówczesnych ?49 przewodniczących wojewódzkich rekomendowałem jego kandydaturę na to stanowisko. Uważaliśmy, że w opozycji kierowanie partią ?i klubem przez jedną osobę będzie bardziej racjonalne. Paradoksalne jest to, że rok później zostałem zawieszony w prawach członka Klubu Parlamentarnego SLD na trzy miesiące, za to, że głosowałem za dużym regionem śląskim, obejmującym Opolszczyznę. Byłem wówczas zdania, że Polska powinna być podzielona na dwanaście dużych regionów samorządowych, i za tym głosowałem.

To był pomysł AWS.

I dlatego jako przywódca grupy sześciorga posłów zostałem zawieszony wraz z kolegą Wiesławem Szwedą. Tak bywa w polityce. Ale odbudowałem swoją pozycję. Gdy Leszek Miller w 2001 r. został premierem, po pewnym czasie zarządził, że szefowie regionów nie mogą być zarazem członkami rządu. A ponieważ szefem śląskiego regionu był Andrzej Szarawarski, wiceminister gospodarki, a później skarbu państwa, więc nie mógł kandydować na lidera regionalnego. Wygrałem tamte wybory z 80-procentowym poparciem. Miałem więc mocną pozycję, co dość szybko mi się przydało.

W jaki sposób?

W rządzie Leszka Millera był taki ambitny wicepremier Jerzy Hausner, który chciał dokończyć reformę górnictwa rozpoczętą za czasów AWS. Tamta reforma budziła zresztą ogromne kontrowersje, bo polegała na likwidacji 23 kopalń węgla kamiennego w krótkim czasie. Na dodatek te kopalnie likwidowano w najprostszy sposób, zasypując szyby, nawet gdy na dole pozostawały przygotowane do eksploatacji pokłady węgla. Tak było m.in. w kopalni Morcinek na granicy z Czechami ?i na Niwce–Modrzejów w Sosnowcu. Zmniejszono zatrudnienie w górnictwie o 100 tys. osób za pomocą jednorazowych odpraw. W mojej opinii tamta reforma poszła za daleko. A mimo to nasz rząd uznał, że trzeba ją jeszcze pogłębić. Minister gospodarki zaplanował likwidację kolejnych czterech kopalń, m.in. w moim okręgu wyborczym – Bolesław Śmiały w Łaziskach, poza tym dwóch w Bytomiu i jednej w Rudzie Śląskiej. Myśmy się na to nie zgodzili, odbyły się wielkie demonstracje górników i wspólnie ze związkami zawodowymi obroniliśmy te cztery kopalnie. A rząd Leszka Millera trzeba pochwalić, że oddłużył wtedy górnictwo na kwotę 18 mld zł, umożliwiając rozwój branży. Notabene dosyć szybko nadeszła koniunktura gospodarcza i te cztery kopalnie okazały się wręcz niezbędne.

W 2001 r. doszło do ponownego sojuszu SLD z PSL, choć ludowcy mieli ogromną zadrę po poprzednich wspólnych rządach.

Jednak PSL było przydatnym partnerem koalicyjnym. I uważam, że Leszek Miller popełnił swój największy polityczny błąd, wypychając ludowców z koalicji rządzącej. Osłabiło to nie tylko pozycję rządu na scenie politycznej, ale też premiera we własnym obozie politycznym. PSL było oczywiście trudnym partnerem ?i nie miało racji, odrzucając słynne winiety Marka Pola. Na marginesie, gdyby tamten projekt nie został odrzucony, to nie mielibyśmy dzisiaj kilku systemów płacenia za autostrady. Szkoda, że premier nie wykazał wówczas większej cierpliwości.

Dlaczego Millerowi jej zabrakło?

Myślę, że miały na to wpływ naciski ze strony koalicyjnej Unii Pracy i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Moi koledzy z SLD liczyli, że po rozstaniu z PSL rząd będzie sprawniej funkcjonował. Jednak w wyniku dekompozycji obozu władzy rząd wkrótce stracił większość w parlamencie. Szczególnie boleśnie odczuł to sam Miller. Utrata większości osłabiła jego pozycję, ?a wpływ na rozwój sytuacji zyskał prezydent Aleksander Kwaśniewski. Gdy Marek Borowski, ówczesny marszałek Sejmu, uznał, że trzeba zbudować nową lewicę, bo ?z SLD nie da się wygrać kolejnych wyborów, i powołał własną partię, premier został obalony. W polskiej polityce to nie pierwszy przypadek, że osoba, która ma na koncie duże zasługi – mam na myśli dokończenie procesu wprowadzania Polski do Unii Europejskiej ?i udane negocjacje o warunkach naszej akcesji – został źle potraktowany.

Sami odsunęliście go od władzy.

Zgoda. Złożyło się na to wiele czynników. Przede wszystkim zawiedzione nadzieje społeczne spowodowane tym, że ludzie oczekiwali od nas poprawy sytuacji, a rząd musiał oszczędzać ze względu na tzw. dziurę Bauca. Na to nałożyła się afera Rywina i inne historie rozdmuchiwane przez media do granic absurdu. ?W rezultacie w obozie władzy rzeczywiście ludzie zaczęli się zastanawiać, czy pod przywództwem Leszka Millera jesteśmy w stanie skutecznie walczyć ?w nadchodzących wyborach. I z tego wzięły się te inicjatywy, w których brali udział Marek Borowski, prezydent Aleksander Kwaśniewski i wybrany wtedy na przewodniczącego SLD Krzysztof Janik. Te trzy osoby miały pomysł na nową inicjatywę polityczną i na tyle były przekonujące, że pozyskały do niej większość SLD.

Popierał pan pomysł odmłodzenia kierownictwa partii, który wówczas zaowocował Wojciechem Olejniczakiem na stanowisku szefa SLD?

Odnosiłem się do tego bardzo ostrożnie i sceptycznie. Uważam, że to były dramatyczna próba odzyskania inicjatywy politycznej, inspirowana zresztą przez Krzysztofa Janika. Chodziło ?o pokazanie nowej twarzy Sojuszu, napisania nowego rozdziału partii. Te próby od 2005 r. trwały nieustannie ?i były coraz bardziej niecierpliwe. Raz odmładzaliśmy kierownictwo, raz wracaliśmy do sprawdzonych ?w bojach kolegów, którzy odnosili sukcesy.

Czyli do Leszka Millera.

No właśnie. Żadna z tych metod nie okazała się skuteczna. Do tej pory na lewicy mamy do czynienia z kryzysem, moim zdaniem związanym z utratą zaufania do lewicy w procesie rządzenia w latach 2001–2005. Jako kraj odnieśliśmy sukces, Polska weszła do Unii Europejskiej, rozpoczął się wzrost gospodarczy, a mimo to ludzie stracili zaufanie do naszej formacji i borykamy się z tym do tej pory. Próbowano różnych metod nie tylko zmiany przywództwa, ale też zmian programowych, różnych porozumień wyborczych na lewicy czy centrolewicy, ale nic to nie dało. W tym czasie postulaty socjalne partii socjaldemokratycznej zostały przejęte przez PiS, które przez te lata zbudowało swoją pozycję, a na rynku pojawiły się nowe partie lewicowe takie jak partia Razem czy Wiosna. Z pewną sympatią obserwuję próbę zjednoczenia lewicy, choć mam wątpliwości co do sposobu działania niektórych przywódców i co do akcentów we wspólnym programie. Mam wrażenie, że odchodzimy od tradycyjnych socjaldemokratycznych wartości, a kładziemy nadmierny nacisk na sprawy kulturowo-obyczajowe. W najbliższym czasie nie spowoduje to radykalnej zmiany postaw Polaków, choć zapewne wprowadzi lewicę do parlamentu.

Sprawy światopoglądowe nie ekscytują Polaków?

Nasze społeczeństwo jest nieco bardziej konserwatywne niż średnia europejska i w niektórych sprawach lewica wychodzi za bardzo do przodu. Już w wyborach europejskich było widać, że ten przechył warszawski, jak bym go określił, nie jest akceptowany w większości naszego kraju. Ale trzeba kolegów docenić, że podjęli trud zjednoczenia...

Pan tak ciepło wypowiada się o kolegach, ale, po pierwsze, na Facebooku ogłosił pan odejście z SLD, a po drugie, zanim zdążył pan odejść, został pan zawieszony za to, że powiedział o Włodzimierzu Czarzastym, iż jest spadochroniarzem.

Z sympatią oceniam próbę porozumienia na lewicy, ale nigdy nie zaakceptuję rozwiązywania organizacji terenowych, a to się wydarzyło na Śląsku. Nie mogę się zgodzić na rolę przywódcy, który autorytarnie wyznacza, kto może, a kto nie może kandydować. Martwię się, że rola lidera jest coraz większa, a coraz mniejsze znaczenie ma dyskusja programowa w szerszych gremiach i oddolne kreowanie przywódców. To nie jest tylko bolączka polskiej lewicy, ale nas też dotyka, ?a uważam, że zapatrzenie się na Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Schetynę nie jest dla lewicy dobre.

—rozmawiała Eliza Olczyk ? (dziennikarka tygodnika „Wprost")

Zbyszek Zaborowski Przez kilkanaście lat poseł SLD na Sejm ze Śląska, po 2016 r. wiceprzewodniczący partii, obecnie zawieszony za krytykowanie Włodzimierza Czarzastego. Szefował radzie wojewódzkiej SLD w Katowicach. Nie zdobył mandatu w wyborach samorządowych w 2018 r.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA