fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bogdan Zdrojewski: Demokratyczna PO była u progu wewnętrznego buntu

Wiedziałem, że trzecioligowy resort można wyciągnąć z marazmu, a kultura to niezwykle ciekawe i ważne wyzwanie. Już po krótkim czasie byłem najlepiej ocenianym ministrem
Danuta Matloch
Jan Rokita był jedynym człowiekiem, który mógł połączyć PO z PiS, gdyby został premierem. Niestety, prawdopodobnie stałoby się to kosztem PO, bo Jankowi zaczęło być bliżej do konserwatywnego PiS - mówi Bogdan Zdrojewski, minister kultury w rządzie Donalda Tuska.

Plus Minus: Ogłosił pan niedawno, że uda się na polityczną emeryturę. Czy jest coś w polityce, czego pan żałuje? Może stanowiska prezydenta Wrocławia, które porzucił pan z własnej woli?

Niczego nie żałuję. Wszystkie decyzje podejmowałem z rozwagą i po przemyśleniu. Gdy w 1990 roku zostawałem prezydentem Wrocławia, miałem 33 lata. Planowałem maksimum dwie kadencje i powrót do pracy na uczelni. Wówczas byłem jednym z najmłodszych prezydentów miast. W głowie miałem pełno pomysłów, dobrą orientację w mieście i nadwyżkę pozytywnej energii. Nie kończyłem kariery, lecz ją rozpoczynałem. W dużych miastach to była wyjątkowa sytuacja. Pamiętam, jak wpadłem spóźniony na pierwsze spotkanie Unii Metropolii Polskich. Prezydent Wyganowski zwrócił się do mnie z prośbą o kawę. Przekazałem organizatorom i usiadłem obok niego. Był zdziwiony. Przepraszając, dodał, że pomylił mnie z obsługą. Faktycznie, prezydenci Wyganowski [prezydent Warszawy – przyp. red.], Woźniakowski [prezydent Krakowa – przyp. red.] czy np. Szczęsny Kaczmarek [prezydent Poznania – przyp. red.] byli ode mnie dwa razy starsi.

To jak to się stało, że 33-latek został prezydentem Wrocławia?

Przez splot rozmaitych okoliczności. Byłem twórcą pierwszego niezależnego ośrodka badań publicznych. Jako jedyni przewidzieliśmy niezwykle precyzyjnie wyniki wyborów w 1989 roku. Poza tym inny pewniak do tego stanowiska Rafał Dutkiewicz wybrał stypendium we Fryburgu. Niemniej w finale też walczyłem z dwukrotnie ode mnie starszym, dystyngowanym inżynierem Zenonem Wysłouchem. Wygrałem prawdopodobnie w wyniku oceny skali trudności wyzwania, a także przekonania, że do tego będzie potrzeba żelaznej kondycji. Wrocław był w opłakanym stanie. Z badań wynikało, że ponad 70 proc. mieszkańców nie wiąże z nim przyszłości. Był bardzo zadłużony. Zamknięty. Obciążony dwoma fałszywymi mitami: „że to miasto na wskroś niemieckie" lub „że tu nawet kamienie mówią po polsku". Jedynymi wspominanymi gośćmi po 1945 roku byli Erich Honecker i Jan Paweł II. Okna na świat posiadały Poznań (targi), Gdańsk, Szczecin (morze, żegluga), Kraków, Warszawa (stolice), a my? Skala wyzwań była gigantyczna, a gospodarka komunalna w katastrofalnym stanie.

W 1997 roku za pana prezydentury część Wrocławia została zalana przez wielką powódź. Nie można było tego uniknąć?

Nie. Skala 3700 m3 na sekundę nie dawała żadnych szans. Ważne też, że do momentu powodzi cała infrastruktura (wały, jazy, nabrzeża) należała do instytucji państwa. Samorządy przejmowały je we władanie dopiero w czasie powodzi. Także wiedza o kondycji zabezpieczeń i przebiegu zagrożenia nie była nam dana, a zaniedbania w remontach były ponadkilkunastoletnie.

Wiedzieliście, że idzie fala powodziowa?

Tak. Nieznana była jednak skala zjawiska ani to, kiedy nastąpi najgroźniejszy moment. Eksperci pomylili się jeszcze w niezwykle ważnej kwestii: przewidywali dwie fale szczytowe (z Odry i Nysy Kłodzkiej), i to zdecydowanie mniejszych rozmiarów. Niestety, były one nie tylko większe, ale też połączyły się tuż przed Wrocławiem. W mojej opinii nie do przyjęcia było odwlekanie kluczowych decyzji przez sztab wojewódzki, a zwłaszcza obniżanie skali zagrożenia.

Co to znaczyło?

W początkowej fazie lekceważenie skali zagrożenia, a następnie budowanie oficjalnych przekazów obciążonych małą precyzją. Ówczesny rząd razem z prezydentem był skoncentrowany na wizycie prezydenta USA i dość lekceważąco odnosił się do powodzi przebiegającej przez Kłodzko, Racibórz, Opole. W jakimś sensie my, samorządowcy, byliśmy sami. Pamiętam, jak z ówczesnym przewodniczącym sejmiku Leonem Kieresem zrobiliśmy rekonesans prawie do Opola. To ta wizyta przesądziła o zmianie polityki informacyjnej. Wbrew wojewódzkiemu komitetowi przeciwpowodziowemu, ale w uzgodnieniu z płk. Romualdem Grockim (szefem wojewódzkiej obrony cywilnej), uruchomiliśmy system ostrzegania mieszkańców. Pojawiły się komunikaty prasowe, a ja osobiście zacząłem obdzwaniać kluczowe instytucje. Niestety, ze względu na porę prawie wszyscy – od szefów sądów, archiwów, policji po kardynała, gospodarza Ostrowa Tumskiego – byli na urlopach. Brakowało także wojewody, który był w podróży służbowej.

Dlaczego akurat do nich pan dzwonił?

Uważałem, że powinni zabezpieczyć swoje instytucje, zasoby, archiwa, urządzenia techniczne przed falą powodziową. Powiadomiłem też media. Reakcje były różne. Dyrektor Ossolineum zaczął przenosić zbiory na wyższe piętra, ale np. w instytucjach położonych przy Podwalu kompletnie zlekceważono ostrzeżenia. Redaktorzy naczelni „Słowa Polskiego" (Piotr Adamczyk), „Gazety Wyborczej" (Barbara Piegdoń) zamieścili stosowne ostrzeżenia, ale telewizja publiczna już nie. Fenomenalnie zachowała się prywatna stacja TEDE. Jednak skala katastrofy – wielkość fali, miejsca przerwania wałów – zaskoczyła wszystkich. Na dokładkę ta nieszczęsna dla nas wizyta Billa Clintona w Warszawie (10 lipca) odwracała uwagę od rozgrywającej się tragedii.

Dlaczego była nieszczęsna?

Najbardziej kluczowe siły i środki były w posiadaniu państwa. Koncentracja instytucji rządowych na wizycie prezydenta USA była dla nas nie do przyjęcia. Dopiero w kolejnych dniach powodzi, także na skutek aktywności wojewody Janusza Zaleskiego (przerwał podróż służbową), pojawili się Leszek Miller, gen. Marek Papała i inni wysokiej rangi urzędnicy. Niestety, te wizyty były mało fortunne, a ofiarowana pomoc niskiej wartości. No i to już było po powodzi. Feralnej nocy byliśmy absolutnie sami.

Po tamtej powodzi zyskał pan wielką popularność w mieście. Dlaczego w 2001 roku zrezygnował pan ze stanowiska prezydenta Wrocławia?

Popularność i rozpoznawalność uzyskałem już przed powodzią. Ona raczej ją utrwaliła, a zwłaszcza przeniosła w wymiar krajowy. Wrocław roku 1997 to było już kompletnie inne miasto. Wygrywaliśmy w rozmaitych rankingach, zdobywaliśmy uznanie za programy związane z zielenią, likwidacją tradycyjnych wysypisk, zmiany w gospodarce komunalnej czy remont centrum miasta. Także wyremontowanie nabrzeży przy ulicy Grodzkiej czy kluczowego wału na wyspie Piasek miało znaczenie w obronie miasta i było docenione przez ekspertów. Przed powodzią mieliśmy też pierwsze spektakularne wizyty gości zagranicznych, premierów, kanclerzy, koronowanych głów, papieża. Mogłem spokojnie kończyć kadencję i wracać do pracy naukowej. Niestety, powódź przesunęła moją decyzję o kilka lat. Trzeba było szybko uporać się ze skutkami powodzi, przygotować miasto na milenium, a przede wszystkim nie dopuścić do syndromu popowodziowego, jaki dotknął np. Kłodzka. Już we wrześniu były gotowe wszystkie szkoły, prawie wszystkie przedszkola, funkcjonowały zakłady produkcji wody, szpitale i znikały tymczasowe miejsca zbiórki rozmaitych odpadów. Kluczowe zadania wykonaliśmy w zaledwie kilkanaście miesięcy. Po obchodach 1000-lecia spłacone zostały podstawowe zobowiązania, dług miasta został zredukowany do 25 proc. i mogłem spokojnie żegnać się z urzędem. Byłem też przekonany, że dwie, trzy kadencje to maksymalny czas sprawowania takich funkcji.

Ciekawe dlaczego?

Z wielu powodów. Po pierwsze, urzędnicy potrafią „nauczyć się szefa", wpadają w rutynę, pewną jednostronność. Po drugie, ilość energii, pomysłów, projektów jest w przypadku każdej osoby raczej ograniczona. Posługując się przykładem z gospodarki rolnej, miasto także potrzebuje płodozmianu (śmiech). Każda osoba ma określone priorytety i może zaniedbać inne. Dla mnie istotne były gospodarka komunalna, kultura, ekologia, zwłaszcza zieleń, ale także poprawianie warunków pracy podmiotom gospodarczym. Budowałem oczyszczalnie ścieków, nowe nekropolie, parki, a także remontowałem zaniedbane torowiska. Ściągnięte do Wrocławia firmy zagraniczne były angażowane na rzecz miasta. Było tych aktywności bardzo dużo. Zawsze jednak jest tak, że coś się pominie, określonej grupy społecznej nie dostrzeże czy jakiś fragment miasta zaniedba. Także z tego powodu zmiany personalne są potrzebne.

Rekomendował pan na prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza.

Na dokończenie kadencji prezydentem został mój zastępca Stanisław Huskowski. Rafała namawiałem, żeby kandydował na prezydenta miasta, gdy weszły w życie bezpośrednie wybory prezydentów. Pierwsze dwie kadencje były bardzo dobre i bez poważnych napięć.

A potem Dutkiewicz zaczął się kłócić z PO.

Niestety, w kolejnej kadencji prezydent postanowił się zaangażować w rozmaite projekty polityczne. Najpierw była to Polska XXI, a na koniec Obywatele do Senatu. Sprawy miasta zaczęły się oddalać, a aktywności polityczne i promocyjne zwiększać. Pogorszyła się też jakość prowadzonych inwestycji. Pojawiły konflikty z wykonawcami. Kilka projektów zostało przeskalowanych. Zaniedbania dotknęły kwestii ekologicznych, a stopień zurbanizowania wielu osiedli przekroczył krytyczną granicę. Także sprawy komunikacyjne stawały się coraz bardziej piętą achillesową Wrocławia, podobnie jak obciążenia rozmaitymi długami. Niemniej miasto cały czas się rozwijało i umiejętnie budowało swój prestiż. Spór z PO miał więc swoje merytoryczne i polityczne źródło.

W 2001 roku kandydował pan do Sejmu z PO. Co pana pociągało w tej partii?

Różnorodność i rozmiar projektu – mieliśmy konserwatystę Jana Rokitę, liberała Donalda Tuska i prozwiązkowca Macieja Płażyńskiego, liczących się samorządowców i dobrą reprezentację wszystkich pokoleń. Uważałem, że przy dwóch formacjach ściskających centrum – postkomunistycznym SLD i konserwatywnym AWS z wyraźnymi zapędami centralistycznymi – nasz projekt ma ważną misję do wypełnienia.

A gdy zaczęli odchodzić kolejni ojcowie założyciele – Płażyński, Olechowski – potem Zyta Gilowska, która została wypchnięta z partii, to jak pan to oceniał?

Negatywnie. Każdą osobę ceniłem i uznawałem za wartość dodaną. W przypadku Zyty Gilowskiej zostałem wysłany przez Donalda Tuska do niej, do Lublina. Wracałem na zarząd z informacją o dobrym kompromisie. Niestety, w tym samym czasie złożono wniosek do sądu koleżeńskiego i w ten sposób zamach na nią został dokonany. Pretekstem było zatrudnienie jej synowej w biurze poselskim.

Przecież ta synowa została zatrudniona, zanim poznała syna Zyty Gilowskiej.

To prawda. Niemniej przy charakterze pani profesor i jej wrażliwości sprawa sztucznie urosła.

A nie chodziło o to, żeby zrobić miejsce na lubelskiej liście dla Janusza Palikota?

Nie. Lokalny konflikt rzeczywiście miał miejsce, ale to nie był powód odejścia Zyty. Raczej poważne różnice zdań z grupą liberałów.

Wierzył pan w PO–PiS w 2005 roku?

Nie do końca. Od początku nad tym projektem dominowały różnice programowe, elementy konfrontacji, wzajemnego oszukiwania się, a nie wspólnotowość. W obu partiach było dużo osób nastawionych na konflikt. Jan Rokita był jedynym człowiekiem, który mógł połączyć PO z PiS, gdyby został premierem. Niestety, prawdopodobnie stałoby się to kosztem PO, bo Jankowi zaczęło być bliżej do konserwatywnego PiS niż do liberalno-centrowej PO. Moim zdaniem PO–PiS nie doszedł do skutku m.in. przeciwko Jankowi. Były siły w Platformie, które uznały, że objęcie przez niego funkcji premiera nie wyjdzie PO na dobre.

To był ten okres, kiedy w Platformie pojawiły się konflikty. Ich wyrazem był pana start na szefa Klubu PO wbrew rekomendacji Tuska. Dlaczego pan się na to zdecydował?

To było w 2006 roku. PO była bardzo podzielona. Donald Tusk, namówiony przez Grzegorza Schetynę, postawił na Zbyszka Chlebowskiego. Klubowi groził rozłam.

Dlaczego? Co im zrobił Chlebowski?

Nie chodziło konkretnie o niego. W klubie powstały silne frakcje. Odczuwano straty po odejściu ważnych postaci. Oddalali się także Janek Rokita, Marek Biernacki i inni. Panowało przekonanie, że Zbyszek jest kandydaturą dworu. Demokratyczna PO była u progu wewnętrznego buntu.

Donald Tusk tego nie widział?

Był nieco blokowany, chyba niedoinformowany. Nakładały się na to problemy zdrowotne w jego rodzinie i w związku z tym trudność bezpośredniego z nim kontaktu. Podejrzewam, że był przekonywany o łatwym zwycięstwie Zbyszka. Widać to było zwłaszcza po reakcji sali w chwili ogłoszenia wyników wyboru. To był szok. Z czasem uznano, że uratowało to klub, a nowo pozyskiwani członkowie od lewa do prawa (Kazimierz Kutz, Radosław Sikorski, Antoni Mężydło) torowali drogę do sukcesu wyborczego rok później.

Gdy wygraliście wybory parlamentarne w 2007 roku, został pan ministrem kultury, choć przymierzał się pan do kierowania MON. Mówiono wtedy, że Donald Tusk daje ludziom to, na czym im nie zależy.

Rzeczywistość była znacznie bardziej skomplikowana. Jako szef sejmowej Komisji Obrony byłem rzeczywiście bardzo dobrze przygotowany do kierowania MON. Także w gabinecie cieni pracowałem niezwykle intensywnie. Pojawił się jednak konkurent w osobie Bogdana Klicha, a w otoczeniu premiera dominował przekaz, że w resorcie obrony mogę za mocno urosnąć. Resort kultury był za to lekceważony, uznawany za trudny i mało atrakcyjny. Świadczył o tym też fakt niezwykle krótkich w nim karier. Przeciętny czas sprawowania funkcji szefa MKiDN wynosił zaledwie kilkanaście miesięcy.

Dostał pan Ministerstwo Kultury i przyjął pan to ze spokojem?

To nie takie proste. Jestem co prawda kulturoznawcą, a we Wrocławiu obszar kultury był moim priorytetem, ale kluczowe było, czy mam pomysł na proponowaną kadencję. Nie szukam władzy dla władzy. Ponieważ znałem resort, będąc także członkiem Komisji Kultury, miałem świadomość rozmaitych zaniedbań, zwłaszcza inwestycyjnych. Podjąłem wyzwanie.

Nie poczuł się pan jak zapchajdziura?

Nie, ale tylko z jednego powodu. Wiedziałem, że trzecioligowy resort można wyciągnąć z marazmu, a kultura to niezwykle ciekawe i ważne wyzwanie. Już po krótkim czasie byłem najlepiej ocenianym ministrem, a w rozmaitych rankingach ostatnim do dymisji. Przez ponad siedem lat sprawowania urzędu jako jeden z nielicznych nie miałem wotum nieufności. Uzyskaliśmy renomę także poza granicami, a nasze sukcesy w wykorzystaniu środków unijnych stały się ogólnoeuropejskim wzorcem.

Nie uniknął pan oskarżeń o faworyzowanie pism i środowisk lewicowo-liberalnych, a tych prawicowych niekoniecznie.

Zarzut kompletnie nietrafiony. Zarówno lewica, jak i prawica mogły wytknąć jedynie jednostkowe przypadki niepasujących im politycznie decyzji. Przez mój gabinet w MKiDN przewijali się wszyscy – od Leszka Millera przez Pawła Kukiza do Przemka Gosiewskiego czy Marka Jurka. Faktem natomiast jest, że dla użytku publicznego czasami pojawiała się krytyka. Dla np. skrajnej części SLD nieakceptowalna była pomoc przy realizacji Muzeum Jana Pawła II w kopule Świątyni Opatrzności Bożej.

W tej sprawie nawet prokurator prowadził postępowanie.

Na wniosek Leszka Jażdżewskiego, ale szybko rozstrzygnął, że wszystko było zgodne z prawem. Mało tego, prawie nikt nie dostrzegał, że decyzja o wieloletnim planie rządowym zapadła przed 2007 rokiem i byłem jedynie kontynuatorem projektu, zgodnie z zasadą ciągłości odpowiedzialności państwa. Przerwanie projektu, czyli decyzji wpisanej w ustawy budżetowe, mogłoby mnie narazić na odpowiedzialność konstytucyjną.

Artyści też różnie pana oceniali. Jacek Poniedziałek, znany aktor warszawski, zarzucił panu, że pod rządami PO kultura zdycha.

Oceny artystów były przeważnie bardzo pozytywne. Odbieram je zresztą do dziś. Najbardziej usatysfakcjonowani byli samorządowcy, a zwłaszcza świat muzyczny i szkolnictwo. Kultura oczywiście „nie zdychała", lecz miała się wyjątkowo dobrze. Zresztą sam Jacek Poniedziałek stał się beneficjentem ważnej decyzji inwestycyjnej, obejmującej jego miejsce pracy (Nowy Teatr Warlikowskiego). Warto dodać, że była to niezwykle skomplikowana operacja. Niemniej ma absolutną rację w jednej sprawie: pewnego zaniedbania w kwestiach socjalnych samego środowiska artystycznego. Funkcjonowałem jednak w warunkach światowego kryzysu i musiałem wybierać priorytety w absolutnie żelaznej kolejności i dyscyplinie. Dziś też lepiej widać, że miałem rację.

Co było przyczyną przegranej PO w 2015 roku?

Jedną z nich była porażka Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich. Poza tym ujawniło się zmęczenie nadzwyczaj długimi rządami PO. Także funkcjonowanie w czasie światowego kryzysu ekonomicznego nam nie pomagało.

Nie było się czym chwalić?

Było. Polska zmieniała się na naszych oczach w sposób niebywały. Rosła nasza pozycja w UE. Szkoły zaczęły uzyskiwać wysokie oceny w europejskich porównaniach, a wskaźniki inwestycyjne mogły budzić uznanie. Niestety, część elektoratu była zawiedziona odłożonymi obietnicami (obniżką VAT, wprowadzeniem Jednomandatowych Okręgów Wyborczych etc.), a także np. nieprzekonującymi wyjaśnieniami dotyczącymi ograniczeń funduszy gromadzonych w OFE.

I podwyższeniem wieku emerytalnego.

Chociażby. Choć od razu dodam, że to decyzja odważna, słuszna i świadcząca o wysokiej odpowiedzialności za losy państwa i samych emerytów. Niestety, zabrakło takiego programu jak 500+, choć środki już się pojawiały i lepsze perspektywy finansowe także.

To dlaczego tego nie zrealizowano?

Priorytetem było wyjście z procedury nadmiernego zadłużenia. Niestety, pod koniec drugiej kadencji chyba zabrakło wyczucia, pewnej wrażliwości. Tego dokładnie nie wiem, byłem już wówczas w Parlamencie Europejskim.

Czy teraz PO zmierza we właściwym kierunku?

Można byłoby na to pytanie odpowiedzieć, gdyby znany był kierunek.

Podtrzymuje pan stanowisko, że przechodzi na polityczną emeryturę?

Od polityki uprawianej zawodowo prawdopodobnie tak. By ją uprawiać z przekonaniem, trzeba widzieć dla siebie konkretną rolę. Dziś mam z tym poważny kłopot. Nieco poturbowany zostałem przy okazji wyborów do PE. W pewnej przenośni udało się Grzegorzowi Schetynie urwać mi wyciągniętą w jego kierunku rękę. Zaraz potem usłyszałem zawołanie „wszystkie ręce na pokład". Nie dam sobie urwać drugiej, przy okazji wyborów do Sejmu. Niemniej potwierdzam gotowość dalszej aktywności politycznej, byleby na uczciwych warunkach i przestrzeganych zasadach.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

Bogdan Zdrojewski – polityk i samorządowiec. Od 1990 do 2001 r. prezydent Wrocławia, senator IV kadencji, poseł na Sejm IV, V, VI i VII kadencji, od 2006 do 2007 r. przewodniczący Klubu Parlamentarnego PO, deputowany do PE VIII kadencji. Od 2007 do 2014 r. minister kultury i dziedzictwa narodowego.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA