fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bogusław Chrabota: Dzięki wam, imigranci

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Oglądam ich codziennie z okien mojego biura. Zasuwają na rowerach, tachając na plecach wielkie torby z napisem UberEATS. Zlecenia odbierają w szarawym baraku, który został po rozparcelowanym przed laty Domu Słowa Polskiego.

Teraz to ich kwatera główna. Tu pracuje dyspozytor. Przyjmuje zlecenia i wysyła w teren kurierów. Mimo że są w Polsce ledwie od kilku tygodni, bez trudu znajdują restaurację, odbierają zamówione przez internet danie i zawożą do zamawiających. Ich przewodnikiem jest Google Maps, zbawienna aplikacja, która pomaga im orientować się w trudnym miejskim terenie.

W większości, jeśli nie wszyscy, pochodzą z Indii. A w tamtejszych miastach, jak wiadomo, tłok, chaos i zgęszczenie jeszcze większe niż w Warszawie. Stolica kraju nad Wisłą jest więc dla nich jak kromka chleba z masłem. Nadzwyczaj prosta, doskonale przestrzenna, krystalicznie logiczna. Łatwo wszędzie tu trafić. Kilkanaście minut jazdy na rowerze i szybka dostawa. Zupa jeszcze ciepła, kartacze nie zdążyły wystygnąć, zwodniczo pachnie gorące curry. Polski konsument odbiera danie. Hindus goni już za następnym zleceniem.

Reakcje ludzi? A niby jakie mają być? Przecież Hindus jest ciapaty, nawet bardzo ciapaty. Klienci się nie boją? Bez problemu otwierają drzwi? Nie, nikt się nie dziwi. A kto miałby jeździć w UberEATS, Polacy? Dla nich to żadne pieniądze. A dla biednego chłopaka z przedmieść Delhi fortuna. Przyjeżdża więc i pracuje nad Wisłą. On i tysiące jemu podobnych.

Wychodzę z biura coś zjeść. Kiedyś były tu bary mleczne. Do czasu, kiedy Włosi założyli przy Siennej pizzerię La Bufala. Jest znakomita. Ravioli, świeże krewetki, antipasti i pizza. Jaka chcesz, na cienkim chrupkim cieście. Zamykasz oczy, chłoniesz zapach świeżej bazylii i na skrzydłach wyobraźni przenosisz się na chwilę do Toskanii. Ostre słońce i skrzące się w kieliszku bordowymi iskierkami Brunello dopełniają iluzji.

Ale chwila, doskonałość aromatów tego śródziemnomorskiego integrum nagle ulega zachwianiu, pojawia się jakaś nowa nuta, obca, niepokojąca, pełna egzotyki. To nowy ton. Idę jego śladem i trafiam po przejściu kilku kroków do restauracji OM. Na szyldzie napisano, że serwuje się tu kuchnię indyjską i nepalską. Jest pora lunchu, więc w środku tylu gości, że nie ma gdzie usiąść. Uśmiechnięty kelner grzecznie się wita i prowadzi do stolika na zewnątrz, wręcza kartę. Zaczynam jak zwykle od „Bombilli", a potem curry i placki. Ludzie wchodzą i wychodzą. Jedni po raz pierwszy, inni to stali bywalcy, których aromaty tej kuchni przyciągają jak magnes. Jest ich tak wielu, że zaczyna brakować dla nich miejsca. Hinduscy kucharze świetnie to rozumieją, więc naprzeciwko już za kilka dni otworzy się kolejna restauracja serwująca dania kuchni indyjskiej. Czwarta w najbliższej okolicy. Wszędzie oczywiście pracują ciapaci.

Ale nie tylko oni. Na rogu dwie restauracje oferujące sushi. Konkurencja. Tu dominuje inny kolor skóry. Kelnerki zwykle znad Wisły, ale kucharze, albo jak kto woli – sushi masterzy – są zwykle Azjatami. Drobnymi rączkami ugniatają ryż i kroją rybę. Potem zwijają wszystko przy użyciu bambusowej maty w charakterystyczne wałki. Wystarczy je pokroić i mamy „maki", fundament japońskiej kuchni. Czy wszyscy sushi masterzy są z Japonii? Gdzieżby? To legenda, bardzo wielu z nich to Chińczycy. Łatwo ich spotkać w warszawskim Chinatown. Tam są całe rzesze specjalistów od sushi do wynajęcia.

Chinatown w Warszawie? Pierwsze słyszę – odpowie ktoś niezorientowany. W Nowym Jorku, Filadelfii, nawet w Londynie... Tak, owszem, tam można znaleźć Chinatown, ale w Warszawie? No, niezupełnie w Warszawie – odpowiadam. Mazowieckie Chinatown jest w Wólce Kosowskiej. Setki sklepów, straganów, istny Hongkong i Shenzhen razem wzięte. Tysiące ludzi i miliony przepływających przez ten Hongkong pieniędzy. Niektórzy dorobili się tu już fortun. Dziś są posiadaczami nieruchomości w Warszawie.

A wiecie, że mamy na Woli dzielnicę wietnamską, że orientalne knajpki to nic nowego? Rosną jak grzyby po deszczu. Tandetne i dla ubogich, ktoś powie. To ja zapraszam na Pańską, gdzie kiedyś była serwująca polską kuchnię znakomita Halka. Dziś na jej miejscu usadowili się Chińczycy z nowoczesną kuchnią w stylu fusion. „Czapki z głów" – komentują goście. Tak wyglądają nowe restauracje w Szanghaju.

Wróćmy do tych, co to się ich najbardziej boimy, Syryjczyków. Słyszę, że nie chcemy ich nad Wisłą, bo mają skłonności do eksplodowania. Tyle że oni tu już są. Doskonali lekarze, handlowcy, restauratorzy. Ktoś słyszał o Hama Sushi? Tak, a skąd to Hama w nazwie? To przecież miasto w Syrii. Tak, bo Adi, właściciel, pochodzi z Hama. Dawno temu przyjechał do Polski. Tu się ożenił. Tu zainwestował. Tu urodziły się jego dzieci. Dzięki, że przyjechał – mówią jego klienci. Dzięki wam wszystkim, że tu jesteście. Dzięki wam życie nad Wisłą nabrało kolorów.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA