fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Ratownicy górniczy: Ryzykują życie, by pochować kolegów

– Mobilizuje nas nadzieja i adrenalina. Mówimy „trzeba zawsze iść po żywego”. Ktoś powie slogan, ale dla nas to jak okrzyk bojowy – mówi Marcin Świerczek, ratownik górniczy z 12-letnim doświadczeniem.
Rzeczpospolita
Dlaczego 20 metrów pokonujemy w pięć godzin? Wstrząs wyzwala pod ziemią potężną energię. W jednej chwili podłoga w wyrobisku łączy się z sufitem. To nie było tak, że górników zasypało, to podłoga podeszła do góry.

W sobotę, 5 maja w kopalni Zofiówka doszło do najsilniejszego tąpnięcia w 25-letniej historii Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Wstrząs miał siłę około 3,4 stopnia w skali Richtera. 900 m pod ziemią pracowało 250 osób. Zniszczenia w wyrobisku odcięły drogę siedmiu górnikom: przeżyło dwóch. Bezprecedensowa akcja trwała 11 dni. Wzięło w niej udział 2,5 tys. ratowników górniczych z wszystkich stacji ratownictwa i śląskich kopalń, nie tylko należących do JSW.

***

To miał być jeden z nielicznych wolnych weekendów dla rodziny. Mam półrocznego syna i ośmioletnią córkę. Telefon od szefa zadzwonił chwilę po godzinie 11 – żebym się szykował na Zofiówkę. Zmiana poranna już wyruszała z Bytomia. Wiedzieliśmy niewiele – że nie mogą się doliczyć siedmiu pracowników, że jest potężny wstrząs – opowiada Świerczek. – Mieszkam w Rydułtowach, koło Wodzisławia Śląskiego, stamtąd blisko do Jastrzębia, gdzie jest Zofiówka. O godz. 18 mam być już na kopalni, zmienić poranny zespół. Do akcji jadą zawsze dwa zastępy, po pięć ratowników każdy. Wiemy już, że dwie osoby są żywe. Gdy zobaczyłem, że ich wyprowadzają, pierwsza myśl to, że jest szansa, by uratować wszystkich. To najbardziej budujące w tych akcjach, że szansa jest zawsze. Bo cuda, także pod ziemią się zdarzają. Liczy się czas.

– Zjeżdżamy w piątkę windą na dół. Wszędzie jest ciemno, prąd dla bezpieczeństwa został wyłączony. Tylko na kaskach mamy akumulaturowe lampki.

Na dole nie było tlenu. W pierwszej fazie pomiar wskazywał aż 80 proc. metanu. To gaz, który wypiera powietrze, a przy stężeniu między 5 a 15 proc. wybucha. Warunki są skrajnie ekstremalne, niebezpieczne. – Ktoś pomyśli: jeśli ci górnicy nie zginęli od wstrząsu, uduszą się, ale człowiek zawsze ma szansę, nawet w takich warunkach, bo dochodzi do rozszczelnienia rurociągu ze sprężonym powietrzem w wyrobiskach. Górnicy mają też aparaty ucieczkowe – przez minimum godzinę zapewniają im oddychanie.

– My do końca wierzymy, że ratujemy ludzi. Nawet jeśli logika podpowiada, że nie ma szans, to wycinamy to z głowy. Historia pokazuje, że nie można nikogo skazać. Zbigniew Nowak, górnik metaniarz z Halemby, który po wybuchu metanu w lutym 2006 r. spędził prawie pięć dni w zasypanym chodniku, przeżył, bo trzymał głowę blisko pękniętej rury z powietrzem, choć został uwięziony w szczelinie 80 cm na metr. Wyszedł po tylu dniach o własnych siłach. „Dajcie mi pić i jabłko" – powiedział do ratowników.

– Trzeciego czy czwartego dnia akcji na dole w Zofiówce tę historię opowiedział mi jeden z moich ludzi, który go ratował. Wspominał, jak usłyszeli stukanie Nowaka w zawale. Piekielnie zmęczeni dostajemy wtedy zastrzyk nowych sił. Bo determinacja w naszym zawodzie jest najważniejsza.

***

Marcin Świerczek jest z górniczej rodziny. Dziadek, ojciec i dwaj bracia – wszyscy pracowali na kopalni.

Od dziecka lubi akcje ratownicze, te na powierzchni, strażackie. Widzi, że ojciec z górniczej pensji jest w stanie utrzymać całą pięcioosobową rodzinę. W wieku 19 lat kończy technikum górnicze i dostaje pracę na kopalni Anna. Nie wie nic o ratownictwie górnictwie. Tylko tyle, że jak się wycofuje pracowników z kopalni, to ratownik idzie w drugą stronę. Trafił na dobry czas dla młodych w górnictwie – jest luka pokoleniowa, Kompania Węglowa daje absolwentom patronackich szkół gwarancje pracy. Świerczek ma dziewczynę, chce założyć rodzinę. Córka rodzi mu się na studiach górniczych. Pracę magisterską pisze o akcjach zawałowych. Robi kurs w centralnej stacji w Bytomiu. Pierwszą akcję zawałową miał na Rydułtowach dziesięć lat temu.

Dopiero po pierwszej ciężkiej akcji na dole ratownik wie, czy się do tej roboty nadaje. Dla Świerczka staje się ona pasją.

– Początki akcji w Zofiówce to zbieranie informacji o tym, jak jest na dole, bo trzeba ocenić skalę zniszczeń. To nie działa tak jak na powierzchni, np. w katastrofie budowlanej. Duży układ wyrobisk nie wygląda już tak, jak na mapach – zniszczenia po wstrząsie są niewyobrażalne, do tego trudno dostępne.

Wszyscy znajdowali się w jednym chodniku, tylko odstępy między nimi mogą być ogromne. To jest kopalnia. Niektórzy wcześniej skończyli pracę, wychodziły już pod szyb.

Jestem ze swoimi ludźmi na dole w bazie, czekam na wejście. Dostajemy sygnał, że odnaleźli jednego z poszkodowanych, który nie daje oznak życia. Ci, którzy go znaleźli, wracają do bazy, są bardzo zmęczeni. Zapada decyzja, że to nasz zastęp ma go odtransportować do bazy. Jest noc z soboty na niedzielę.

Z noszami transportujemy go właściwie na kolanach, momentami pełzniemy. Z wyrobiska o wymiarach 6 metrów szerokości i trzy metry wysokości zostają szczeliny – 30, 40 cm, czasem tylko metr. Niesiemy go tak blisko 100 metrów – opowiada.

Główny sztab akcji jest na powierzchni. Tworzy go kilkanaście osób, specjalistów, kierowników. Na dole powstaje baza ratownicza. – Tam jest kierownik akcji i on przekazuje informacje do góry, do sztabu, meldunki, polecenia dla nas. Nie ma telefonów – łączność musimy sami zbudować, ciągnąc kable. Będziemy pracować w maskach tlenowych o obiegu zamkniętym, na plecach mamy butle z tlenem. Sprzęt waży 16 kilogramów – tłumaczy Świerczek.

Baza ratowników jest na dole, kilka kilometrów od zdarzenia. Jeden zastęp składa się z pięciu osób. – Tradycja jest taka, że zawsze schodzimy ze swoimi ludźmi. Oni muszą ufać mi, ja – im. Bez pracy zespołowej to się nie uda. Musimy podjąć decyzję, ryzykując niejednokrotnie własnym życiem. A ryzyko musi być akceptowane przez wszystkich. Wszyscy musimy być pewni siebie.

Mamy mapę, wiemy, w które miejsce mamy się udać. Cały czas mówimy o zaginionych. Jeśli docieramy do człowieka, nawet jeśli nie daje oznak życia, mówimy o poszkodowanym. Nie nazywamy go zmarłym, ofiarą. Nie jesteśmy lekarzami – podkreśla.

Dwie osoby które przeżyły, były daleko od epicentrum wstrząsu. – Miały mnóstwo szczęścia. Wykazali się też bardzo dużym instynktem samozachowawczym, bo kiedy po wstrząsie uwolniły się ogromne ilości metanu, ci dwaj górnicy czekali przy rozszczelnionym rurociągu z powietrzem. Wiedzieli, że po nich przyjdziemy. Ta świadomość jest kluczowa, by przeżyć.

***

Im głębiej tym cieplej. – Termometry pokazują 30 st. C, wilgotność sięga 80 proc. Aparaty tlenowe wystarczają na cztery godziny naszej pracy, choć przepisy pozwalają w skrajnych przypadkach ratowania życia odstąpić od tego przepisu – mówi. Ekipa ratownicza ma ze sobą przyrządy pomiarowe, które sygnalizują przekroczenia: metanu, tlenu, tlenku i dwutlenku węgla; termometr, zapasy sprzętu pozwalające wymienić butlę tlenową oraz nosze, apteczkę i maskę tlenową dla poszkodowanego. – Ten sprzęt utrudnia nam poruszanie w piekielnie trudnych realiach – dodaje.

Rejon działań jest bardzo duży. – Na początku akcji mamy kilometry do sprawdzenia. Gdzie znajdują się poszkodowani? Nie wiemy. Wiemy tylko, z którego miejsca dzwoniono z informacją o prowadzeniu robót strzałowych. Ta grupa siedmiu uwięzionych górników tym się właśnie zajmowała. Z tego, co wiem, nie zdążyli ich odpalić. Wstrząs był samoistny. Natura.

6 maja ratownicy odnajdują kolejnego z górników – znajdował się mniej więcej 20 metrów od tego pierwszego. Był uwięziony między rurociągami. Aby do niego dotrzeć ratownicy muszą użyć specjalistycznego sprzętu. Trwa to minimum pięć godzin. By go zidentyfikować potrzebne będą badania DNA.

– Dlaczego 20 metrów pokonujemy w pięć godzin? Wstrząs wyzwala pod ziemią potężną energię, która doprowadza do wypiętrzenia spągu. Mówiąc obrazowo, w jednej chwili podłoga w wyrobisku, łączy się z sufitem. To nie było tak, że zasypało ich z góry, to podłoga podeszła do góry. W najgorszych miejscach nie było nawet prześwitu, inne miejsca dawały nam 30, 40 centymetrów przejścia – a to wyrobisko miało przecież sześć metrów szerokości i 3 metry wysokości! W sekundę zrobił się z tego korytarzyk. Więc praktycznie pełzliśmy. Z aparatem tlenowym, który powoduje że dodatkowy gabaryt uniemożliwia nam przejście. Nie raz musieliśmy zdjąć aparat i pchać go przed sobą – mówi Świerczek.

***

Do Zofiówki ściągani są ratownicy z innych kopalń, stacji, a nawet innych spółek górniczych. Blisko 200 ratowników każdego dnia. W ciągu jednej doby, z dwóch stron pracują 42 zastępy – w sumie 210 osób. Każdy po ok. 12 godzin. Do przeszukania mają 200 metrów wyrobiska. Ściągnięty zostaje specjalistyczny sprzęt: lokalizacyjny górniczy odbiornik pomiarowy oraz wideoendoskop przemysłowy z kamerą wziernikową, który pozwoli zobaczyć, co się dzieje w chodniku.

W wyrobisku była zamontowana niezbędna do pracy infrastruktura: rurociągi, taśmociąg, elementy kolejki podwieszanej. – To wszystko znajduje się na naszej drodze, a wstrząs podniósł to do góry. Wielotonowe urządzenia były powykręcane jak zapałki. Tam, gdzie jeszcze wczoraj stał 50-tonowy kombajn chodnikowy, teraz jest 1,5 metra przestrzeni, a na stropie widać tylko ślady farby. Ślady po kombajnie. Wtedy zastanawiasz się, co się dzieje z człowiekiem, który waży 70 kilo? Nie ma możliwości użycia ciężkiego sprzętu, jak przy katastrofie budowlanej. Tu mamy najprostsze narzędzia pneumatyczne i ręce. Musimy więc po kawałku wycinać kawałki tych sprzętów, albo rozkręcać, rękami wybierać węgiel – tłumaczy.

W pierwszej fazie akcji nie istnieje wentylacja – została zniszczona. – Musimy ją więc także na bieżąco odtwarzać. By pracować, potrzebujemy powietrza. Te, które pompujemy pod ziemię, jest gorące, ogrzewa się dodatkowo od maszyn, urządzeń, ale i tak jest lepsze od tego z butli.

Więc budujemy lutniociągi, by doprowadzić powietrze, które pozwoli nam rozrzedzić metan i pracować bez aparatów, a więc szybciej i bezpieczniej. Lutniociągi to takie lutnie parciane, wyglądają jak elastyczne rulony, które się rozwija, transportują z powierzchni świeże powietrze. By móc zdjąć maski tlenowe musi być 19 proc. tlenu w powietrzu.

Akcja ratunkowa idzie z dwóch kierunków: zastępy próbują dotrzeć do przodka, gdzie górnicy wykonywali prace. Z relacji rannych górników, których w sobotę udało się uratować, wynika, że uwięzieni mogą znajdować w się w dolnej części chodnika. Ratownicy nie wiedzą jeszcze, że na końcu zawalonego chodnika zrobił się lej, który został zalany wodą.

***

Woda w górotworze jest naturalna. W wyniku wstrząsu mógł się przerwać jakiś zbiornik podziemny, pęknąć rurociąg przeciwpożarowy. – Najbardziej utrudnia nam dojście konstrukcja zniszczonej taśmy. Wycinamy ją ręcznie, nożycami metr po metrze. Już przed niecką namierzamy sygnał z dwóch górniczych lamp – jest zakłócany dużą ilością elementów metalowych. Wiemy, że jesteśmy blisko – wspomina.

By usunąć tysiące metrów sześciennych wody z utworzonego po wstrząsie zalewiska ratownicy muszą zbudować system pomp pneumatycznych na sprężone powietrze, która odsysa 100 litrów na minutę. Wykorzystanie elektrycznych, bardziej wydajnych, nie jest możliwe. Budują pompę pierwszą, ona podaje na drugą, na trzecią i czwartą.

Pomoc – użycie urządzeń do prowadzenia podwodnych poszukiwań – zaoferowali żołnierze i Marynarka Wojenna z Gdyni. Na dół zostaje sprowadzony pies tropiący.

Psy to decyzja sztabu. – To nie pierwszy przypadek, kiedy wykorzystano psa do akcji ratunkowej na kopalni. Pamiętam w 2011 r. sprowadzono psa do poszukiwań w kopalni Rydułtowy, także zbiornika w kopalni Silesia, rok później na Bożych Darach. Ułatwiły nam pracę. Miejsce tego ostatniego poszukiwanego górnika zostało ponoć wskazane przez psa. Nie miał on możliwości dojść dalej, on znajdował się w rumowisku, ale jak to mówią przewodnicy „oszczekał to miejsce" – mówi Świerczek.

W ósmej dobie akcji ciało jednego z górników znaleziono w zalewisku, podczas wypompowywania wody. Kolejnego dnia ratownicy odnaleźli zwłoki drugiego z trzech poszukiwanych górników.

Nie ma psa uniwersalnego – jeden szuka człowieka znad lustra wody, inny w wodzie. Inny ludzi żywych, inny ciał, inny topielców. Dlatego w Zofiówce były trzy psy.

– Duży szacunek należy się ich przewodnikom. To musiał być dla nich potężny szok. I te 80 metrów przejść na kolanach z psami. Sami jesteśmy piekielnie zmęczeni. Mimo ochraniaczy mamy zdarte kolana i łokcie, bo ileż dni można się czołgać. Ale jak powtarza nam starszy stażem ratownik – przestaje boleć jak się w dziurze zrobi dziura. Coś w tym jest.

***

Po akcji przestałem wracać do domu, nie miałem siły prowadzić samochodu. Śpię w pracy, w centralnej stacji. A bywały dni, że musiałem na siłę jechać do domu, by zobaczyć rodzinę, dzieci. Nic tak nie pomaga jak zobaczenie tych, których się kocha. Wzruszyłem się, kiedy z torby z kanapkami wyciągnąłem pocztówkę z serduszkiem, którą napisała dla mnie córka – mówi.

– Mobilizuje nas nadzieja i adrenalina. Mówimy „trzeba zawsze iść po żywego". Ktoś powie, że to slogan, ale dla nas to jak okrzyk bojowy. Nie miałem w swojej karierze tego szczęścia, że znalazłem ludzi żywych. Moim starszym kolegom to się udało, dlatego wiem, że cuda się zdarzają. Jak chociażby uratowanie tej piątki górników z zawału w kopalni Siltech w Zabrzu.

Piąta ofiara wstrząsu w Zofiówce zostaje odnaleziona z wtorku na środę, 11. dnia akcji.

Ciało ostatniej ofiary uwięzione było pod jedną z konstrukcji w zniszczonym tąpnięciem chodniku H10. Transport pochłonął kilka godzin.

– Wiedzieliśmy, że powtórny wstrząs, nieprzewidywalny może nastąpić w każdej chwili. Wiemy, że czasem ratownicy, którzy mają nieść pomoc, giną – mówi Świerczek. Takie sytuacje się zdarzają – tak było na kopalni Krupiński w 2011 r., czy w Niwce-Modrzejów w 1998 r., kiedy to w nieczynnym i pozbawionym tlenu chodniku na poziomie 600 m zginęło czterech ratowników górniczych, a kolejnych dwóch zmarło w szpitalu.

– Nie jesteśmy bohaterami. Ale rodzina górnika uwięzionego na dole czeka na dobrą lub złą wiadomość. Chce bliskiego pochować. Tam, w Zofiówce to byli sami młodzi ludzie – podkreśla. Pięciu górników którzy zginęli w Zofiówce miało od 28 do 38 lat. Kopalnia pokryje wszystkie koszty związane z pochówkiem.

***

Feralnej soboty na Zofiówce pracowało zaledwie 250 górników. – Szczęście w nieszczęściu, bo ofiar mogło być znacznie więcej – mówi Jerzy Markowski, były wiceminister górnictwa i dyrektor kopalni Budryk. Zofiówka zatrudnia 2831 pracowników dołowych. Średnio na dobę zjeżdża na dół 2176 osób, plus 633 pracowników z firm zewnętrznych, które świadczą w kopalni usługi.

Pięciu górników, którzy zginęli, przygotowywało chodnik pod wydobycie. To był wstrząs samoistny, do którego – wszystko na to wskazuje – nie przyczynił się człowiek. – Wstrząs to efekt warunków naturalnych i działalności górniczej. Ta kopalnia ma trudnołamliwe pokłady, które tworzą dyslokację tektoniczną i naprężenia, których konsekwencją są wstrząsy. Ale człowiek musi umieć przewidywać skutki swoich działań, by do tego nie doprowadzić. O to chodzi w tym zawodzie – dodaje Jerzy Markowski.

Po akcji ratowniczej, która zakończyła się z chwilą odnalezienia ostatniego górnika, decyzją dozoru górniczego wyrobisko zostało zamknięte. Wybudowano tzw. korki przeciwwybuchowe, które z dwóch stron izolują miejsce tąpnięcia. Zdarzenie zbada komisja górnicza, która ma przeanalizować, ocenić i sprawdzić parametry zjawiska sejsmicznego, spadek naprężeń, ogniska wstrząsu oraz lokalizację. – Jest to zjawisko nietypowe w sensie rozmiarów i jego skutków – tłumaczy Adam Mirek, prezes Wyższego Urzędu Górniczego. Prace komisji pozwolą odpowiedzieć na pytanie, czy w tym rejonie będzie można prowadzić eksploatację i ewentualnie, na jakich warunkach. – Rozruch ściany H4 w pokładzie 409/4 miał ruszyć na przełomie sierpnia i września tego roku – mówi nam Joanna Karwot z biura JSW.

***

Czy się bałem? Na dole człowiek się odcina od takich myśli, emocji. Na chłodno myślę, że bałbym się ryzyka ponownego wstrząsu. Ale teoria mówi, że po wstrząsie następuje duże odprężenie, energia została oddana, długi czas powinien być spokój. Z drugiej strony wiemy, że ten wstrząs w Zofiówce, przynajmniej teoretycznie, nie miał prawa się wydarzyć – mówi Świerczek.

– Każda akcja zawałowa jest inna. Pamiętam zawał na kopalni Śląsk w 2015 r., gdzie wyrobiska uległy całkowitemu uszkodzeniu. Poniżej nie było żadnej wolnej przestrzeni. Dwie osoby zostały na dole. A my robiliśmy odwiert z powierzchni, by do nich dotrzeć. Drogi były dwie: kombajn chodnikowy szedł i drążył nowy chodnik, a drugi – z góry - szedł blisko kilometr w dół. Trafiliśmy idealnie co do centymetra. To była pod tym względem precedensowa akcja.

– Wzruszyłem się, kiedy odczytano nam list od rodzin. Dziękują nam, choć przecież ich bliskich nie uratowaliśmy.

– Słyszałem, że byliśmy hejtowani w internecie, ale nie czytamy tego. Jak ktoś zazdrości górnikowi przywilejów – zapraszam na dół. Ratownicy pracują do 50. roku życia. Jako ratownicy musimy mieć doskonałą kondycję, teraz mamy mocną ekipę sportową, chłopaki biegają w maratonach. Co roku przechodzimy trudne badania wysiłkowe, m.in. jak ciało reaguje na warunki wysokich temperatur i ciśnienia. Musimy prowadzić zdrowy tryb życia, żeby w akcjach dać radę.

Wypadki na kopalni były, są i będą, ale coraz mniej osób ginie. Górnicy są dziś bardziej świadomi zagrożeń, nie chcą ryzykować życiem.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA