Plus Minus

Jeszcze jedno uderzenie księdza

materiały prasowe
Uwielbiam pierwsze utwory na płytach z cięższą muzyką. Często to one ustawiają całą resztę.

Nie byłoby „Czarnego Albumu" Metalliki bez ciosu między oczy, jakim jest riff „Enter Sandman". Nie byłoby „Kings Of Metal" Manowaru bez bezkompromisowego „Wheels Of Fire", a „Reign In Blood" Slayera nie byłoby tym samym, gdyby nie otwierał go „Angel of Death". Jak to wygląda na nowej płycie Judas Priest? Utwór tytułowy, „Firepower": umiarkowanie szybkie tempo, riffy jak żyletka z okładki „British Steel", w zwrotce patos rodem z „Hell Patrol", w refrenie ostrość z „Electric Eye". Te wszystkie nawiązania biorą się stąd, że oczywiście Judas Priest nie wymyśla na nowej płycie nic nowego. Ale to nie za innowacje kochamy dziś Halforda i ekipę.

Trzeba jednak przyznać, że w latach 70. ich muzyka była bardzo innowacyjna. Muzycy z Birmingham byli prekursorami heavy metalu, zainspirowali setki wykonawców, choćby Slayera, który nagrał jeden z wczesnych utworów Judas Priest, „Dissident Aggressor" (choć paradoksalnie to wersja oryginalna wydaje się mocniejsza, bardziej energetyczna). Jednak Bogowie Metalu nie byli ostatnio w najwyższej formie. Po słabym „Redeemer of Souls" obawy były na miejscu. Czy zasłużony i niemal już 67-letni Robert John Arthur Halford nie powinien czasem odejść już na emeryturę? Czy kolejna płyta może jeszcze przynieść świeżość? A jednak. Oto jeszcze jedno uderzenie Księdza Judasza.

Riff „Hell Patrol" przypomina też do złudzenia motyw z następnego na płycie „Lightning Strike". Kolejne utwory kroczą w średnim tempie, a „Never The Heroes" zaczyna się wręcz jak metalowa ballada, aż dochodzi do chóralnego, ekstatycznego refrenu. Pod pozornym spokojem „Children of the Sun" kryje się dramatyczny protest song o tym, co dzieje się wokół nas: „Eden opustoszał/ Śmiercionośna trucizna w powietrzu/ Klęknij i przebacz/ Póki jeszcze czas".

I nagle... zaraz, co to? Fortepian? Minutowa wstawka „Guardians" to wstęp do „Rising From Ruins". Znów Halford śpiewa czystym, niskim głosem, bez krzyku. Wszystko rozumiem, nie zawsze można szaleć, ale w tym momencie słuchacz może się czuć już trochę znudzony. „Firepower" to płyta dość długa, całość trwa niemal godzinę, na co składa się aż czternaście utworów. Dość blady „Flame Thrower" nie poprawia sytuacji. Na początku żarło, żarło... i potem trochę zdechło. Chłopaki, podnieście się!

Chyba dopiero solidny, rockowy „No Surrender" pozwala się obudzić. Tylko trzy minuty, ale za to konkretnie. Melodyjne gitary (trochę przywodzące swoim brzmieniem na myśl Wishbone Ash). Także utrzymany w kroczącym tempie „Lone Wolf" potrafi utrzymać uwagę słuchacza. I wreszcie „Sea of Red" – wzniosły, rozbudowany hymn w starym, dobrym heavymetalowym stylu, rozpoczynający się od spokojnego, nieco folkowego śpiewania. Oczywiście w pewnym momencie dochodzi mocniejsza gitara, aż wreszcie na tle dopowiadających coś od czasu do czasu chórów rozwija się solówka. I refren jak przypieczętowanie. Koniec.

Zespół jakoś dramatycznie nie przemęcza się na „Firepower". Większość utworów jest – tak to można nazwać – stonowana. Zdarzają się oczywiście cały czas potężne riffy, ale Halford już rzadko używa swojej najsilniejszej broni – tego cudownego wycia w wysokich rejestrach, znanego z „Painkiller" czy „Resurrection". Mimo to „Firepower" słucha się przyjemnie, a takie „Sea of Red" potrafi wzruszyć. Zresztą... czas jest nieubłagany.

Kilka miesięcy temu Glenn Tipton zaanonsował wycofanie się z koncertów ze względu na poważną chorobę. Dajmy się więc ponieść sile ognia. Wsłuchajmy się w „Firepower", bo kto wie, może to już ostatnia płyta Judasów.

Judas Priest, „Firepower", Columbia Records

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL