fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Prof. Paul H. Dembinski: Wzrasta tzw. gospodarka domowa

materiały prasowe
Odkrywamy, że gospodarka ma przynajmniej dwa płuca – to mierzone przez PKB i coś, co można nazwać gospodarką domową. Możliwe, że po kryzysie część ludzi wybierze pozostanie poza rynkiem pracy i będzie z tego zadowolona. Oznaczałoby to, że spadek PKB np. o 10 proc. niekoniecznie jest tożsamy z takim spadkiem zadowolenia społecznego – mówi Hubertowi Salikowi ekonomista i politolog Paul H. Dembinski.

Plus Minus: Staliśmy się świadkami i uczestnikami globalnego kryzysu. I nagle się okazało, że jedyną instancją, do jakiej możemy się odwołać, jest państwo. Czy to oznacza, że gospodarkę rynkową czeka jakaś przemiana, czy raczej niewiele się zmieni?

Nikt nie ma kryształowej kuli, ale wydaje mi się, że rola państwa się wzmocni. Przejdziemy z logiki specjalizacji do logiki autonomii. Jedno drugiego nie wyklucza, ale może dojść do przestawienia akcentów. Przy pewnym zaawansowaniu specjalizacja zmniejsza autonomię, co może być niepożądane lub wręcz niebezpieczne, i na odwrót.

O ile tę pierwszą można przeliczać na PKB, o tyle autonomia jest pojęciem pozaekonomicznym i politycznym. Nie oznacza to końca specjalizacji, ale będziemy na nią patrzeć pod kątem tego, co daje i zabiera autonomii.

Czy to znaczy, że spodziewa się pan deglobalizacji?

Niektóre przedsiębiorstwa są firmami systemowymi na poziomie danego państwa czy politycznie spójnego regionu i będą one – tak jak ich łańcuchy wartości – otoczone większą ochroną państwa. Podejrzewam, że będą to spółki z branży zdrowotnej, farmaceutyczne i możliwe, że telekomunikacyjne. Nie jest to deglobalizacja rozumiana jako powrót do epoki sprzed kilkuset lat, ale rodzaj selektywnej deglobalizacji.

Ale część z tych firm działa w skali globalnej i rywalizują ze sobą na całym świecie. Jeśli będą realizowały cele swoich krajów, może to doprowadzić do konfliktu ekonomicznego na skalę międzynarodową.

Tak zwane narodowe czempiony faktycznie odgrywają obecnie większą rolę w polityce międzynarodowej. Technologiczna czwórka zwana GAFA (Google, Amazon, Facebook i Apple) jest amerykańska i co najmniej nie przeszkadza w polityce zagranicznej USA. Na pewno czempioni będą faworyzowani i będzie dochodzić do tarć i konfrontacji rynkowych. Takie konfrontacje miały miejsce również dotychczas – dość wspomnieć Airbusa i Boeinga czy rynki surowcowe, np. ropę. Im będzie ich więcej, tym bardziej będzie rosnąć potrzeba autonomii politycznej.

GAFA już przed obecnym kryzysem była na celowniku organów podatkowych poszczególnych europejskich państw. Tyle że w skali globalnej spółki te praktycznie nie mają rywali. Nie ma w Europie narodowych czempionów, którzy mogliby im rzucić wyzwanie.

Sprawy podatkowe koncernów międzynarodowych są obecnie jednym z priorytetów państw OECD. Ale można sobie wyobrazić sytuację, gdy niektóre kraje UE tworzą własną zamkniętą przestrzeń internetową lub próbują zbudować własnego Google'a lub Facebooka. Tą drogą poszli Chińczycy. Nie jest to więc całkowicie niemożliwe. Wydaje mi się, że zaczną się pojawiać pomysły coraz bardziej wymagających regulacji dotyczących używania i transferu danych użytkowników poza granice danego obszaru – państwa bądź całej Unii Europejskiej.

Oznaczałoby to zmianę ładu międzynarodowego, który znamy. Te relacje ucierały się na forum Światowej Organizacji Handlu czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego. To też zmiana paradygmatu wolnego rynku.

Nie zapominajmy, że już kryzys finansowy postawił wiele pytań dotyczących zarządzania tymi organizacjami. Światowa Organizacja Handlu od 20 lat nie potrafi zakończyć negocjacji w ramach rundy z Dauhy i nie widać perspektyw, by to się szybko zmieniło.

Stany Zjednoczone odpowiedziały na pomysły opodatkowania przychodów GAFA w miejscu ich pochodzenia retorsjami celnymi. A retorsje nakręcają kolejne retorsje. To nie może się dobrze skończyć.

Nie spodziewam się spokoju na poziomie międzynarodowym. Jest czterech graczy – trzech dużych: USA, Chiny i UE, oraz mniejszy: Japonia. Wszyscy walczą o swoje interesy i jeśli Europa nie będzie wspierała swoich czempionów narodowych, to faktycznie może być nieprzyjemnie. Za trzy–pięć lat może ich zabraknąć. Jeśli autonomia będzie broniona sensownie, w oparciu o jakieś wspólnie uznane zasady, to niekoniecznie zabija globalizację, na pewno zmniejsza jej natężenie, oczywiście póki ta gra pozostaje w ramach „normalnych" stosunków międzynarodowych. Trzeba pamiętać, że BEPS (z ang. Base Erosion & Profit Shifting, chodzi o unikanie opodatkowania przez firmy i transfer zysków – red.) stosowane na szeroką skalę przez duże korporacje jest dużo większym problemem dla krajów rozwijających się – tam stanowią dużo większy udział w potencjalnych przychodach podatkowych.

Wojny celne z pewnością nie rozwijają handlu międzynarodowego, łamiąc łańcuchy dostaw. I dlatego też niektóre produkcje uznawane za strategiczne mogą być relokowane z powrotem do krajów rozwiniętych, bo jest to politycznie bezpieczne.

Widzę parę przeszkód dla takiego rozwoju sytuacji. Po pierwsze, w obszarze technologii krajom UE trudno będzie stworzyć rywali dla spółek GAFA. Nie tylko dlatego, że potrzebny jest know-how, ale też dlatego, że trzeba przekonać ludzi, żeby z tych nowych usług masowo korzystali. Po drugie, przeniesienie niektórych rodzajów produkcji strategicznej do krajów rozwiniętych jest nieopłacalne.

Jeśli chodzi o technologie, to nie jest gra dla wszystkich, tylko dla trzech– –czterech państw, które mają pewne możliwości i mogą przyciągnąć użytkowników. Tylko one są w stanie – wspierając firmy finansowo – stworzyć lub rozwinąć takich czempionów. Warto pamiętać, że nie ma żadnej instytucji regulującej globalną konkurencję. Stąd coraz więcej opracowań mówi o tym, że następuje globalna koncentracja firm – jest tylko kilka tysięcy firm, które są w stanie rywalizować na tym poziomie.

Chinom udało się w dużej mierze zamknąć swój internet. Ale uczyniły to, utrudniając zachodnim koncernom działalność oraz stosując metody autorytarne, kapitalizm nie do końca rynkowy. Nie sądzę, by w Europie coś takiego się udało.

Jeśli będzie wspólna wola, Unia Europejska będzie w stanie ograniczyć działalność globalnych spółek – albo poprzez obciążenia fiskalne, albo ograniczając transfery wrażliwych danych w obrębie geograficznie ograniczonych obszarów. Prawdopodobnie nikt dzisiaj nie ma wystarczająco dużych nożyc, by pociąć Amazona na kawałki, ale można sobie wyobrazić np. nacjonalizację tej spółki w jakimś kraju europejskim. Nie jesteśmy jeszcze na tym etapie, bo te firmy nie są jeszcze narzędziem amerykańskiej polityki.

Ale rozwiązania prawnopodatkowe mogą być niewystarczające, by stworzyć narodowych czempionów, konkurentów obecnych globalnych koncernów. Potrzebne są też pieniądze. I to pewnie ze strony państwa, jeśli firmy te miałyby być narzędziem polityki międzynarodowej.

Widzę tu przyszłość w partnerstwie publiczno-prywatnym (PPP). Na świecie jest ogromna ilość kapitału, nawet mimo giełdowych tąpnięć, który szuka miejsc, gdzie można zarobić. Mocno przyłożyły się do tego banki centralne. W takie projekty mógłby wejść zarówno kapitał lokalny, jak i czysto międzynarodowy. PPP to działalność regulowana – inwestorom prywatnym zależy na zysku i wiedzą, jak go osiągnąć, a państwu na celach politycznych, ale jest dużo gorsze w generowaniu zysku.

Trudniej jednak o zysk, kiedy taki projekt ma mieć ograniczony rynek. A jeśli ktoś będzie chciał stworzyć rywala którejś ze spółek GAFA na własnym zamkniętym rynku, to automatycznie ograniczy swoją działalność globalną. Oznacza to gorsze perspektywy zysku i mniejszą atrakcyjność inwestycyjną.

Inwestorzy będą brali to, co jest dostępne. Możliwe, że na mniejszych rynkach rentowności będą nawet większe. Bo rynki będą zamknięte i regulowane, czyli mniej konkurencyjne. W Szwajcarii rynki regulowane stopniowo ograniczano, wiele firm padało, bo w warunkach regulowanych żyło im się dużo lepiej.

Powrót aktywności państwa, co prawda wymuszony, pokazał, że pewne obszary działalności – np. służba zdrowia – nie mogą podlegać mechanizmom rynkowym. To nie maksymalizacja zysku jest tu najważniejsza. Czy epidemia może sprawić, że ten paradygmat zacznie się zmieniać?

Społeczeństwa zachodnie odkryły rolę reasekuracji. Nagle unaoczniła się waga głównego reasekuranta – państwa. Zapomnieliśmy, kto de facto nas ubezpiecza. Ideał państwa – stróża nocnego, nawet jeśli był daleki od rzeczywistości, zmienił się nagle w państwo – pokojówkę od wszystkiego. Ani jedno, ani drugie nie jest pożądane. Wolny rynek pozostanie podstawową zasadą funkcjonowania gospodarki, podobnie jak zasada maksymalizacji zysku. Pytanie brzmi, jak szybko z powrotem obudzi się krótkowzroczność, nastawienie na szybki zysk bez względu na długoterminowe konsekwencje, co było jedną z przyczyn kryzysu finansowego.

Przy okazji tego kryzysu odkrywamy też, że gospodarka ma przynajmniej dwa płuca – z jednej strony to mierzone przez PKB, z drugiej coś, co można nazwać gospodarką domową. Kryzys doprowadził do przeniesienia części pierwszej gospodarki do tej drugiej. Możliwe, że ta gospodarka domowa nie skurczy się już do rozmiaru śladowego, jak było przed kryzysem. Po prostu część ludzi może wybrać pozostanie poza rynkiem pracy i być z tego zadowolona, bo mogą się lepiej odnajdywać poza nim. Oznaczałoby to, że spadek PKB np. o 10 proc. niekoniecznie jest tożsamy z takim spadkiem zadowolenia społecznego. Ekonomiści za bardzo przywiązali się do PKB jako miernika aktywności gospodarczej.

Czy tą gospodarką domową nazywa pan wszelkie aktywności ludzkie tworzące jakąś wartość, ale nieuwzględniane w danych np. o PKB? Bo jeśli tak, to trochę mierzenie pracy w watach, a później przeliczanie jej na pieniądz.

Gotowanie zupy też ma jakąś wartość ekonomiczną. Mniej więcej 50 proc. naszej aktywności odbywa się w gospodarstwach domowych. Fikcją jest myślenie, że przez ten czas poza rynkiem pracy ludzie są nieaktywni i nie tworzą wartości. To są inne wartości, może nie są spieniężane, ale tworzą kręgosłup życia społecznego, bez którego gospodarka nie mogłaby się rozwinąć. Problemem jest jednostka, w jakiej to zmierzymy. Najbardziej obiecująca jest jednostka czasu, ale nieprzeliczalnego – ani na czas produkcyjny, ani na inny miernik monetarny. Takie przeliczenie dawało mylne wrażenie, że to gospodarka domowa jest substytutem tej klasycznej. A te rzeczy, choć do siebie podobne, są z natury inne. Jeśli wszystko przełożymy na pieniądz, to wrócimy do pojęcia efektywności i znów to odhumanizujemy – człowiek przestaje być wówczas panem swojego życia, jest tylko konsumentem. Miernik, jakim jest PKB, też kiedyś wymyślano pod presją nagłej potrzeby (gospodarka wojenna). Możliwe, że obecna sytuacja jest presją, która pozwoli na pracę nad czymś zupełnie nowym.

Przy takim podejściu można podać w wątpliwość napływające z kolejnych krajów informacje o załamaniu się ich gospodarek w pierwszym kwartale roku. Spadek PKB nie oznaczałby wtedy gospodarczej katastrofy.

Na pewno trzeba pomyśleć o tym, czy część z tego spadku nie była substytuowana zwiększeniem działalności – w tym wzrostem satysfakcji – w innych obszarach życia społecznego. Z pewnością taka kompensacja nie jest pełna, ale na pewno jakaś jest.

Przewiduje pan jeszcze jakieś trwałe zmiany po pandemii?

Jeśli się okaże, że faktycznie na stałe wzrośnie znaczenie telepracy – czy z wyboru czy z konieczności – zagospodarowanie przestrzenne miast może ulec całkowitej zmianie. Z jednej strony mieszkania będą za małe, z drugiej, miejsca pracy są za daleko, co sprawia, że infrastruktura transportowa jest przeciążona. Centra dużych miast w zachodniej Europie zostały przejęte przez siedziby firm i sklepy, ludność się z nich wyprowadziła głównie na obrzeża. To może się odwrócić. Wydaje mi się, że mniejsza gęstość zaludnienia doprowadzi do wykształcenia się potrzeby większej przestrzeni, paradoksalnie z mniejszą mobilnością. Choćby z tego powodu, że będziemy musieli zachowywać odpowiednią odległość w miejscach pracy, w transporcie i w przestrzeni publicznej. Widzę więc załamanie się trendu metropolizacji, widocznego dotychczas na wszystkich kontynentach. 

Paul H. Dembinski jest politologiem i ekonomistą, profesorem Uniwersytetu we Fryburgu w Szwajcarii, współzałożycielem i dyrektorem think tanku Obserwatorium Finansowe w Genewie oraz dyrektorem Instytutu Badań Ekonomicznych Eco Diagnostic, ekspertem OECD i UNCTAD

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA