fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Czy Rosja wchłonie Białoruś

Kolejne rozszerzenie granic Rosji efektownie przypieczętowało czwartą kadencję Władimira Putina. On sam już staje się na Białorusi jedyną wyobrażalną alternatywą dla Aleksandra Łukaszenki.
AFP
Rosnąca niechęć obywateli do Łukaszenki przekłada się na niechęć do państwa, z którym jest utożsamiany. Dla wielu z nich koniec niepodległości Białorusi jest szansą na poprawę warunków życia.

Własna reprezentacja piłkarska i hokejowa, odrębna symbolika narodowa, młode pokolenie wychowane we własnych szkołach, uwłaszczone na państwie elity biznesowe i polityczne, rodzima biurokracja – wszystko to powinno sprzyjać odrębności Białorusi od Rosji w wymiarze społecznym. Każdy kolejny rok niepodległości powinien czynić ją bardziej oczywistą, stopniowo wzmacniać narodowe fundamenty państwa, tworząc przeciwwagę dla zależności politycznej, gospodarczej i wojskowej od Moskwy. Mechanizm ten sprawdził się na Ukrainie w obliczu rosyjskiej agresji, uniemożliwiając rozlanie się wojny poza Krym i część Donbasu. Czy na pewno zadziałałby również w przypadku Białorusi, gdzie społeczne fundamenty niepodległości są znacznie bardziej wątpliwe, a zakres zależności od Rosji dramatycznie większy? Czy państwowość białoruska jest bytem trwałym? A może zmierzch rządów Aleksandra Łukaszenki będzie również zmierzchem niepodległej Białorusi?

Język dobry dla hipsterów

Łukaszenko przejął władzę nad krajem w trzecim roku jego niepodległości. Przez 24 lata dyktatorskich rządów dysponował wszelkimi instrumentami kształtowania tożsamości narodowej oraz formowania ideologii państwowej. Rozpoczął prezydenturę od walki z historyczną symboliką narodową, przekreślił działania poprzedników mające na celu wzmocnienie języka białoruskiego – i tak zajmującego niszę w głęboko zrusyfikowanym kraju. Postawił na syntezę ideologii (neo)sowieckiej oraz kołchozowej „tutejszości"; twierdził, że „Białorusini to Rosjanie, tyle że ze znakiem jakości". Przeszkadzało mu nawet to, że główna aleja Mińska nosiła imię Franciszka Skaryny, prekursora piśmiennictwa białoruskiego.

Ktoś powie, że bezbłędnie odczytał nastroje zagubionego, zsowietyzowanego społeczeństwa, co pozwoliło mu zdobyć, a następnie skonsolidować władzę. W rzeczywistości okazał się jednak zakładnikiem własnych ciasnych horyzontów. Trwał w ambiwalentnym stosunku do białoruskości nawet po tym, gdy w pełni zmarginalizował patriotyczną opozycję oraz stało się jasne, że pomimo głoszonych rusofilskich haseł nie dane mu będzie stanąć na czele projektowanego wspólnego rosyjsko-białoruskiego państwa. Wprawdzie z każdym rokiem ostrzej targował się z Rosją o kredyty, tanie surowce i dostęp do tamtejszego rynku zbytu, ale wciąż definiował swój kraj jako część rosyjskiego świata, jakby nie rozumiejąc oczywistej prawdy, że niepodległość Białorusi jest niepodległością „od Rosji". Bronił niezależności na tyle, żeby nie dać się zredukować do roli szefa rosyjskiej guberni, ale nie miał pomysłu na białoruskość wykraczającą poza myśl przewodnią swych rządów: „państwo to ja".

Rosyjska agresja zbrojna na Krymie i w Donbasie wstrząsnęła światem, trudno więc, żeby nie wywołała niepokoju w Mińsku. Tym bardziej że w ostatnich latach Kreml bardziej stanowczo zaczął domagać się ustępstw również ze strony Białorusi, głównie w zakresie współpracy politycznej i gospodarczej. Reakcja Mińska na wojnę rosyjsko-ukraińską była zauważalna, choć stonowana. Odpowiedzią na twardą politykę Moskwy była zaledwie tzw. miękka białorutynizacja. Łukaszenko zaczął mocniej akcentować odrębność swego kraju od Rosji, kilkakrotnie w charakterystycznym dla siebie stylu uderzył się w piersi i przyznał zasadność wzmacniania rodzimej tożsamości narodowej.

Wymiernych rezultatów takiej polityki jest jednak jak na lekarstwo. Język białoruski częściej pojawia się w reklamach jako narzędzie marketingowe, zyskuje również na popularności w środowiskach alternatywnych, hipsterskich, na uboczu głównego nurtu kultury masowej. Zauważyć można także, że milicja z mniejszą bezwzględnością niż w latach poprzednich zwalcza eksponowanie historycznej biało-czerwono-białej flagi w przestrzeni publicznej. Niezmiennie czci się jednak rosyjskich carów i sowieckich czekistów, pozostawiając co najwyżej skąpy margines dla inteligencji doszukującej się białoruskich korzeni w dziedzictwie Księstwa Połockiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Co najważniejsze, w szkolnictwie, w tym na wyższych uczelniach, nadal niepodzielnie króluje język rosyjski i nic nie wskazuje, żeby władze zamierzały zakwestionować ten stan rzeczy. Do tego najchętniej oglądane są rosyjskie stacje telewizyjne, oddziałujące na Białorusinów nie tylko poprzez rosyjską kulturę, ale przede wszystkim ideologię „ruskiego miru". Władze Białorusi, które w ostatnich miesiącach zablokowały dostęp do dwóch opozycyjnych, proniepodległościowych portali internetowych, zdają się nie zauważać zagrożenia ze Wschodu, albo przynajmniej nie mają pomysłu, jak mu przeciwdziałać.

Gorsza kopia sąsiada

Ostatnie ćwierćwiecze to nie tylko wielkie zaniedbania w budowie tożsamości narodowej Białorusinów, ale również coraz wyraźniejsze wyczerpywanie się modelu ekonomicznego. Jest on hybrydą gospodarki rynkowej i planowej, którego podstawę stanowią zakłady przemysłu ciężkiego z czasów sowieckich. Rosja przez lata podtrzymywała gospodarkę wschodnich sąsiadów transferami finansowymi oraz preferencyjnym dostępem białoruskich produktów do jej rynku. Przymykała również oczy na krociowe zyski Białorusi z przetwórstwa i odsprzedaży otrzymywanej za półdarmo rosyjskiej ropy. W rezultacie przez lata Łukaszenko mógł się chełpić stabilnością, względnym egalitaryzmem na tle oligarchicznej Rosji oraz porządkiem wymuszanym przez jego silną gospodarską rękę. Białoruskie miasta i miasteczka są na tle rosyjskich bardziej zadbane, schludne, bezpieczniejsze. Drogi, nawet te prowincjonalne, są w znacznie lepszym stanie niż w Rosji, nie wspominając o zrujnowanej infrastrukturalnie Ukrainie.

Jednak wsparcie ze strony Moskwy w ostatnich latach stopniowo maleje, a załamanie ceny ropy sprzed trzech lat zmniejszyło zyski Mińska z działań na rynku naftowym. Obnażyło to niekonkurencyjność białoruskiej gospodarki, prowadząc do gwałtownego pogłębienia ujemnego salda w handlu zagranicznym. Władze przyznają, że co czwarte przedsiębiorstwo jest nierentowne, a w przemyśle maszynowym co trzecie. Niestabilny jest również sektor bankowy, przymuszany do wspierania niewydolnych przedsiębiorstw. Przeciętna pensja spadła do 200–300 dolarów, połowy zarobków sprzed kryzysu.

Nie oznacza to, że gospodarka załamie się w ciągu najbliższych miesięcy czy nawet kilku lat. Kryzys ma jednak charakter systemowy i trudno się spodziewać, żeby poprawa koniunktury międzynarodowej odwróciła negatywny trend. Władze są niezdolne do restrukturyzacji gospodarki, obawiając się politycznych kosztów osłabienia swej kontroli nad państwem. Zamiast reform przyjmowane są środki dyscyplinujące, jak głośny dekret o przeciwdziałaniu pasożytnictwu społecznemu opodatkowujący osoby uchylające się od oficjalnego zatrudnienia.

W rezultacie stopniowo pogłębiają się dysproporcje pomiędzy Białorusią a Rosją, która choć również boryka się z kryzysem, stała się wymarzonym miejscem pracy dla tysięcy Białorusinów. Sprzyjają temu rozwinięte sieci migracyjne, wspólnota językowo-kulturowa, ale również pozwalające na legalne zatrudnienie przepisy Państwa Związkowego. Co znamienne, Białorusini jeżdżą za pracą nie tylko do bogatej Moskwy, od lat będącej magnesem dla postsowieckich migrantów, ale również ośrodków prowincjonalnych, takich jak przygraniczny Smoleńsk. Ambicje Łukaszenki, żeby uczynić ze swego kraju lepszą kopię Rosji, po latach mniej lub bardziej pozornych sukcesów zostały brutalnie zweryfikowane przez rzeczywistość.

Odwróceni od państwa

Wiele państw przechodziło głęboki, strukturalny kryzys społeczno-gospodarczy, niekiedy znacznie bardziej dramatyczny niż sytuacja, z jaką zmierzyć się musi współczesna Białoruś. Prowadziło to do masowej emigracji zarobkowej bądź gwałtownych protestów społecznych, u podstaw których leżało żądanie naprawy państwa. Rzadko kiedy zdarza się jednak, żeby kryzys prowadził do odrzucenia państwa, zanegowania przez społeczeństwo wartości, jaką jest niepodległość. W przypadku Białorusi takie ryzyko zdaje rysować się coraz wyraźniej, choć wobec złożoności i nieostrości kategorii tożsamości narodowej oraz braku wiarygodnych badań socjologicznych obracamy się raczej w kategoriach hipotez niż dowodów.

To, co szokuje, gdy rozmawia się z Białorusinami, szczególnie poza stołecznym Mińskiem, to koncentracja na indywidualnych strategiach przetrwania, której towarzyszy niemal powszechna obojętność na losy państwa. Mieszkańcy Witebska, Baranowicz czy Lidy pytani o to, jak zagłosowaliby w hipotetycznym referendum na temat wcielenia Białorusi w skład Rosji właściwie jednomyślnie akceptują likwidację białoruskiej państwowości, dostrzegając w tym szansę na poprawę warunków życia.

Łatwość, z jaką wielu (żeby nie powiedzieć: większość) Białorusinów byłaby gotowa zrezygnować z własnego państwa, to rezultat ignorowania przez Łukaszenkę kwestii tożsamości narodowej. Ale nie tylko. Jest to również konsekwencja modelu politycznego, jaki od ćwierćwiecza tam funkcjonuje. Priorytetem Łukaszenki niezmiennie pozostaje uniemożliwienie zaistnienia jakiejkolwiek alternatywy dla jego rządów. Po brutalnej rozprawie władz z przeciwnikami reżimu w grudniu 2010 r. partie opozycyjne zaczęły przypominać wewnętrznie podzielone, zmarginalizowane grupy dysydenckie. W tej sytuacji jedyną wyobrażalną alternatywą dla Aleksandra Łukaszenki staje się Władimir Putin. Niechęć do prezydenta Białorusi staje się zatem niechęcią do Białorusi, z którą w odbiorze społecznym jest utożsamiany.

Miejscowi, pytani o ocenę rządów Łukaszenki, jak i inne kwestie wymagające sformułowania własnych poglądów politycznych, tradycyjnie pozostają mało wylewni. Przez lata nie byli skorzy do otwartego krytykowania przywódcy, a niezadowolenie zwykli maskować komplementami – wprawdzie bieda, ale za to stabilność, bezpieczeństwo, ład i porządek. To się coraz wyraźniej zmienia. Po ćwierćwieczu rządów rzadziej można usłyszeć ton usprawiedliwienia.

Nie oznacza to bynajmniej stanu rewolucyjnego wrzenia. Wręcz przeciwnie – propaganda państwowa wykorzystała przykład ukraińskiego Majdanu, żeby wzmocnić w społeczeństwie i tak silnie zaszczepione przeświadczenie, że jakikolwiek bunt przeciwko władzy niesie ze sobą nieuchronnie chaos i wojnę. Mało kto wyjdzie zatem na ulice, żeby protestować przeciwko Łukaszence, ale jeszcze mniej osób miałoby zapewne ochotę aktywnie zaangażować się w obronę status quo.

Powtórka z Krymu?

Słabość zwykle prowokuje. Słabość Białorusi, której niepodległość postrzegana jest przez rosyjską elitę jak dziwaczny kaprys dziejów, prowokuje szczególnie. Stanowi bowiem dla Władimira Putina pokusę jeszcze większego podporządkowania zachodniego sąsiada, który choć od dawna zwasalizowany w wymiarze strategicznym (wyboru geopolitycznego i polityki bezpieczeństwa), wciąż pozostaje irytująco autonomiczny na polu gospodarczym, nieskory do odpłacania wsparcia finansowego, uparcie niechętny pogłębianiu integracji w ramach Państwa Związkowego i Unii Eurazjatyckiej oraz, co gorsza, dzieleniu się majątkiem narodowym z żądną łupów elitą kremlowską.

Dla władz rosyjskich reintegracja obszaru postsowieckiego stanowi niezaprzeczalny priorytet – kontrola nad „bliską zagranicą" to, obok konfrontacji z USA, główny wyznacznik odbudowy pozycji mocarstwowej, silnie rezonujący społecznie, mogący odwrócić uwagę od problemów wewnętrznych, jak było w przypadku agresji na Ukrainę. Choć Białoruś nie jest drugim Krymem – Sewastopol oraz Flota Czarnomorska zajmowały szczególne miejsce w rosyjskiej mitologii narodowej – to „anschluss" zachodniego sąsiada mógłby być wykorzystany przez władze jako źródło mobilizacji społecznej. Kolejne rozszerzenie granic efektownie przypieczętowałoby czwartą kadencję prezydencką Putina, która upłynie w 2024 r. Pozwoliłoby ugruntować jego wizerunek wskrzesiciela imperium, co jest istotne w kontekście miejsca w podręcznikach historii. Służyłoby również zwiększeniu pola manewru rosyjskiego prezydenta w polityce wewnętrznej w obliczu zawsze ryzykownego w modelach autokratycznych, choć wcześniej czy później nieuchronnego, procesu sukcesji.

Nawet jeżeli ostateczna decyzja w sprawie aneksji Białorusi jeszcze nie zapadła, naiwnością byłoby sądzić, że scenariusz ten nie jest na Kremlu przygotowywany. Służby Putina najwyraźniej wyciągnęły lekcję z fiaska „rosyjskiej wiosny" 2014 r. – prób wzniecenia promoskiewskiego powstania na wschodzie i południu Ukrainy. Kreml zmuszony był wówczas słać dywersantów, „rosyjskich turystów" do Charkowa czy Odessy, którzy wobec pasywności środowisk prorosyjskich sami musieli prowokować rebelię, zrywając ukraińskie flagi z budynków lokalnych administracji.

Rosyjska „soft power" („miękka siła") na Białorusi jest znacznie bardziej rozbudowane – w ostatnich latach można zaobserwować tworzenie się w białoruskich miastach i miasteczkach, przy pasywności miejscowych służb, sieci społeczno-kulturalnych promujących wartości „rosyjskiego świata". Werbunek prowadzony jest między innymi poprzez stowarzyszenia sportowe, ruchy kozackie i cerkiewne. Środowiska te wykorzystują rosyjskie sieci społecznościowe, coraz częściej oferują młodzieży z prowincji możliwość wyjazdu do Rosji na letnie obozy paramilitarne. Zjawisko to szczegółowo opisuje raport Ośrodka Studiów Wschodnich autorstwa Kamila Kłysińskiego i Piotra Żochowskiego „Koniec mitu bratniej Białorusi?".

W przypadku zachwiania się władzy Łukaszenki, naturalnej bądź sprowokowanej niestabilności, skoordynowane ze sobą grupy prorosyjskie (przy wsparciu kremlowskich mediów) mogą okazać się kluczowe dla przeprowadzenia aksamitnego przewrotu, narzucenia obojętnemu na losy państwa społeczeństwu promoskiewskich emocji. Należy przypuszczać, że ewentualne pojawienie się na ulicach „zielonych ludzików" nie wywołałoby masowego sprzeciwu społecznego, zaś w godzinie próby białoruska nomenklatura – nie wspominając o zinfiltrowanej przez Rosję armii oraz znacznej części służb specjalnych – bez większych rozterek byłaby skłonna zamienić w swoich gabinetach portrety Łukaszenki na Putina. Aneksja za przyzwoleniem anektowanych to całkiem kuszący dla Kremla scenariusz. I paradoksalnie, z każdym kolejnym rokiem białoruskiej niepodległości coraz bardziej prawdopodobny.

dr Adam Eberhardt jest politologiem, dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA