fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kapłanki czy kury? Historie kobiet

123RF
Dużo się ostatnio nasłuchałam o tym, jak beznadziejny jest rządowy program 500+.

Wśród argumentów, dlaczego miałby nie wypalić, najczęściej przewijał się ten, że rodziny wielodzietne jakoby o niczym innym nie marzą, tylko o tym, żeby dostać państwowe pieniądze i je przepić. To – delikatnie rzecz ujmując – mało wyrafinowane rozumowanie przeciwnicy 500+ powtarzają do wywołania mdłości. Kiedy się słucha tych wywodów, przed oczami stają biedni, nierozgarnięci rodzice z gromadką zaniedbanych pociech. Typowe środowisko patologiczne, do którego od razu chce się wysłać kuratora.

O tym, jak bardzo wyobrażenie to jest krzywdzące – pewnie dla zdecydowanej większości polskich rodzin, w których jest kilkoro dzieci – mówi zbiór reportaży Aliny Petrowej-Wasilewicz „Kapłanki czy kury". Autorka, dziennikarka katolickich mediów, rzecz jasna starannie swoje bohaterki wybrała. Mamy więc absolwentkę filozofii i publicystkę tak znaną w Polsce, że jej ostatnia wypowiedź dla „Rzeczpospolitej", oprócz poważnych portali, okazała się interesująca nawet dla plotkarskiego Pudelka, który niżej celebrytów nie sięga. Jest chemiczka z doktoratem, historyk po UJ, psycholog, absolwentka kulturoznawstwa, dziennikarka telewizyjna.

Rodziny, z jakich się wywodzą i jakie same tworzą, też trudno uznać za patologię. Jedna z pań może się poszczycić rodowodem arystokratycznym, dwie pochodzą z domów od wielu pokoleń inteligenckich – to zdecydowanie wyżej niż średnia krajowa genealogii przeciętnego leminga.

Z jednym tylko można się zgodzić. Ponieważ najważniejsze jest dla nich macierzyństwo, a w związku z tym także praca w domu, w ich rodzinach się nie przelewa. Opowiadają o tym Petrowej-Wasilewicz właściwie wszystkie bohaterki jej reportaży. Z tym że to nie chroniczne braki w budżetach drażnią je najbardziej. Za najbardziej irytujące uważają to, że macierzyństwo jest w naszej kulturze niedoceniane, czasem wręcz pogardzane. Że kariera w korporacji znaczy więcej niż praca na rzecz rodziny. Niezależnie od tego, czy owa kariera polega na wspięciu się na najwyższe szczeble czy tylko na bezmyślnym przerzucaniu cyferek z jednej rubryki Excela do drugiej.

I tu dochodzimy do łyżki dziegciu. Zarówno autorka, jak i część jej bohaterek wyraźnie wzięły sobie za cel, by rolę kobiet domowych dowartościować. W związku z tym ich opowieści o tym, jak cudownie być matką, a najcudowniej wielu dzieci, brzmią jednak trochę zbyt słodko. Za dużo cukru w cukrze, ale kruszyć kopii o to nie będę, bo mogę się mylić. Wiem za to jedno: najbardziej szczera wydała mi się anegdota, którą opowiedziała Joanna Puzyna-Krupska, matka siedmiorga dzieci: – Jakaś pani szła za mną i powtarzała w kółko dość głośno, tak żebym słyszała: „Tyle dzieci! Ale się umęczy! Jak ona sobie radzi?" (...) W końcu się zatrzymałam i powiedziałam: „Proszę pani, wcale sobie nie radzę!". Zapamiętam też słowa dwudziestokilkuletniej Olgi Rudzińskiej, która mówi: „To nie przesada, ale czuję się rewolucjonistką. Macierzyństwo jest kontrkulturowe".

Rzeczywiście, gdy słucham tyrad przeciwko 500+, też mam takie wrażenie.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA