fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Legia gra z Lechią w Warszawie

Thibault Moulin z Legii Warszawa
Fotorzepa
W weekend wszystko się wyjaśni. Legia jako jedyny klub ma los w swoich rękach.

Wielki finał szalonego sezonu przed nami. Legia gra z Lechią w Warszawie, a do Białegostoku przyjeżdża Lech. To obrońcy tytułu ze stolicy są w najbardziej komfortowej sytuacji. Legia nie tylko jest zależna wyłącznie od siebie – jeśli wygra, zdobędzie mistrzostwo – ale też Lechię podejmie u siebie, przy wsparciu własnych kibiców.

Inni pretendenci tak cieplarnianych warunków nie mają – mistrzostwo dla Jagiellonii, Lecha i Lechii wciąż jest możliwe, ale oprócz tego, że muszą wygrać, konieczne jest też spełnienie innego warunku: Legia musi u siebie przegrać. Jagiellonii jako jedynej z peletonu mistrzostwo może też dać remis w równolegle rozgrywanym spotkaniu przy Łazienkowskiej.

Przed sezonem oczywiście Legia z Lechem były faworytami i wszyscy spodziewali się, że między tymi dwoma klubami, jak to w ostatnich latach bywało, rozegra się wyścig o tytuł. Tymczasem obie ekipy rozpoczęły sezon fatalnie. W obu zmieniono trenerów jeszcze w pierwszej części rozgrywek, w obu nowi szkoleniowcy musieli odrabiać ogromne straty.

Zarówno Jacek Magiera, jak i Nenad Bjelica wykonali świetną pracę. Gdy Legia w końcu podziękowała Albańczykowi Besnikowi Hasiemu, obrońcy tytułu w dziewięciu meczach ligowych mieli zdobytych 9 punktów – znajdowali się na 14. miejscu w tabeli, czyli ostatnim nad strefą spadkową. Strata do Lechii i Jagiellonii (zajmowały drugie i trzecie miejsce) wynosiła wtedy aż 10 punktów. Magiera przejmował zespół, który wygrał zaledwie dwa spotkania, trzy zremisował, a aż cztery przegrał. Dziś po 36 kolejkach Legia ma tylko dwie porażki więcej.

Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że po zwolnieniu Hasiego w jednym meczu Legię poprowadził jeszcze Aleksandar Vuković – było to zremisowane 1:1 wyjazdowe spotkanie z Wisłą.

Szefowie Lecha Poznań mieli jeszcze mniej cierpliwości do Jana Urbana niż Legia do Hasiego. Zmiana trenera w Poznaniu nastąpiła ostatniego dnia sierpnia, po zaledwie siedmiu kolejkach ligowych. Chorwat zastał Lecha na 13. miejscu w tabeli z 8 zdobytymi punktami.

Bardzo dobrą ocenę pracy Bjelicy psuje przede wszystkim niespodziewana porażka w finale Pucharu Polski z Arką Gdynia. W Lechu wszystko podporządkowane jest uczestnictwu w przyszłorocznych europejskich pucharach. A droga przez puchar nie była tylko łatwiejsza, ale i wygodniejsza. Zdobywca trofeum przystąpi do rywalizacji dopiero od trzeciej rundy. Awans do eliminacji poprzez ligę oznacza mało medialne dwumecze z niewygodnymi przeciwnikami, bez odpowiedniego przygotowania, już na początku lipca.

Lech jeszcze udziału w pucharach sobie na sto procent nie zapewnił.

Z czołowego kwartetu tylko Legia już nie może wypaść poza podium. Jedynie zwycięstwo Legii z Lechią zagwarantuje ekipie z Poznania miejsce na podium i puchary. Jednocześnie tylko przy ewentualnej porażce Legii ( i własnym zwycięstwie w Białymstoku) lechici mogą zdobyć tytuł. Kibice Kolejorza będą w niedzielę faktycznie w niecodziennej sytuacji.

Zanim jednak piłkarze wyjdą walczyć o mistrzostwo, w piątek wieczorem odbędzie się ostatni akt w walce o utrzymanie. Ruch Chorzów został zdegradowany już w poprzedniej kolejce.

Arka walczy jeszcze z Górnikiem Łęczna o ostatnie bezpieczne miejsce w tabeli. Zawodnicy Franciszka Smudy jadą do Chorzowa i muszą wygrać z żegnającym się z ekstraklasą Ruchem. Nawet jednak zwycięstwo nic im nie da, jeśli w równolegle rozgrywanym spotkaniu Arka pokona w Lubinie Zagłębie. Zawodnicy Piotra Stokowca mają już zapewnione zwycięstwo w grupie spadkowej (czyli dziewiąte), a kibice tych klubów mają tzw. zgodę. Kurs na zwycięstwo Zagłębia u siebie w totku wynosi 3,80 (!!!), a triumf Arki wyceniany jest na 1,80.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA