fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Andrzej Malinowski: Wolny rynek czy wolne żarty?

Andrzej Malinowski
materiały prasowe
W dyplomacji czy biznesie obowiązującą zasadą jest kulturalne i uprzejme zachowanie. Czasem jednak są takie momenty, gdy trzeba walnąć pięścią w stół i zupełnie niedyplomatycznie zapytać: „Co tu się, do cholery, wyrabia?".

Coś takiego jest właśnie przed nami. Myślę tu o działaniach Niemiec i zwłaszcza Francji. Państwa te coraz brutalniej i wbrew unijnym ideom walczą z polskimi przewoźnikami drogowymi. Pewnie dlatego, że podbili oni Unię Europejską jakością i cenami.

Unię, która opiera się na zasadzie wolnego przepływu handlu i usług. Otworzyliśmy nasz kraj szeroko na zagraniczne towary, będąc pewni, że ta otwartość obowiązuje obie strony. Zasady równości europejskiej poszły jednak w kąt, kiedy tylko nasze firmy stały się równorzędnymi konkurentami, a nawet okazały się lepsze.

Francuzi i Niemcy nie tylko lobbują w Komisji Europejskiej za rozwiązaniami, które podnoszą koszty naszych firm przewozowych. Na własnym podwórku też każdym sposobem utrudniają nam życie.

We Francji mamy ustawę Loi Macron, która wymusza na polskim przewoźniku opłacenie lokalnego, francuskiego przedstawiciela do kontaktów biznesowych, prowadzenie dokumentacji po francusku i wożenie jej w samochodzie, stosowanie płacy minimalnej zgodnej z francuskimi wytycznymi.

Od 1 stycznia każdy kierowca będzie musiał być zgłoszony władzom francuskim, a zgłoszenie – opłacone kwotą nawet do 50 euro.

„Dlaczego mamy wynajmować francuskich przedstawicieli? Przecież oni nas kopią w tyłek i jeszcze wystawiają nam za to fakturę!" – to słowa wściekłych przewoźników. I szczerze mówiąc, zupełnie im się nie dziwię.

Czy to jest wolny rynek czy jakieś wolne żarty? Podobne rozwiązania funkcjonują też w Niemczech.

„Co to za Unia Europejska, w której Polak zatrudniający Polaka ma się tłumaczyć po niemiecku i okazywać niemieckie papiery? Już tak było, kilkadziesiąt lat temu!" – takie słowa słychać wśród wielu polskich przewoźników.

Granice dla handlu miały zniknąć. Tymczasem wygląda na to, że zostały one wyznaczone dokładnie tam, gdzie ustanowił je niejaki Kali. Tak, ten Kali z powieści „W pustyni i w puszczy". Staje się on klasykiem unijnej ekonomii z bon motem: „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy, to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy".

Francuzi i Niemcy zachowują się jak królowie protekcjonizmu. Co może być dalej? Polskie tiry otrzymają zakaz tankowania więcej niż 10 litrów paliwa na jednej stacji? Zagraniczny kierowca będzie musiał zdawać państwowy, wieloetapowy egzamin ze znajomości języka francuskiego?

Mam jednak dla zagranicznych przyjaciół kiepską wiadomość. Polscy przedsiębiorcy to twardziele, łatwo się nie poddadzą. Już teraz Zrzeszeniu Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce udało się skrzyknąć firmy z 12 państw. Walczą, zmuszając swoje rządy do aktywności oraz protestując w Brukseli. Robią świetną robotę. Dlatego prezesa ZMPD Jana Buczka Pracodawcy RP uhonorowali nagrodą dla najlepszych: Optimusem.

Zapewniam, kiedy będzie trzeba, polscy przewoźnicy z kolegami z innych krajów walną pięścią w unijny stół – i na pewno znajdą wielu sojuszników. Bo dla nas wolny rynek to nie są żadne żarty.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA