fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Kowal: Tylko dla dorosłych

Paweł Kowal
Fotorzepa/ Tomasz Jodłowski
Skąd pomysł, by ze względu na literówki i lapsus protokolarny upubliczniać teraz korespondencję ambasady USA z polskimi władzami i poddawać autorkę listu publicznemu wyszydzaniu przez komentatorów i zaprzyjaźnione, w tym rządowe, media?

Cóż to za nowa metoda budowania relacji? Naprawdę ci, którzy rozsyłają otrzymany list z błędem, nigdy nie strzelili byka ortograficznego choćby po polsku? O angielski nie pytam. Albo nie pomylili funkcji, albo nawet nazwy państwa? Skąd pomysł, by teraz gremialnie i anonimowo narzekali do gazet wysocy oficjele na spotkania z panią ambasador, wcześniej zapewne wypiwszy w rezydencji kawusię, rączki ucałowawszy i skomplementowawszy rozmówczynię, a może nawet zjadłszy wspólny obiad? Jak teraz zamierzają prowadzić kolejne polskie sprawy w tak zdumiewający sposób, demonstrując polskie osławione „maniery i gościnność". Czy w naszych najwyższych urzędach nie ma doradców dyplomatycznych, którzy by powiedzieli, co wypada, a co nie, i jak się reaguje w dyplomacji – szczególnie między strategicznymi sojusznikami – na kryzysowe sytuacje, w tym literówki? Jak się reaguje, gdy ktoś czuje się „naciskany"?

Aż trudno uwierzyć, że nie są w tym wszystkim czynni inni szatani. „Ze względu na znaczenie USA dla naszego bezpieczeństwa nie do przyjęcia jest sytuacja, kiedy prezydent czy premier mają zablokowane kontakty z głównym sojusznikiem" – napisał Jan Parys, ówczesny szef gabinetu politycznego MSZ, w notatce w czasie ostatniego kryzysu w relacjach z USA. Nie wiadomo, dlaczego te oczywiste słowa były wtedy tajne i musiały dopiero „wyciekać" do prasy. W każdym razie są aktualne także teraz w odniesieniu do większej grupy najważniejszych osób w państwie.

Jasne, część naszych dygnitarzy jest „nowych" i dotąd sądzili, że ambasadorowie zajmują się dobieraniem melonika do okazji i sztućców do ostrygi, a z polityki to zajmują się co najwyżej historyczną. Ale może bardziej ogarnięci w tych sprawach powiedzieliby komu trzeba – jeśli nie jest za późno – że ambasadorowie poważnych państw bronią jak lwice i lwy interesów firm i obywateli, pytają o proces legislacyjny i starają się dotrzeć do decydentów. A teraz wiadomości tylko dla dorosłych: emeszety w ich krajach z tego ich rozliczają. Nie z literówek, ale ze skuteczności, o czym świadczyło oświadczenie Departamentu Stanu w obronie ambasador Mosbacher. Polscy „realiści" mają teraz otwarte ze zdziwienia buzie, że przedstawiciele USA bronią ważnych dla nich wartości i swoich przedsiębiorców. Powinni raczej zapytać „anonimowo zdziwionych" polskich urzędników, czego ich ta sytuacja nauczyła w odniesieniu do pracy polskiej dyplomacji, w tym poważnego traktowania misji naszych reprezentantów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA