fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Tomasz Justyński: Spadek to modny teraz temat

Fotolia.com
Nie ma dramatu w tym, że wnuki rzadko dziedziczą, a jeszcze rzadziej mogą żądać zachowku. Tak jest po prostu słusznie.

W ostatnim czasie opinię publiczną zainteresowało, a poniekąd zbulwersowało, doniesienie z wokandy sądowej związane z powracającym do życia, po latach hibernacji, prawem spadkowym. Przez całe lata „realnego socjalizmu" nie było co dziedziczyć, nie było zatem powodu zajmować się „nieużywanymi" regulacjami czwartej księgi kodeksu cywilnego.

Obecne zamieszanie dotyczące zachowku dla wnuka (i niezrozumiałego dla wielu pozbawienia go tego prawa przez sąd) jest dowodem na to, że prawo spadkowe wychodzi z cienia. Nie może być już wątpliwości, że staje się pilnie potrzebne dla coraz szerszych kręgów użytkowników. Coraz więcej osób zaczyna zdawać sobie sprawę ze znaczenia swobodnego testowania oraz możliwości przez nie stwarzanych.

W ostatnich latach „medialną karierę" zrobiły już inne problemy prawa spadkowego, co nierzadko wymuszało podjęcie działań prawodawczych. Tak stało się w przypadku skandalicznie wąskiego – nieobejmującego nawet dziadków – kręgu spadkobierców ustawowych, a więc osób dochodzących do dziedziczenia wówczas, gdy brak testamentu (został on poszerzony w 2009 r.). Tak było przy krzywdzącej, gdyż pełnej, tj. nierzadko przenoszącej wielokrotnie wartość spadku, odpowiedzialności za długi spadkowe, jeśli spadkobierca był bierny, czyli nie złożył w krótkim, sześciomiesięcznym terminie oświadczenia o odrzuceniu spadku (zmieniono to w 2015 r.). Do mediów przedarła się także nieprzewidziana w prawie polskim, a potencjalnie użyteczna, darowizna mortis causa. W tym jednak przypadku prawodawca wyzwaniu nie sprostał i sprawa do dzisiaj nie jest dokończona.

Tym razem chodzi o „prawo" wnuka do zachowku. W mediach pojawiły się alarmujące tytuły i pełne uproszczeń oraz przeinaczeń, a nawet oczywistych błędów teksty. Ich autorzy ubolewają nad „utratą" przez wnuka jego prawa do zachowku po babce. Ma to być następstwem nieroztropnego odrzucenia spadku po matce (i babce, z perspektywy wnuka) przez matkę wnuka. Oburzenie tak samo gromkie co bezzasadne. Wnuk nie utracił prawa do zachowku w wyniku zachowania matki.

Aby nie trzymać czytelnika długo w napięciu i niepewności, przesądzić należy, że wnuki zwykle nie są uprawnione do zachowku. Prawo do otrzymania części spadku nawet wbrew woli zmarłego mają w zasadzie wyłącznie: małżonek zmarłego oraz jego dzieci. I nie jest to przypadek, ale świadome rozstrzygnięcie polskiego ustawodawcy. Ma ono swoje głębokie, a także historyczne uzasadnienie. Jest wynikiem wyważenia interesów członków rodziny zmarłego (polegających na partycypacji w spadku) i swobody przyszłego spadkodawcy dysponowania własnym przecież majątkiem mortis causa (czyli na wypadek śmierci).

Warto zatem rzecz uporządkować, tym bardziej że również uchwała Sądu Najwyższego (z 23 października 2019 r., III CZP 23/19) nie przyczyniła się do lepszego zrozumienia sprawy i w efekcie powiększyła zamieszanie.

Solidaryzm rodzinny i swoboda testowania

Prawo członków rodziny do zachowku ma swoje starożytne, sięgające prawa antycznego, korzenie. Ciekawa, a powszechnie nieuświadamiana jest jego geneza. To właśnie ona pozwala rozumieć współczesne rozwiązania prawne i dostrzec rozdarcie prawodawcy pomiędzy interesami spadkodawcy a ochroną jego rodziny.

Pierwotnie, a więc w czasach tzw. prawa plemiennego, nie było dylematu dotyczącego tego, co ma odziedziczyć rodzina. Po śmierci spadkodawcy dziedziczyła wszystko. Interesy familijne były w sposób absolutny zabezpieczone. Instytucja zachowku nie była więc do niczego potrzebna.

Dopiero z czasem pojawiła się konkurencyjna i przeciwstawna wobec interesów rodziny myśl o swobodnym testowaniu. A zatem pomysł, aby to spadkodawca samodzielnie decydował o losach swego majątku i przekazał go mortis causa temu, komu chce. W tym także osobom zupełnie obcym. Myśl ta ma swoje odpowiednio młodsze, sięgające rzymskiej ustawy XII Tablic (V w. p.n.e.), korzenie. Wraz z nią pojawił się problem znalezienia właściwych proporcji między koniecznością ochrony interesów rodziny i jej praw a uszanowaniem woli zmarłego dotyczącej losów jego majątku. Wtedy też konieczne stało się poszukiwanie odpowiednich rozwiązań prawnych zabezpieczających rodzinę przed „nadmierną swobodą" spadkodawcy.

W zagranicznych porządkach prawnych funkcjonują dziś trzy modele wyważenia słusznych interesów rodziny oraz nabierającej zdecydowanie pierwszoplanowego znaczenia swobody testowania. Chodzi o niemiecki model zachowku. Polega na prawie najbliższych krewnych domagania się od spadkobiercy testamentowego pewnego udziału w masie spadkowej. Francuski system rezerwy, gdzie spadek dzielony jest na część, którą spadkodawca może rozrządzać, oraz drugą, która przypada najbliższym. I wreszcie model liberalny (charakterystyczny dla stanów amerykańskich) gwarantujący pełną swobodę testatorowi i żadnej ochrony rodzinie. Czasem występuje on w wersji nieco złagodzonej jako tzw. model alimentacyjny. Polega on na możliwości domagania się wsparcia quasi-alimentacyjnego tylko przez tych najbliższych krewnych, którzy z różnych zresztą powodów (np. choroba, niezdolność do pracy, zaawansowany wiek) popadli w niedostatek.

Techniczne metody ochrony członków rodziny różnią się w każdym z tych systemów. Różna jest także intensywność ochrony rodziny. Wspólne jest to, że w żadnym nie są chronione interesy wszystkich krewnych, ale tylko najbliższych. Zwykle chodzi o małżonka i dzieci. Wyjątkowo inne osoby. Zasadą jest pełna swoboda testowania, wyjątkiem od niej konieczność uwzględniania ochrony najbliższej rodziny.

Nie można nie zwrócić uwagi na to, że w Europie już od kilkudziesięciu lat dyskutowana jest w kręgach prawniczych, a nawet szeroko w mediach, sprawa potrzeby (bądź jej braku) dalszego utrzymywania tak daleko idącej ochrony rodziny. Odbywa się ona przecież kosztem swobody testowania, a ta jest w warunkach gospodarki wolnorynkowej podstawową wartością. Jak dotąd dyskusja łączy się z mizernymi efektami prawodawczymi. Tendencja do rezygnacji z nadmiernie, jak się wydaje, rozbudowanej ochrony praw rodziny jest już wyraźnie zarysowana.

Prawo dla pominiętego krewnego

Polskie regulacje dotyczące zachowku wzorowane są na niemieckich. W ich świetle zachowek polega na prawie domagania się przez spadkobiercę ustawowego pominiętego w testamencie pewnej części tego, co należałoby mu się, gdyby testamentu nie było. A więc z reguły jedna druga, a czasem (jak w sprawie rozstrzyganej przez Sąd Najwyższy, gdy chodzi o małoletniego) aż dwie trzecie udziału spadkowego.

Zachowek przysługuje jedynie najbliższym członkom rodziny. A do tych polski ustawodawca zaliczył: współmałżonka zmarłego oraz jego dzieci. Dalsi krewni, tj. rodzice oraz wnuki, prawnuki, praprawnuki, nie dochodzą do dziedziczenia ani do prawa do zachowku. Albo precyzyjniej: dochodzą jedynie wyjątkowo. Wtedy, gdy bliższy krewny (czyli rodzic) nie dożył otwarcia spadku (a więc sam umarł, zanim odszedł spadkodawca). A także wtedy, gdy wprawdzie dożył tego momentu, ale jest traktowany tak, jak gdyby go nie dożył.

Ta druga, fikcyjna w istocie, sytuacja ma miejsce w kilku przypadkach. Po pierwsze, dochodzi do niej wobec zrzeczenia się dziedziczenia przez spadkobiercę (co następuje w drodze umowy ze spadkodawcą jeszcze za jego życia). Po drugie, wiąże się z odrzuceniem spadku przez spadkobiercę (co jest jego prawem, przecież w skład spadku wchodzą także długi). Tę właśnie sytuację rozważał Sąd Najwyższy w październikowym rozstrzygnięciu. Po trzecie, jest następstwem niegodności dziedziczenia bliższego w kolejności spadkobiercy (co polega na uznaniu przez sąd za niegodziwe jego postępowania wobec zmarłego i wykluczeniu od dziedziczenia).

Pomijając zrzeczenie się dziedziczenia (którego skutki rozciągają się także na dzieci zrzekającego się i dlatego nie mogą one dojść „w jego miejsce"), w każdym z pozostałych przypadków (tj. przy odrzuceniu spadku i przy niegodności) dalszy krewny należący do kręgu spadkobierców ustawowych dochodzi do dziedziczenia zamiast spadkobiercy „wyeliminowanego". A przynajmniej (jeśli został pominięty ze względu na testament), uzyskuje prawo do zachowku.

To, co rozegrało się przed Sądem Najwyższym, to konflikt niewątpliwej woli spadkodawczyni powołania do dziedziczenia tylko jednej z córek (sporządziła przecież testament wyłącznie dla niej) z równie oczywistym interesem drugiej córki, która jednak pochopnie „odrzuciła spadek". A potem – jak się wydaje – zdanie zmieniła. A w każdym razie zdanie zmienił jej syn, a wnuk spadkodawczyni, pragnący uzyskać pozycję prawną matki, czyli nabyć prawo do zachowku.

Batalia przed sądem

Sąd Najwyższy uznał, że: „dalszy zstępny spadkodawcy nie jest uprawniony do zachowku po nim, jeśli – w razie dziedziczenia testamentowego – zstępny spadkodawcy złożył oświadczenie o odrzuceniu spadku z ustawy" (sygn. akt III CZP 23/19).

Upubliczniona teza orzeczenia Sądu Najwyższego jest niejasna, ale nawet bez znajomości wywodów uzasadnienia, na które przyjdzie zapewne jeszcze poczekać, trzeba uznać ją za błędną lub przynajmniej niezręcznie sformułowaną. Sugeruje bowiem, że odrzucenie spadku przez bliższego krewnego (jak tu rodzica) powoduje utratę prawa do zachowku służącego dalszemu (jak tu wnukowi). Również komentatorzy ubolewają, że w sprawie tak właśnie się stało i że ten nieroztropny „manewr" matki pozbawił wnuka, jakoby należnego mu w innych okolicznościach, zachowku.

Tymczasem rzeczy mają się zgoła inaczej. Po pierwsze, teza orzeczenia jest nietrafna, gdyż właśnie odrzucenie spadku przez bliższego spadkobiercę umożliwiłoby wnukowi dojście do dziedziczenia i ewentualnie nabycie prawa do zachowku.

Po drugie zaś, w istocie rodzic niczego nie odrzucił, gdyż nic mu nie przysługiwało. W żadnym momencie nie był spadkobiercą (skoro spadkodawca sporządził testament powołujący do całości spadku inną osobę). A przecież odrzucić spadek w prawie polskim może wyłącznie spadkobierca. Rodzicowi wnuka (jako pominiętemu spadkobiercy ustawowemu) służyło jedynie prawo domagania się zachowku dla siebie. Matka mogła z niego uczynić użytek lub nie. Jak można się domyślać, zachowku jednak nie zażądała. Dla wnuka nic z tego nie mogło wynikać. W szczególności zaś nie to, że sam nabywa prawo do zachowku. Taka ewentualność w żadnym momencie nie wchodziła w grę. I to, co oczywiste dla prawnika, niezależnie od takiego czy innego zachowania się rodzica (niebędącego przecież spadkobiercą!).

Wnuki dochodzą do dziedziczenia ustawowego rzadko (częściej na podstawie testamentu). Jeszcze rzadziej mogą żądać zachowku. Wbrew opiniom komentatorów nie ma w tym żadnego dramatu. Tak jest po prostu słusznie. Dlatego właśnie wnuki zaliczone zostały przez prawodawcę do odległego (w pewnym sensie zapasowego) kręgu spadkobierców ustawowych. Jeśli babcia lub dziadek zechcą pozostawić majątek ukochanemu wnukowi, sięgną po testament. Nie ma natomiast racjonalnego powodu, aby mniej ulubione wnuki (prawnuki, praprawnuki itd.) domagały się tego wbrew ich woli.

Autor jest dr. hab. LL.M., prof. Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu – Katedra Prawa Cywilnego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA