fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

„Gigaton" Pearl Jam. Taniec jasnowidzów

Pearl Jam'2020. Eddie Vedder, lider, kompozytor, autor - po środku.
materiały prasowe
„Gigaton" Pearl Jam, nowa płyta jedynej działającej formacji grunge'owej, to znakomity dramaturgicznie concept album o wychodzeniu z wielkiego kryzysu.

Fani czekali na nowe nagrania i 11. studyjną płytę zespołu od 2013 r., czyli premiery „Lightning Bolt". Ale gdy usłyszeli zapowiadający „Gigaton" singiel „Dance of the Clairvoyants" – przeżyli największe rozczarowanie w 30-letniej historii grupy.

Rzecz w tym, że Pearl Jam jest ostatnim działającym zespołem z „wielkiej piątki" grunge'u i depozytariuszem stylistyki, która na początku lat 90. odrodziła światową muzykę, nawiązując do ostrego gitarowego grania Hendrixa, Black Sabbath, Led Zeppelin, ale i surowości punk rocka.

Nowe czasy

Członkowie pozostałych formacji zabrnęli w ślepą narkotykową uliczkę. Nirvana i Soundgarden rozpadły się po samobójstwach Kurta Cobaina i Chrisa Cornella. Stone Temple Pilots po przedawkowaniu Scotta Weilenda działa w zmienionym składzie, tak jak Alice in Chains po takiej samej śmierci Layne'a Staleya.

Na rok przed 30. rocznicą premier debiutanckich albumów Nirvany, Soungarden oraz „Ten" Pearl Jam z hitami „Alive" i „Jeremy", sprzedanego tylko w Ameryce w 15 mln egz. – formacja Eddiego Veddera pozostaje więc jedynym „strażnikiem pieczęci" grunge'u. A swoją pozycję wypracowała również walką o niezależność wydawniczą, boksując się też z takim gigantem, jak Ticketmaster, by nie zawyżał cen biletów ponad możliwości finansowe fanów.

Tymczasem w lutym wierni dotąd swojemu brzmieniu muzycy radykalnie z nim zerwali, zaskakując słuchaczy piosenką „Dance of the Clairvoyants". Królowie gitar nagrali kompozycję z perkusją brzmiącą jak automat, z partią syntezatorów, z funkowymi gitarami, bodaj pierwszą w historii pozbawioną gitarowej solówki, gdy w szeregach zespołu jest dwóch wybitnych wirtuozów – Stone Gossard i Mike McCready, na których pojedynki czekają fani.

Gdy grupa była podekscytowana tym, że muzyczny eksperyment otworzył jej drzwi do nowej rzeczywistości, singiel przypominający dokonania The Talking Heads spotkał się z tak krytycznym przyjęciem fanów, że muzycy zaczęli się tłumaczyć z własnego wyboru, podkreślając, że ciężko pracowali nad nowym efektem.

Oczywiście, w historii rocka wiele kultowych zespołów zmieniało brzmienie, dostosowując się do nowych czasów. Queen nagrał „Radio Ga-Ga" i nawet The Rolling Stones mają na koncie takie produkcje, jak „Under Cover", oparte na komputerowych loopach i perkusji brzmiącej jak automat. Z kolei Radiohead, którzy zaczynali jako nadzieja britpopu, nową tożsamość z powodzeniem zbudowali, wchodząc na drogę eksperymentów z elektroniką. Na naszym gruncie Katarzyna Nosowska podobnie ożywiła nagrania solowe oraz zespół Hey.

Lot na Marsa

Gdy pierwsze emocje po premierze singla opadły, łatwiej uwierzyć, że Pearl Jam po trzech dekadach ostrego gitarowego grania mógł mieć ochotę na nową jakość, zresztą tylko w jednej piosence. Nie jest ona największym dokonaniem zespołu, ale warto poznać jej przesłanie. „Taniec jasnowidzów" jest pełną paradoksów refleksją Veddera na temat nieprzewidywalności ludzkiego życia, w którym prognozy najmniej spełniają się w przypadku miłości: „Miłość jest tarciem/Odartym z komfortu/Niekończącym się balansowaniem/ Sprzecznych perswazji".

Wokalista przekonuje, że oczekiwanie na ideał i perfekcję uzmysławiają tylko naszą niedoskonałość. Musimy być dla siebie tolerancyjni, inaczej życie stanie się synonimem sprzeczności. Takich, jakie symbolizują upodobania dziewcząt do tańca, gdy chłopcy myślą nieustannie o seksie. Jeśli Vedder chciał zrobić ukłon w stronę pań, najbardziej taneczna piosenka w historii zespołu się udała. Dostaliśmy też radę, jak pary i rodziny mogą przeżyć w harmonii domową kwarantannę.

Grupa zrealizowała aż trzy wideo do piosenki, która miała zapowiadać światowe tournée zespołu, ale w obliczu pandemii kilkanaście amerykańskich koncertów w takich salach, jak Madison Square Garden, zostało odwołanych. Podobnie jak zaplanowany na 25 marca koncert, który miał być transmitowany do 200 kin na świecie, wyposażonych w technologię Dolby Atmos. Wypada mieć nadzieję, że dojdzie do skutku koncert w Krakowie 13 lipca.

„Taniec jasnowidzów" sprawdza się na płycie, gdzie poprzedzają go niezwykle ostre, grane z punkową dynamiką kompozycje. Stanowiąc awers i rewers. „Who Ever Said" opowiada o wysypie fałszywych autorytetów, które chcą nam zdefiniować świat, zaś „Superblood Wolfman" – o próbie wycofania się z takiej egoistycznej postawy. Vedder śpiewa tak mocno, że podnosi ciśnienie jak w stanie przedzawałowym. „Taniec jasnowidzów" napięcie rozładowuje.

Znakomite jest hardrockowe „Quick Escape", po zeppelinowsku monumentalne, z hendriksowską solówką. To zapis ekologicznej apokalipsy w Stanach Zjednoczonych. Vedder śpiewa o ucieczce do „Szerokości geograficznych, do jakich musieliśmy się udać/Aby znaleźć miejsce, w którym Trump jeszcze nic nie spieprzył". Finałem rockowej dystopii jest ucieczka na Marsa, a jest to podróż tylko w jedną stronę. Piosence towarzyszy gra nawiązująca do oldskulowego „Space Invaders", dając szansę graczom pilotować statek kosmiczny w roli jednego z członków Pearl Jam.

Po horyzont

Potem płyta rozwija się w rytm refleksyjnych piosenek „Alright" – o życiu na własny rachunek i „Seven O'Clock" o smaku wolności. Wraz z „Never Destination" i „Take The Long Way" powraca punkowa energia, zaś wprowadzeniem do finału jest przepiękne akustyczne „Buckle Up", które zachwyci fanów liryzmem głosu Veddera, śpiewającego: po pierwsze nie szkodzić.

Ballada „Comes And Goes" o odnajdywaniu się po czasie wielkiego sporu – to utwór, który Led Zeppelin mogliby umieścić na swojej trzeciej akustycznej płycie. „Retrograde" winduje ten nastrój do epickiej skali, przekonując, że im więcej popełniliśmy błędów, tym bardziej zrozumiemy, jak naprawiać świat. A jak mówi medytacyjne „River Cross", choć osiągnięcie wyznaczonego horyzontu jest niemożliwe, na tym polega życie, że ciągle w jego stronę zmierzając – nic poza tym nie mamy. Tylko taki dystans do życia pozwala, by zapis kardiogramu naszych serc stał się stabilny jak na okładce płyty.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA