fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Paulina Świst: Nie jestem Remigiuszem Mrozem

fot.
Paulina Świst - pisarka, która nigdy nie ukazała swej twarzy. Jej tajemniczość sprawiła, że dużo fanów twierdzi, że Paulina Świst to tak naprawdę Remigiusz Mróz, tylko piszący pod pseudonimem. Czy jest tak faktycznie? Sama zainteresowana zabrała głos w tej sprawie.

„Karuzela” to najnowsza pani książka. W jednym z fragmentów spotykamy zdanie: „Zawsze kiedy już wydaje mi się, że widziałam dno ludzkiej głupoty, spotykam kogoś, kto puka w nie od spodu”. Można uznać ten cytat za odzwierciedlenie pracy nad tą powieścią?

Przyznaję, że pisząc „Karuzelę”, wykorzystałam kilka wątków, które spowodowały u mnie dokładnie taką reakcję. Często wydaje mi się, że działam w zawodzie prawnika już bardzo długo i, że niewiele sytuacji jest w stanie mnie zaskoczyć. Za każdym razem, kiedy czuję taką pewność, spotykam się z problemem, którego nie przewidziałam. Uważam, że to bardzo dobrze – pozwala to zachować czujność i się rozwijać. Przekładam to również na moje drugie zajęcie, jakim jest pisanie książek.

Wysublimowana ironia to nie od dziś pani mocna strona. Czytając: „(...), a nade wszystko musiałem spędzać czas z moją wspaniałą małżonką. Na myśl o tym natychmiast rozbolała mnie głowa” - miałem wrażenie, że większość żonatych mężczyzn mogło by tu powiedzieć: „To są moje słowa”. Tak więc, „Karuzelę” można uznać za zlepek niewypowiedzianych myśli?

Nigdy nie byłam żonatym mężczyzną... Ale bardzo się cieszę, że udało mi się trafić w punkt. „Karuzela” to dla mnie bardzo ważna książka, ponieważ bardzo intensywnie nad nią pracowałam i zawarłam w niej wiele kwestii, które mnie mocno „uwierały”. Odpowiadając na Pana pytanie – tak, myślę, że bohaterowie „Karuzeli” często wypowiadają myśli, których ludzie w codziennym życiu – z różnych względów – nie mówią.

Często mówi pani, że inspiracją do pisania powieści jest to, co wydarzy się w życiu. W przypadku „Karuzeli” to zdanie znajduje odzwierciedlenie?

Fabuła „Karuzeli” jest wymyślona; podobnie, jak fabuła wszystkich moich książek. Natomiast większość postaci ma swój, czasem bardzo bliski, pierwowzór w rzeczywistości. Mówię tu zarówno o postaciach pozytywnych, jak i negatywnych. Pisząc książki, nie jestem w stanie kompletnie oderwać się od tego, co się akurat dzieje w moim życiu bądź pracy. Wykorzystuję pewne rysy postaci, powiedzonka, sytuacje. Oczywiście, dopasowuję je do akcji powieści, ubarwiam i koloryzuje, ale większość z moich inspiracji jest w stanie się rozpoznać w książkowych bohaterach.

Czym może zaskoczyć czytelnika „Karuzela” w porównaniu do, m.in. „Podejrzanego”, który również w tym roku ukazał się na półkach w księgarniach?

W „Karuzeli” zmieniłam typ bohaterów. W poprzednich książkach były to postacie jednoznacznie pozytywne. Owszem, miały swoje grzeszki, ale zawsze były „po właściwej stronie”. W „Karuzeli” tego nie ma. Olka i Piotr to przestępcy, nie ma co do tego jakichkolwiek wątpliwości. Byłam ciekawa, czy mimo to ludzie będą w stanie ich polubić, identyfikować się z nimi, a przede wszystkim... ich zrozumieć.

„Ostry seks. Ostry język. Ostra jazda” - na pierwszy rzut oka wydaje się, że „Karuzela” jest pisana w podobnym stylu, jak poprzednie książki... Pojawia się obawa, że niedługo czytelnikom przeje się taka formuła pani książek?

Zdaję sobie sprawę, że to może się zdarzyć każdego dnia. Daleka jednak jestem od rwania włosów z głowy. Zawsze mówiłam, że moje książki to rozrywka, chwila zapomnienia, moment na oderwanie od rzeczywistości. Nie planuję tego zmieniać. Nie jestem pisarką, tylko adwokatem. Nie wyobrażam sobie, żebym nagle zaczęła pisać książki innego gatunku. Nie wiem, czy bym potrafiła i nie wiem, czy nadal sprawiałoby mi to radość, a przede wszystkim nie sądzę, aby spodobało się to moim czytelnikom. Dostaję bardzo wiele wiadomości. Nikt nie pisze mi, że książka zmieniła jego życie, bo też nie taki jest cel tych książek. Natomiast jeśli ktoś mi pisze, że spędził trzy godziny przy lekturze i naprawdę dobrze bawił, to wiem, że mój cel został osiągnięty.

Cytując fragment z „Prokuratora”, pani literackiego debiutu: „Zazdrosna baba jest najwredniejszą istotą na ziemi”, można uznać, że zaczęła pani pisać powieści, gdyż pozazdrościła, np. popularności innym autorom, jak m.in. Remigiusz Mróz? Do świata literatury kryminalnej polskiej weszła pani z buta, solidnie wyważając drzwi...

Nigdy w życiu nie spodziewałam się takiego efektu, jaki wywołał „Prokurator”. Do dziś, kiedy o tym myślę, mam ochotę uszczypnąć się w ramię, by sprawdzić, czy to nie sen. Poza tym nie jestem osobą zazdrosną o sukcesy zawodowe. Są one zwykle efektem bardzo ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń. Powyższe zdanie z „Prokuratora” dotyczy zazdrości jednej kobiety o drugą w relacji z mężczyzną, a to zupełnie inna kwestia. I tu z pewnością nie jestem tak kryształowa, jaką chciałabym być.

Wyjaśnijmy raz na zawsze: Paulina Świst to Remigiusz Mróz, tylko pod pseudonimem?

Nie, nie jestem Remigiuszem Mrozem. On sam może to potwierdzić, bo rozmawialiśmy kiedyś na targach książki. Być może kiedyś napiszemy coś wspólnie, ale na tę chwilę dzielę czas między pracę zawodową i pisanie książek. Niestety czasu jest mało, a ponętnych projektów, w które chętnie bym się zaangażowała, bardzo wiele . Bardzo tego żałuję, ale niestety doba ma tylko 24 godziny, a nie samą pracą człowiek żyje.

Jaka jest szansa na to, że kiedyś zdradzi pani swoje prawdziwe nazwisko i wówczas, np. wyda książkę?

Nie przewiduję takiej możliwości. Bardzo oddzielam Śwista od swojego życia prywatnego. Nie mam parcia na szkło, nie kręci mnie popularność i dostaję dreszczy na myśl, że musiałabym się malować za każdym razem, kiedy idę do Żabki po wino, bo byłabym osobą rozpoznawalną. Jedyne, czego żałuję, to fakt, że nie mogę poznać moich czytelników osobiście na spotkaniach autorskich. Myślę, że to byłoby niesamowite doświadczenie.

Z tego, co pani mówi wynika, że bycie adwokatem to miłość pani życia, a literatura to tylko wysublimowany dodatek. Załóżmy teoretycznie, że musi pani zamknąć kancelarię; pisarstwo mogło by stać się głównym zawodem?

Jak już wspomniałam, nie uważam siebie za pisarkę. Bardzo się cieszę, że moje opowieści podobają się ludziom. Ale uważam, że gdybym zaczęła uznawać to za zawód i przestałabym się przy tym dobrze bawić, to po prostu przestałoby działać. Jeśli więc hipotetycznie musiałabym zamknąć kancelarię, myślę, że zaczęłabym pracować w innej dziedzinie, także związanej z prawem. Oczywiście tylko hipotetycznie, bo nie mam pojęcia jakbym się zachowała. Mam nadzieję, że nie będę musiała tego sprawdzać. Tak w zasadzie, to bardzo lubię swoją pracę.

"(…) sukces przychodził tylko wtedy, kiedy okupiło się go odpowiednią liczbą poświęceń” - jak te słowa, zawarte w „Komisarzu”, odnoszą się do pani twórczości?

Ostatnio zastanawiałam się nad tą kwestią. Od premiery „Prokuratora” minęło półtora roku. Z pewnością każda kolejna książka stresuje mnie bardziej. Pamiętam, że kiedy wydano „Prokuratora”, traktowałam to jako niesamowitą przygodę. Nadal tak jest, ale mimo woli zastanawiam się: „Spodoba się? Nie spodoba się?”. Z każdą kolejną książką przeżywam to bardziej. Oczywiście, to, że piszę odbija się też na moich innych aktywnościach. Nie pamiętam, kiedy ostatnio grałam w WOT-a, którego bardzo lubię. Ale nie mam zamiaru narzekać. Pisanie daje mi bowiem szereg innych możliwości, jak choćby kontakt z fanami przez media społecznościowe. Fani często niesamowicie poprawiają mi humor.

Są dni, gdy stając przed lustrem, pyta się pani sama siebie: „Jestem jeszcze bardziej adwokatką z własną kancelarią, czy już pisarką powieści kryminalno-prawniczych”?

Są takie dni. Zwłaszcza wtedy, gdy w krótkim terminie skumuluje mi się wiele spraw związanych z pracą i książką; kiedy zastanawiam się, czy jestem w stanie temu podołać. I czy jedno nie zacznie funkcjonować kosztem drugiego. Póki co, mam wrażenie, że jestem w stanie to ogarnąć, ale liczę się z tym, że czasem muszę zrezygnować ze sprawy, kiedy wiem, że za chwilkę powinnam oddać książkę, albo przeciwnie: powiedzieć, że nie jestem w stanie napisać książki, bo mam zbyt absorbującą sprawę karną.

Z perspektywy cenionej debiutantki, co może pani powiedzieć o swoim debiucie? Skąd w ogóle wziął się pomysł na pisanie książek w kraju, gdzie przeciętnie ponad połowa Polaków nie czyta ani jednej książki rocznie..

Jakkolwiek źle by to nie zabrzmiało – myślę, że zastanawianie się nad tym, ile osób czyta, kto czyta, jak i gdzie, to najlepszy sposób, by to się nie udało. Kiedy dowiedziałam się, że „Prokurator” zostanie wydany, byłam w ciężkim szoku. Nie zastanawiałam się, ile osób go kupi, ile osób go przeczyta. Myślałam tylko o tym, że pomysł, który zrodził się w mojej głowie, będzie dostępny na półce w księgarni. Proszę mnie źle nie zrozumieć – oczywiście bardzo chciałam, żeby się spodobał, żeby odniósł sukces, ale nigdy tego nie zakładałam i z pewnością nie ma osoby bardziej zdumionej ode mnie, że tak się stało. Myślę, że w tym może tkwić pewna recepta...

Patrząc z perspektywy czasu i roli uznanej autorki, było warto wchodzić do świata literatury polskiej?

Pisanie książek zawsze było moim marzeniem i bardzo się cieszę, że się ziściło. Jeśli chodzi o wejście do świata literatury, to może fakt, że piszę pod pseudonimem sprawia, że nie czuję, że tak się w ogóle stało. Oczywiście, niesamowitą radość sprawia mi uczestnictwo w targach, obserwowanie swoich książek w księgarniach albo czytanie recenzji, ale oddzielam Śwista od siebie i dzięki temu - a przynajmniej mam taką nadzieję - stąpam nadal twardo po ziemi i nie czuję się częścią świata literatury polskiej.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA