fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kosmos

Księżyc jak Symfonia "Niedokończona" Schuberta

Dziś nie ma środków technicznych, by wrócić na Księżyc
AFP
Księżyc powinien być jak sonata „Księżycowa” Beethovena, tymczasem jest jak Symfonia „Niedokończona” Schuberta, w dodatku przygrywana do kotleta przez zespół klezmerski.

20 lipca 1969 roku Neil Armstrong, dowódca wyprawy Apollo 11, stanął jako pierwszy człowiek na powierzchni Księżyca. W związku z przypadającą dziś 50. rocznicą tych wydarzeń przypominamy tekst z 2015 roku.

W latach 1966–1972 odbyło się 11 załogowych lotów kosmicznych programu „Apollo", w tym czasie 12 osób postawiło stopę na Srebrnym Globie. I co z tego wynika?

„46 lat temu pierwszy człowiek postawił stopę na Księżycu, w symboliczny sposób biorąc go w posiadanie. To miał być »wielki skok« dla ludzkości. Tymczasem sukces programu »Apollo« został w popisowy wręcz sposób zmarnowany. Mieliśmy mieć stałe bazy na Księżycu (... ) Teraz nawet nie umiemy tam wrócić (...). Mamy za to prywatne firmy, które stać na inwestowanie w program przygotowań lotów załogowych. Są wśród nich nawet takie, które chcą na Srebrnym Globie zaniechanym przez supermocarstwo budować hotele" („Rzeczpospolita", 24.07.2015, Piotr Kościelniak).

Dla uczczenia 50. rocznicy lądowania tam, gdzie Pan Twardowski siedzi od 500 lat, internauci zbierają odpowiednią sumę, aby odnowić skafander, w którym Neil Armstrong wysiadł z lądownika. Na razie jest tego około 800 tys. dolarów. Akcji patronuje National Air and Space Museum w Waszyngtonie. Skafander jest w bardzo złym stanie, zleżały się materiały, z jakich go zrobiono, jego trwałość, określono w momencie produkcji na 50 lat, a więc dożywa swoich dni. Po 50 latach od zdobycia Księżyca korzyści z tego wyczynu będą takie, że skafander jednak ocaleje. Pogratulować.

Niepotrzebny sukces

Na razie nie zbudowano tam stałej bazy, nie wydobywa się tam surowców. W marcu ubiegłego roku aparat fotograficzny marki Hasselblad, używany przez amerykańskich kosmonautów na Księżycu, jedyny z czterech egzemplarzy, który powrócił na Ziemię, został wystawiony na aukcji w Wiedniu (cena wywoławcza 200 tys. euro). Wśród milionerów w dobrym tonie jest kupowanie próbek księżycowego gruntu. I co z tego wynika? Nic, w każdym razie nic wartościowego dla naszej cywilizacji.

Już raz taki kazus miał miejsce w dziejach ludzkości. Wikingowie odkryli Amerykę pół tysiąclecia przed Kolumbem, ale nikt wtedy nie potrafił wykorzystać tej szansy. Ameryka była za daleko jak na realne, a nie wyczynowe możliwości żeglugowe i transportowe ówczesnego Starego Świata. Dobra, które potencjalnie były do wzięcia – drewno i tubylcy, czyli siła robocza – nie skłaniały w dostatecznym stopniu ludzi w Europie do podejmowania heroicznych rejsów i walk w Nowym Świecie. Mówiąc wprost, Stary Świat nie potrafił wtedy opanować Nowego Świata, zdobył się na to dopiero pięć wieków później.

Teraz jest podobnie, gdy kota nie ma, myszy harcują. Z tym że dziś mamy kapitalizm, a nie feudalizm, zaś współcześni oszuści i hochsztaplerzy nie cyganią ludzi grą w trzy karty, ale mają lepsze, kosmiczne sposoby na większe zarobki.

W 1980 roku Dennis Hope, przedsiębiorca z Nevady, ogłosił, że znalazł lukę prawną w traktacie o przestrzeni kosmicznej pozwalającej mu handlować legalnie terytorium Księżyca. Założył Ambasadę Księżycową i pod jej egidą rozpoczął handel księżycowymi terytoriami. Hope podzielił jasną stronę Księżyca („kto by chciał mieszkać w ciemności") na 3 mln 112 tys. i 2 działki. Każda działka jest wyjątkowa i położona w atrakcyjnym miejscu, z widokiem na Ziemię.

Interes się kręci. Początkowo traktowana jako żart lub ciekawostka, sprzedaż działek na Księżycu rośnie z roku na rok. Spory kawałek Luny sprzedano już w USA i Australii. W Chinach działki na Księżycu idą po 300 juanów (37 dolarów) za akr. Teren na Księżycu kupić można nawet w Bułgarii. Tam działka o powierzchni jednego akra (0,4 h) kosztuje 45 lewów, czyli ok. 23 euro, kawałki Srebrnego Globu sprzedano ponad 300 bułgarskim inwestorom. Ten handel przypomina podarowanie królowi szwedzkiemu Niderlandów przez pana Zagłobę.

Licytacja

Przedsiębiorczych głów nie sieją, same się rodzą. Księżycowi biznesmeni wpadli na pomysł, że można tam nie tylko zamieszkać, ale także spocząć, i to nie w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale niemal od zaraz. Oto dowiadujemy się, ku naszemu radosnemu zaskoczeniu, że otwierają się niebiańskie (w dosłownym tego słowa znaczeniu) perspektywy: Amerykańska firma Elysium Space, z siedzibą w San Francisco, oferuje wystrzeliwanie na Księżyc prochów zmarłych ludzi. Oferta nosi nazwę „Lunar memorial". Każdy chętny dostarczy firmie swoje prochy, ta zamknie je w spersonalizowanej kapsule i wystrzeli w kierunku północnej półkuli Księżyca. Dotarcie do powierzchni zapewni lądownik Griffin skonstruowany przez Astrobotic Technology.

Ale kapitalizm to konkurencja. Elysium Space to niejedyna firma oferująca taką usługę. Konkurencyjną ofertą kusi mieszcząca się w Houston firma Celestis, która zasłynęła w 1988 roku, gdy rzeczywiście umieściła na południowym biegunie Księżyca, za pomocą należącego do NASA lądownika Lunar Prospector, prochy amerykańskiego astronoma i geologa Eugene'a Shoemakera, odkrywcy wraz z Davidem Levym komety nazwanej Shoemaker-Levy 9, a także współodkrywcy 177 planetoid. Od tamtej pory żaden człowiek nie dostąpił takiego zaszczytu. Ale dostąpi – tak obiecuje Celestis, od 2018 roku zamierza wysyłać na Srebrny Glob prochy za umiarkowaną cenę 12 500 dolarów – cena nie dotyczy całej urny, ale jednego grama.

Na reakcję Elysium nie trzeba było długo czekać. Przelicytowała konkurenta niższą ceną 11 950 dolarów, też za jeden gram prochów. Co więcej, jej pierwszych 50 klientów dostąpi dobrodziejstwa promocji, zapłacą mniej o 2 tysiące dolarów. Kiedy pierwsi szczęśliwcy zostaną wystrzeleni – żadna z firm nie określiła, natomiast nietrudno zgadnąć, że Elysium wystrzeli wtedy, gdy wystrzeli Celestis, i vice versa.

W oczekiwaniu na ten dziejowy moment Celestis proponuje skorzystanie z usługi shooting star memorial polegającej na wysłaniu prochów wprawdzie niedaleko, tylko na ziemską orbitę, ale za to w bardzo romantycznym celu – aby pod wpływem ziemskiej grawitacji urna obniżyła lot, weszła w atmosferę i spłonęła w niej jako jedna ze spadających gwiazd.

Elysium oczywiście zareagowała. Jest przekonana, że jej usługa będzie konkurencyjna – serwis Milky Way Memorial zapewni wystrzelenie prochów nie blisko, jak to zrobi Celestis, ale możliwie jak najdalej, w głąb Drogi Mlecznej (ceny na razie nie podano).

W księżycowym biznesie, oprócz małych, pojawiają się duzi gracze. Na początku tego roku firma Bigelow Aerospace otrzymała własność terenu na Księżycu. Firma może ustawić jedno ze swych nadmuchiwanych siedlisk na Srebrnym Globie i spodziewać się wyłącznego prawa do dysponowania tym terenem, a także obecnymi tam surowcami. Amerykańska Federalna Administracja Lotnictwa (FAA) potwierdziła to w wysłanym do Bigelow Aerospace liście. Jak widać, w XXI wieku, tak jak dawniej, papier jest cierpliwy.

– Nie daliśmy Bigelow Aerospace licencji na lądowanie na Księżycu, mówiliśmy tylko o przeglądzie danych, które potencjalnie mogą być częścią przyszłego wniosku, a list służył tylko do celów dokumentowania poważnego projektu amerykańskiej firmy – tłumaczył nieprzekonująco dziennikarzom George Nield, zastępca administratora w biurze FAA ds. transportu handlowego.

Prawdę mówiąc, przekonujące wyjaśnienia nie są możliwe w sytuacji, gdy jedynym dokumentem „regulującym" roszczenia w przestrzeni pozaziemskiej jest międzynarodowy traktat o przestrzeni kosmicznej określający zasady, na których mogą odbywać się badania i użytkowanie przestrzeni kosmicznej łącznie z Księżycem i innymi ciałami niebieskimi. Traktat podpisany przez przedstawicieli rządów Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego stał się prawomocny 10 października 1967 r. Potem do traktatu dołączyły kolejne państwa, obecnie sygnatariuszy jest ponad setka (parafrazując tytuł filmowego arcydzieła – setka bezsilnych).

Gorączka w kosmosie

Ale podśmiewanie się z takich zawłaszczeń i niemocy traktatu to płytka intelektualnie łatwizna. Głębsza refleksja doprowadziłaby do wniosku, że śladem Bigelow Aerospace pójdą inne firmy, zawłaszczane będą wszystkie planety i asteroidy w zasięgu teleskopów, co więcej, lada chwila wybuchnie coś na kształt XIX-wiecznej gorączki złota, ale na niewyobrażalnie większą skalę, w przestrzeni pozaziemskiej.

Pochodzenie całego złota wszechświata zostało odkryte. Powstaje ono ze zderzania gwiazd neutronowych. Naukowcy z Harvard Smithsonian Center of Astrophysics dokonali symulacji komputerowej, z której wynika, że po takim zderzeniu ilość złota wyrzucanego w kosmos dorównuje dziesięciu masom Księżyca.

Astrofizycy z Uniwersytetu Wisconsin-Madison odkryli, że na Saturnie padają diamentowe deszcze, a w jego atmosferze formują się diamenty średnicy jednego centymetra. Podobnie dzieje się na Jowiszu. Symulacja komputerowa dokonana przez specjalistów z California Speciality Engineering wskazuje, że także Neptun i Uran rodzą diamenty.

Według obliczeń dokonanych w Massachusetts Institute of Technology planetoida zbudowana z niklu i żelaza może mieć wartość rzędu 20 bilionów dolarów. A przecież w pobliżu naszego globu krążą dziesiątki tysięcy planetoid i asteroid, 1500 spośród nich jest łatwo dostępnych, a 10 proc. spośród tych ostatnich to obiekty zbudowane z poszukiwanych minerałów.

Takie są perspektywy kosmicznego górnictwa. Dlatego specjaliści z NASA studiują możliwość sprowadzenia „surowcowej" asteroidy na orbitę księżycową. Przewidują, że poradzą sobie z obiektem średnicy 7 metrów ważącym 500 ton. Plan przewiduje włożenie asteroidy w pojemnik średnicy 10–15 metrów, połączenie go linami z sondą i holowanie w stronę Srebrnego Globu.

Górnictwo w przestrzeni

Jednak niewykluczone, że projekt tego rodzaju, szybciej i na większą skalę, zrealizują prywatne firmy. Do tego celu już powołano Planetary Resources. Stoją za nią wielkie nazwiska i miliardy dolarów: Larry Page (Google), Charles Simonyi (kosmiczny turysta, założyciel Intentional Software) czy filmowiec James Cameron.

– Kosmiczne górnictwo nastawione będzie na pierwiastki niezbędne dla zaawansowanych technologii. Zapotrzebowanie na pierwiastek dysproz wzrośnie o 2600 proc., a na neodym o 700 proc. Ziemskie zasoby nie zaspokoją go, ratunkiem będzie kosmiczne górnictwo – wyjaśnia Peter Diamandis, współzałożyciel Planetary Resources.

Druga amerykańska firma powołana do eksploatacji bogactw kosmosu to Deep Space Industries. Zamierza ona wysyłać od 2016 roku małe sondy typu Fireflies ważące od 25 do 32 kg. Ich zadaniem będzie określanie, które asteroidy mogą być źródłem surowców. Sondy będą zdolne do pobierania próbek i dostarczania ich na Ziemię. W następnym etapie nastąpi holowanie wybranych asteroid na orbitę Księżyca, tam pozyskiwanie z nich cennych surowców i dostarczanie ich do baz księżycowych, stacji kosmicznych i ziemskich fabryk.

Według Davida Grumpa, szefa Deep Space Industries, wykorzystywanie zasobów w przestrzeni jest jedynym sposobem zapewnienia stałej ekspansji poza Ziemię. Co roku odkrywanych jest ponad 900 asteroid przechodzących w pobliżu Ziemi. Mogą one być równie ważne dla aktywności w kosmosie w XXI wieku jak złoża żelaza w Minnesocie dla przemysłu samochodowego w Detroit w XX wieku.

Tych, których niemoc naszej cywilizacji w skolonizowaniu Księżyca skłania do wniosku, że eksploatacja złóż na innych globach i asteroidach też się nie powiedzie, przekona może optymizm światowego lidera płatności internetowych: PayPal ogłosił właśnie rychłe uruchomienie systemu PayPal Galactic w związku z tym, że nadejdą czasy kosmicznej turystyki, każdego dnia tysiące ludzi będzie podróżowało w przestrzeni kosmicznej, mieszkało w kosmicznych hotelach wybudowanych na orbitach, na Księżycu, Wenus, Marsie. Możliwość skorzystania z płatności elektronicznych będzie wtedy koniecznością.

Poza tym, jeśli poza naszą planetą będą pozyskiwane różne surowce, kosmicznym górnikom trzeba będzie przecież jakoś zapłacić.

Niestety, fala kosmicznej gorączki złota, a ściślej rzecz biorąc, gorączki surowcowej, oprócz fantazjowania na temat wydobywania na obcych planetach i asteroidach cennych surowców, pierwiastków i – jakżeby inaczej – złota i diamentów, czego ziemskiej cywilizacji należy życzyć, niesie także pomysły z piekła rodem, które oby nigdy nie zostały zrealizowane w Układzie Słonecznym. Ten sam amerykański miliarder Elon Musk, pomysłodawca systemu PayPal Galactic, współtwórca takich potęg, jak Tesla Motors czy Space X, w wywiadzie udzielonym jednej ze stacji telewizyjnych w USA wyraził chęć zbombardowania Marsa ładunkami termonuklearnymi, aby stworzyć tam w przyspieszonym tempie warunki podobne do ziemskich. Takie bombardowanie – jego zdaniem – spowoduje odparowanie wody znajdującej się na biegunach Marsa. Woda bowiem w postaci pary potęguje efekt cieplarniany, niekorzystny z punktu widzenia kolonizacji Czerwonej Planety i wydobywania tam surowców.

Dotychczas Pan Bóg sprzyjał Elonowi Muskowi, przymykał oko na gromadzenie przez niego miliardów, nie wtrącał się do sposobu ich wydawania. Ale teraz Najwyższy o coś się na miliardera rozsierdził i postanowił go ukarać – dlatego odebrał mu rozum.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA