fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kościół

Eucharystia. Spożywać, nie oglądać

AFP
Sercem Kościoła jest Eucharystia. Inne modlitwy, nawet najpiękniejsze, nie mogą jej zastąpić. Uczestniczyć w niej można zaś osobiście. Nie ma powodów, by w sytuacji zagrożenia rezygnować z jej sprawowania.

Zamknięte świątynie, zakaz sprawowania mszy świętej z uczestnictwem wiernych, brak możliwości przystępowania do Komunii świętej – to wszystko w ostatnich tygodniach stało się w Kościele faktem. Pandemia Covid-19 sprawiła, że w pewnych miejscach władze państwowe zakazały sprawowania mszy świętych, w innych ograniczyły liczbę uczestniczących w nich osób. I choć można się spierać, czy takie decyzje były konieczne (we Francji zakazano nabożeństw, a jednocześnie zachęcano do wzięcia udziału w wyborach), to trudno nie uznać, że biskupi nie bardzo mieli wybór i musieli podporządkować się rozstrzygnięciom władz. Nie zabrakło jednak miejsc, w których decyzję podjęli nie rządzący, a sami biskupi, którzy swoimi dekretami nie tylko zakazali publicznych mszy świętych, ale nawet zamknęli świątynie przed wiernymi.

Kościół w Polsce – wbrew niezwykle mocnym naciskom medialnym i politycznym – poszedł, w miarę jednolicie, drogą środka. Dzieci, młodzież, chorzy, opiekujący się dziećmi, a także obawiający się zakażenia otrzymali dyspensę od obowiązku udziału w niedzielnej mszy świętej. Kapłanów poproszono, by nie pozwolili na to, by na jednej Mszy było więcej niż pięćdziesiąt osób. Tyle teoria, ale w praktyce duszpasterskiej Kościół w Polsce podzielił się na te parafie, w których księża zdecydowali się na odprawianie o wiele większej liczby mszy świętych, tak by w żadnej nie uczestniczyło zbyt wiele osób, i takie, w których zaapelowano do wiernych, by po prostu do świątyń nie przychodzili i zadowolili się obejrzeniem transmisji mszy świętej. Nie zabrakło też takich, którzy msze święte odwołali i oznajmili, że robią to z miłości do bliźnich. Obie te postawy zostały pięknie uzasadnione teologicznie i umocowane religijnie, ale wyrastają one z nieco odmiennych założeń, i to nie tylko tych dotyczących samej Eucharystii, ale i celów Kościoła.

Wieczność i doczesności

Z grona hierarchów najbardziej wyraziste stanowiska zajęli biskup gliwicki Jan Kopiec, który odwołał wszystkie msze święte z udziałem wiernych, i arcybiskup Andrzej Dzięga, który wezwał wiernych do nawiedzania świątyń i przystępowania bez lęku do Komunii.

W tej kościelnej debacie obie strony mają mocne i dobre argumenty. Strona broniąca otwartych świątyń i sprawowania Eucharystii z wiernymi przypomina, że „liturgia jednak jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i jednocześnie jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc" – przypomina Sobór Watykański II w konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum concilium". Tam, gdzie zanika sprawowanie liturgii, gdzie wierni nie przystępują do Eucharystii, tam Kościół hierarchiczny traci swoją rację bytu. Kościół nie jest bowiem, jak to wielokrotnie przypominał Benedykt XVI, organizacją pozarządową, która ma się kierować logiką doczesności, zysków i strat, i której horyzont wyznacza obecne życie. Istotą jego działania jest kierowanie ludzi ku Bogu i ku życiu wiecznemu. Najważniejszym zaś pokarmem w drodze do wieczności jest właśnie Eucharystia. To niezwykle ważny element nauczania papieża Franciszka.

Zwolennicy tego stanowiska mają wsparcie w niezwykle mocnych słowach samego Jezusa Chrystusa. „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym" (J 6,53–54) – mówił Jezus do swoich uczniów.

Warto przypomnieć, że słowa te wcale nie wywołały entuzjazmu, bo dla Żydów spożywanie krwi w ogóle było czymś nie do pomyślenia – bardzo wielu uczniów wówczas Jezusa opuściło. Nie widać więc powodów, by w sytuacji zagrożenia rezygnować z jej sprawowania czy z ofiarowywania ludziom tego, co naprawdę jest życiem. Logika ukierunkowania na wieczność przypomina także, że ostatecznie nie zdrowie i nie dobre samopoczucie jest celem chrześcijanina, a zbawienie wieczne. „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?" (Łk 9,24–25) – mówi Jezus do uczniów. Jeśli spojrzeć na świat z tej perspektywy, to odwołanie mszy świętych, ich zamknięcie dla wiernych, staje się niezmiernie trudne, bo to w Eucharystii tkwi najważniejsze, co ma do zaoferowania Kościół.

Ale druga strona debaty kościelnej też ma swoje argumenty. Jest nim przede wszystkim ochrona dobra społecznego, uznanie, że Kościół powinien zaangażować się w jednoznaczne działanie na rzecz zdrowia publicznego, i że jako istotna struktura społeczna powinien wypełniać obowiązki nakładane na wszystkich. Brak odpowiedzialności (a zdarza się on, gdy na przykład w sytuacji pandemii zwołuje się wielkie rekolekcje, jak to miało miejsce we Włoszech w kilku wspólnotach neokatechumenalnych) nie może i nie powinien być usprawiedliwiany zaangażowaniem religijnym, bo – co warto zawsze powtarzać – „łaska buduje na naturze", a Kościół nie odrzuca tego, że także w trakcie sprawowania Eucharystii na jej uczestników działają naturalne czynniki, także wirusy, bakterie czy inne zjawiska naturalne. Eucharystia nie jest zjawiskiem magicznym, w którym uczestnictwo chroni przed chorobami cielesnymi, ale pokarmem na wieczność, który ma karmić nas w drodze do Nieba.

Opieka nad słabszymi, ochrona zagrożonych czy samarytański gest rezygnacji z własnych aspiracji dla dobra innych także znajduje uzasadnienie w Ewangeliach. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jest tego znakomitym przykładem. Tak się bowiem składa, że kapłan i lewita mijający ograbionego w drodze z Jerozolimy do Jerycha człowieka mają bardzo dobre, religijne powody, by go zignorować. Może już nie żyć, może zanieczyścić ich rytualnie i uniemożliwić im sprawowanie kultu. Samarytanin zaś, którego Jezus stawia za wzór, mimo owych religijnych obowiązków, zajmuje się chorym i pomaga mu. Chrześcijaństwo ten samarytański wymiar swojej misji traktuje niezmiernie poważnie i także w sytuacji pandemii nie może go ignorować. Realizacja własnych potrzeb religijnych kosztem zdrowia innych nie jest niczym szczególnie pobożnym.

Józefinizm wiecznie żywy

Przez wieki oba te stanowiska i rodzaje zaangażowań trwały w Kościele na wzór biblijnych sióstr Łazarza – Marty i Marii. Stanowiły one uzupełniający się obraz zaangażowania Kościoła – modlitewnego i charytatywnego. Jednak od czasów Oświecenia, a może nawet nieco wcześniej wewnątrz samego katolicyzmu pojawia się niezmiernie mocny element wyparcia znaczenia modlitwy i kontemplacji na rzecz zaangażowania świeckich. Monarchowie katoliccy w Austrii, o protestanckich władcach Prus nie wspominając, kasują zakony kontemplacyjne, zawężają możliwości ich działania, a rolę Kościoła ograniczają do zaspokajania potrzeb doczesnych społeczności: edukacji, opieki zdrowotnej, ewentualnie duszpasterstwa, którego celem ma być wychowanie posłusznych i zachowujących prawo obywateli.

To społeczne zaangażowanie zaowocowało powstaniem bardzo wielu zgromadzeń i towarzystw charytatywnych, które wytrwale budowały potęgę społeczną, medyczną i edukacyjną Kościoła. W wielu miejscach, tyle że już bez fundamentu, jakim dla owych zgromadzeń były wiara i Eucharystia, przetrwały one do chwili obecnej.

Już wtedy jednak, obok silnego nacisku na działalność społeczną, pojawiły się grupy, które kładły nacisk na reformę liturgiczną, lepsze przeżywanie Eucharystii, a także na życie kontemplacyjne. To właśnie w tak zdominowanym przez zaangażowanie społeczne wieku XIX kolejni papieże – między innymi dzięki zaangażowaniu polskich zmartwychwstańców – wprowadzali codzienną Komunię świętą dla ludzi świeckich, a także promowali jak najgłębsze jej przeżywanie.

Niestety, w laicyzującej się błyskawicznie przestrzeni społecznej tamtych czasów pozostało przekonanie o tym, że religia ma spełniać rolę społeczną, przygotowywać dobrych obywateli, inspirować „dobre uczynki", wspierać funkcje edukacyjne i charytatywne. Kłopot z takim myśleniem z perspektywy wiary jest tylko taki, że wszystkie te rzeczy chrześcijanie mogą i powinni robić, ale w efekcie głębokiej wiary, sprawowania Eucharystii, a nie jako swój główny cel. Tam, gdzie niknie Eucharystia, stopniowo niknie także zaangażowanie społeczne, które przekształca się tylko w działalność zacnych, ale świeckich (nawet jeśli noszących nazwy religijne) organizacji pozarządowych. I choć przed taką formą działalności religijnej wielokrotnie przestrzegał Benedykt XVI, to właśnie ona staje się głównym argumentem w rękach tych, którzy przekonują, że od Eucharystii ważniejsza jest troska o bliźnich. Tak nie jest, bo sprawowanie Eucharystii jest dla chrześcijan najważniejszym aktem tej troski.

Realnie obecny, realnie działający

Skąd tak mocny nacisk na liturgię? Odpowiedź jest oczywista: otóż z perspektywy katolickiej nic na ziemi nie jest ważniejsze od sprawowania Eucharystii. Msza święta nie jest jednym z wielu nabożeństw, nie jest po prostu modlitwą, którą wierni zanoszą do Boga, ale jest powtórzeniem i uobecnieniem Najświętszej Ofiary Jezusa Chrystusa. Uczestnicząc w mszy świętej, jak naucza Sobór Trydencki, „uobecniamy", stajemy wobec tajemnicy Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, uczestniczymy w nich za każdym razem, gdy jesteśmy na mszy świętej, to się dzieje dla nas w wieczności i historii jednocześnie. Nic innego, żadna forma modlitwy, żadne zaangażowanie religijne nie może się równać z mszą świętą. Eucharystia jest wciąż ponawianą ofiarą Paschy Jezusa.

Tak wierzą katolicy, choć oczywiście można przypomnieć, że spór o ofiarniczy charakter mszy świętej podzielił chrześcijan bardzo głęboko – był jednym z najważniejszych sporów czasów reformacji.

W efekcie dziś dominuje pogląd lansowany wówczas przez Ulricha Zwingliego, że obecność Krwi i Ciała Jezusa pod postacią chleba i wina jest jedynie symboliczna. Tak jednak, jeśli wierzy się po katolicku, nie jest. „...w życiodajnym sakramencie świętej Eucharystii, po dokonaniu konsekracji chleba i wina, obecny jest prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Pan nasz Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, pod postaciami tychże widzialnych rzeczy" – głosi Sobór Trydencki. „Cały i integralny Chrystus jest obecny pod postacią chleba i pod każdą jej cząstką; podobnie jak integralny jest pod postacią wina i jej cząstkami" – uzupełniają ojcowie Soboru Trydenckiego. Ta prosta prawda o realnej obecności Jezusa Chrystusa sprawia, że nie ma sakramentu ważniejszego niż Eucharystia. Pozostałe sakramenty, jak to ujmuje Sobór Trydencki, są bowiem „znakiem rzeczy świętej i widzialną formą niewidzialnej łaski", a w Eucharystii „obecny jest Sprawca świętości". Nie ma innego miejsca ani innej modlitwy, w których Jezus byłby w ten sposób obecny. Las, dom ani jakiekolwiek inne miejsce, wbrew temu, co się niekiedy powtarza, nie może zastąpić mszy świętej jako miejsce i czas modlitwy.

Od XIX wieku Kościół katolicki, po wielkim sporze z jansenistami, którzy przekonywali, że tylko nieliczni i bardzo rzadko – z powodu własnej niegodności – powinni przystępować do Komunii świętej, zaczął szczególnie mocno akcentować konieczność regularnego przystępowania do Eucharystii. Jezus ustanowił ją przecież jako pokarm, a to oznacza, że powinna być ona, jeśli to tylko jest możliwe, spożywana. „A gdy oni jedli, Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: «Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów" (Mt 26,26–28) – mówi Jezus do uczniów czasie Ostatniej Wieczerzy. Ogromny szacunek dla Najświętszego Sakramentu, obawa przed jego niegodnym przyjęciem, przez wieki sprawiała, że świeccy katolicy przyjmowali go raz w roku albo tylko po spowiedzi, ale decyzje bł. Piusa IX i św. Piusa X otworzyły drogę do codziennej Komunii świętej, a odnowa liturgiczna, i to na długo przed Soborem Watykańskim II, sprawiła, że dla bardzo wielu katolików Eucharystia stała się rzeczywiście codziennym pokarmem na wieczność.

Pokarm, a nie pobożny event

Jeśli jednak poważnie traktować określenie pokarm, to trzeba mieć świadomość, że Eucharystia powinna być spożywana, a nie tylko oglądana. Stąd Kościół jasno i zdecydowanie zawsze głosił, że msza święta za pośrednictwem mediów nie jest tym samym co uczestnictwo w niej realne. A wynika to z samej natury Eucharystii, która będąc uobecnieniem Najświętszej Ofiary, jest także powtórzeniem Ostatniej Wieczerzy, wieczerzy paschalnej, a ta jest... posiłkiem. Gdy ktoś jest głodny, to nie jest dla niego pociechą, że może obejrzeć sobie program kulinarny, bo to zdecydowanie nie jest to samo.

Choć Kościół od dawna udziela dyspensy osobom chorym, pozwalając im uczestniczyć w Eucharystii za pośrednictwem mediów i przypominając o możliwości przyjęcia Komunii duchowej, to równocześnie nie rezygnuje z tego, by przynajmniej raz w miesiącu (ale są parafie, gdzie dokonuje się to co tydzień) przynieść chorym i niepełnosprawnym Eucharystię do domu, mimo że mogą oni przecież przystępować do Komunii duchowo. Powód jest zaś niezmiernie prosty: nic nie zastępuje w życiu duchowym spotkania z realnym Jezusem pod postaciami chleba i wina.

Oczywiście, mogą istnieć sytuacje, gdy wierni nie mają do niej dostępu (tak było przez prawie dwieście pięćdziesiąt lat w Japonii, gdzie chrześcijanie przetrwali w podziemiu bez kapłanów), ale w normalnej sytuacji Eucharystia jest – dla wierzących katolików – koniecznością duchową.

Uświadamia to zresztą treść oświadczeń polskich biskupów, którzy wbrew temu, co sugerują media, w ogromnej większości wcale nie nakazali wiernym pozostania w domu, a udzielili im dyspensy. Dyspensa nie jest zaś zakazem uczestnictwa w liturgii, ale udzieloną na jakiś czas zgodą na to, by z ważnych powodów w niej nie uczestniczyć, pod warunkiem że będzie się uczestniczyć w mszy wirtualnie. Nikt poważny jednak nie twierdzi, że to jest to samo, i że jedno może zastąpić drugie, to byłaby bowiem kompletna protestantyzacja, by nie powiedzieć laicyzacja, chrześcijaństwa.

Pandemia może oczywiście być powodem do udzielenia takiej dyspensy, ale w niczym nie zmienia ona faktu, że to Eucharystia jest najważniejsza, i że dyspensy w Kościele udziela biskup, a nie wierny sam sobie. Nauczanie Kościoła jest bowiem jasne: nieobecność na niedzielnej mszy świętej jest grzechem, i to grzechem ciężkim.

Jak już wspomnieliśmy wyżej, nie brak miejsc, głównie poza Polską, gdzie biskupi wydali zakazy uczestnictwa w mszach, a nawet – jak na krótko w Rzymie – zamknęli świątynie przed wiernymi. Tego rodzaju decyzja wpisuje się w pewien nurt myślenia o katolicyzmie jako o pewnej tradycji, której pozostajemy wierni i troszczymy się o jej zachowanie, ale relatywizujemy, demitologizujemy jej treść.

Takie myślenie jest – jak się zdaje – nie do pogodzenia z tym, w co przez wieki wierzyli katolicy, z tym, czego nauczają Sobory Powszechne i z tym, za co umierali kapłani, którzy przez wieki, narażając własne życie, nieśli Eucharystię umierającym na dżumę, cholerę, czarną ospę i wiele innych chorób. Dziś również kapłani – choćby z diecezji Bergamo – ryzykując życie, idą służyć ludziom. Sześciu z nich już zmarło na Covid-19, zachowując wierność swojemu powołaniu. Kapłaństwo bez sprawowania Eucharystii, bez służby jej, przekształca się bowiem w jeden z wielu zawodów, który niczym istotnym nie różni się od innych.

Obecne spory o uczestnictwo w niedzielnej Eucharystii wpisują się w wielkie spory teologiczne i wbrew temu, co się niektórym wydaje, wcale nie zakończą się wraz z pandemią. W wielu diecezjach francuskich czy niemieckich, o Amazonii nie wspominając, już teraz Eucharystia nie jest sprawowana, bo brakuje kapłanów. Może się więc okazać, że tęsknota za Komunią świętą, którą część z wierzących odczuwa szczególnie mocno w ostatnich dniach, stanie się o wiele bardziej powszechna, niż sądzimy.

Jeśli jednak Kościół nie będzie wierny swojemu najważniejszemu zadaniu, jakim jest właśnie sprawowanie Eucharystii, może się to stać o wiele szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa. Tak się bowiem składa, że decyzja o tym, by żyć w celibacie, samotności i posłuszeństwie wobec przełożonych ma sens tylko wówczas, gdy służy się Jezusowi w Najświętszym Sakramencie, a nie wtedy, gdy ma się zostać urzędnikiem do spraw kultu czy działaczem społecznym i charytatywnym.

Obecne spory dotykają więc kwestii być albo nie być Kościoła. Warto o tym pamiętać, niezależnie od tego, czy w nadchodzącą niedzielę wybieramy się do świątyni, czy zamierzamy modlić się w domu, oglądając transmisję mszy.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA