Konflikt Polska-Izrael

Polska-Izrael: Szykujmy się na problemy

Spór o ustawę o IPN sprawił, iż podjęto decyzję o ochronie ambasady Izraela w Warszawie
Fotorzepa, Robert Gardziński
Myślę, że scenariusz odwołania ambasadora rozpatrywany jest w Izraelu na poważnie. Tel Awiw może jednak wstrzymać się z tą decyzją do orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego – mówi Łukaszowi Lubańskiemu historyk dyplomacji Janusz Sibora.

Izraelscy politycy w swej krytyce Polski posuwają się coraz dalej. Prezydent Andrzej Duda złożył podpis pod nowelizacją ustawy o IPN. Można się obawiać, że premier Beniamin Netanjahu w końcu pochyli się nad apelami o odwołanie z Polski izraelskiej ambasador.

Dr Janusz Sibora: Gdyby tak się stało, świadczyłoby to o zdecydowanym obniżeniu rangi naszych relacji z Izraelem. Takie apele traktujmy na razie jako balon próbny, ale sprawa nie jest błaha, bo o odwołanie Anny Azari apeluje choćby Israel Katz, minister transportu i wywiadu, czy Cippi Liwni, była szefowa MSZ. Wspomniała ona, że doszło „do niedopuszczalnego, podwójnego splunięcia Izraelowi w twarz, zarówno ze strony narodu polskiego, jak i premiera”. I wzywała do „ujawnienia dowodów o udziale Polaków w Holokauście”. Musimy być uważni, bo za chwilę pojawi się cała fala takich wypowiedzi…

 

Ale czy rzeczywiście odwołanie ambasadora jest realne?

Myślę, że scenariusz odwołania ambasadora rozpatrywany jest w Izraelu na poważnie. Tel Awiw może jednak wstrzymać się z tą decyzją do orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Dyplomacja polega na rozwadze, spokoju i unikaniu pochopnych posunięć. Henry Kissinger mawiał, że „wymaga głębokiego oddechu i szerokich horyzontów”. Jak sądzę, działania strony izraelskiej będą podejmowanie z wielką roztropnością.

W przeszłości zdarzały się takie przypadki?

Prześledziłem, kiedy ostatnio Izrael odwołał swojego ambasadora. I tak, ze względów bezpieczeństwa przez osiem miesięcy nie było ambasadora tego państwa w Egipcie. Do tego w czerwcu ubiegłego roku po półrocznej nieobecności ambasador Izraela wrócił do Nowej Zelandii. Jego odwołanie w grudniu 2016 r. było reakcją na głosowanie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Chodziło o to, że Nowa Zelandia, Malezja, Wenezuela i Senegal głosowały przeciwko Izraelowi, potępiając jego aktywność osadniczą. Z podobną reakcją spotkała się Szwecja, gdy oficjalnie uznała Palestynę. Tak więc jeżeli spotkało to Szwecję i Nową Zelandię, to również my nie możemy wykluczyć takiego scenariusza. A na pewno musimy być na to przygotowani.

Wojewoda mazowiecki Zdzisław Sipiera kilka dni temu wydał zakaz poruszania się przy Ambasadzie Izraela w Warszawie, blokując tym samym manifestację narodowców. Słusznie?

W mojej ocenie niesłusznie. Konwencja wiedeńska o stosunkach dyplomatycznych z 1961 r. mówi, że państwo przyjmujące musi zapewnić bezpieczeństwo placówki. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że decyzja o zamknięciu dostępu do ambasady stanowi proste wykonanie zaleceń konwencji. Zresztą, jak wiemy, nastąpiło to na prośbę Izraela. Niby dobrze, ale trzeba wyważyć to, co mówi konwencja wiedeńska. Zapewnienie bezpieczeństwa placówce dyplomatycznej nie powinno kolidować z dwoma ważnymi prawami obywatelskimi, takimi jak prawo do zgromadzeń i prawo do wolności słowa. Czyli policja powinna zabezpieczyć placówkę w sposób, który nie godziłby w te prawa.

I pozwolić na demonstrację pod ambasadą, by skończyło się jak kiedyś z Ambasadą Estonii w Moskwie?

Kryzys dyplomatyczny z przełomu kwietnia i maja 2007 r. między Rosją i Estonią rozpoczął się od demontażu w Tallinnie pomnika żołnierza Armii Czerwonej. W odpowiedzi rosyjskie młodzieżówki protestowały pod budynkiem Ambasady Estonii w Moskwie. Doszło do tego, że cztery osoby wdarły się na teren placówki i spaliły flagę Estonii. Przez kilka dni pod ambasadą hałasowano, puszczano głośno muzykę, nie pozwalano urzędnikom wejść do budynku. Nie zapominajmy jednak, że to wszystko było oczywiście politycznie sterowane. Zarzucono wówczas Rosji, że nie wypełniła zobowiązań związanych z ochroną placówki.

A strona polska je wypełniła... Na Zachodzie również zamyka się czasem obszar wokół ambasad.

To prawda. Po zamachach w Wielkiej Brytanii widziałem jedną z brytyjskich ambasad, przed którą wbudowano specjalne zapory wysuwające się z ziemi. Dostęp do ambasad ograniczono również podczas wizyty Baracka Obamy w Berlinie. Przez kilka godzin nie można było wejść i wyjść z ambasad Francji i Węgier. Sam stałem wtedy przed Ambasadą Francji, w uliczce, z której nie można było się wydostać.

Wróćmy do blokady placówki w Warszawie.

Niełatwo pogodzić konwencję wiedeńską z prawami obywatelskimi, gwarantowanymi przez Konstytucję Rzeczypospolitej. Podam przykład z zagranicy. W Londynie na początku lat 80. XX w. przed przedstawicielstwem Republiki Południowej Afryki regularnie zbierali się przeciwnicy apartheidu. Trwało to może dwa lata, aż w końcu policja, jak się później okazało, bez konsultacji z resortem spraw zagranicznych, nakazała rozejść się demonstrantom, a niektórych z nich aresztowała. Sprawa trafiła na drogę sądową. Podczas procesu okazało się, że policja nie miała prawa w taki sposób zareagować. Tak więc jest to delikatna kwestia. Warto dodać, że w polskiej historii mieliśmy już tego typu problemy dyplomatyczne.

Kiedy?

Dziś mało kto pamięta, że w 1918 r. pierwszym dyplomatą, który trafił jako przedstawiciel swojego rządu – w tym przypadku niemieckiego – do niepodległej Polski, był hrabia Harry Kessler. Ten sam, który eskortował Józefa Piłsudskiego z Magdeburga do Warszawy. Przyjechał do Polski razem z 30 urzędnikami 19 listopada 1918 r. Chodziło o 300-400 tys. wracających z frontu wschodniego żołnierzy niemieckich. I to nam zależało na dyplomatycznym rozwiązaniu tego problemu, bo chcieliśmy, by wracali oni przez Prusy Wschodnie zamiast przez Polskę – by nie grabili napotkanych na swej drodze miast. Poza tym chodziło także o interesy, mianowicie zakup broni od Niemców – była to tajna sprawa, nigdy jej do końca nie wyjaśniono. Kessler początkowo zamieszkał w hotelu Bristol, bo nikt nie chciał mu wynająć budynku na siedzibę. A gdy już się to udało, endecja wykorzystała niewiedzę obywateli o tajnych interesach z Niemcami i zorganizowała pod niemiecką placówką dyplomatyczną manifestację, wybijając w budynku szyby.

A wracając do bieżącego kryzysu, jak pan ocenia postawę polskiej dyplomacji?

Zapominamy nieco o umiędzynarodowieniu polsko-izraelskiego kryzysu dyplomatycznego. Zobaczmy choćby, jaki prezent otrzymał podczas swej wizyty w Moskwie premier Netanjahu – oryginalny list Schindlera do żony... Jak tego nie rozpatrywać w kontekście rozgrywania sporu Tel Awiwu z Warszawą? Warto wspomnieć też o kilku błędach, jakie w ostatnich dniach popełnili Mateusz Morawiecki i prezydencki minister Krzysztof Szczerski, który nieopatrznie zdradził szczegóły kuchni dyplomatycznej. On po prostu zbyt wiele mówi. Ujawnił trudność obecnego położenia Polski. Opowiedział o wielu szczegółach negocjacji, m.in. że codziennie „wisi” na słuchawce z Wessem Mitchellem, asystentem sekretarza stanu USA ds. europejskich. My, maluczcy, nie powinniśmy aż tyle się dowiadywać. Co prawda jako obserwator kuchni dyplomatycznej bardzo go za to lubię, ale te szczegóły powinny ujrzeć światło dzienne po latach, a nie dziś, od razu…

A premier Morawiecki?

Nie jestem zadowolony z tonu, jaki przyjął podczas swojej słynnej konferencji. Z jego ust padła krytyka pod adresem Austrii, która – jak mówił premier – ma tylko jeden pomnik zagłady – w Mauthausen, i Niemiec, za to, że część obozu w Dachau została przeznaczona na obóz dla uchodźców. Tymczasem w dyplomacji nie jest dobrze odbierane, gdy premier krytykuje inne państwa. Należało to zostawić urzędnikom niższego szczebla, niekoniecznie ministrowi spraw zagranicznych. W takich sytuacjach dyplomacja posługuje się sekretarzami stanu, szefami komisji czy jakimiś naukowcami. A nawiązując jeszcze do Dachau, to w trakcie przedostatniej kampanii wyborczej poważną wpadkę zaliczyła również kanclerz Angela Merkel. Otóż niemieccy kanclerze i prezydenci unikają wizyt w obozach koncentracyjnych na terenie Niemiec. Tymczasem pani kanclerz odbyła taką wizytę, złożyła nawet w obozie wieniec, ale… zaraz potem, w ramach kampanii, pojechała do namiotu piwnego nieopodal Dachau. Po tej wpadce zestawiano w mediach dwa zdjęcia: obóz koncentracyjny i picie piwa. Bardzo źle to wybrzmiało.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL