fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Michał Szułdrzyński: Potrzeba nam dojrzałości

Flaga Unii Europejskiej
Fotorzepa/ Piotr Guzik
Polacy postrzegają członkostwo w strukturach europejskich jako kwestię godności. A politycy wykorzystują to, grając na narodowych kompleksach.

Sondaż IBRiS przeprowadzony dla „Rzeczpospolitej" to kolejne badanie pokazujące, że Polacy w sprawach unijnych to hardy naród: cenią sobie wolność i narodową dumę. Otwarte granice i możliwość uczenia się za granicą to dwie z trzech największych korzyści członkostwa w Unii. Z kolei największe wady to nierówne traktowanie krajów i możliwość narzucania prawa UE państwom członkowskim. Jeśli przypomnimy sobie wynik badania z ubiegłego tygodnia, w którym 60 proc. ankietowanych nie podobała się sytuacja, w której to rządy innych krajów decydują o tym, czy Polska jest krajem praworządnym czy też nie, widzimy, jak cenne jest dla nas poczucie godności.

Czytaj także:

Sondaż: Polacy widzą w UE coraz więcej plusów

Sondaż: Główny minus UE to "nierówne traktowanie krajów"

Co dała Polakom obecność w Unii Europejskiej

Gowin leci do Brukseli rozmawiać o Funduszu Odbudowy

Można by więc postawić tezę, że na obecność w UE Polacy patrzą nie tylko jak na interes (owszem, ważne są transfery finansowe), ale też jako sprawę prestiżu. Uważamy, że miejsce w Europie nam się należy (dlatego ponad 80 proc. jest zwolennikiem pozostania w Unii Europejskiej), ale nie tylko z powodów materialnych, lecz też jako akt dziejowej sprawiedliwości. Postrzegamy więc członkostwo w strukturach europejskich jako kwestię narodowej godności.

Paradoksalnie obie strony politycznego sporu na tej godności właśnie grają. I PiS, mówiąc, że nie pozwala nam ona przyjąć „dyktatu” Brukseli, ale i opozycja, mówiąc, że jak zawetujemy budżet, to inni się na nas obrażą i nasze poczucie godności ucierpi. Te dwie godnościowe strategie przypominają trochę rywalizację na szkolnym boisku. Rządzący PiS zdaje się twierdzić, że jeśli chcesz, by inni cię szanowali, to musisz pięściami wywalczyć sobie pozycję. A jak pozwolisz, by tobą gardzili, pretensje możesz mieć tylko do siebie, że na to pozwoliłeś. Z kolei opozycja przypomina słabszego kolegę, który później dołączył do klasy i teraz stara się, by wszyscy go lubili, mieć najlepsze stopnie, wtedy wszyscy go będą szanować i traktować jako równego sobie.

Obie te strategie wynikają – przykro to powiedzieć – z narodowych kompleksów. Zarówno ci, którzy twierdzą, że musimy być grzecznym prymusem Europy Środkowej, a wówczas wielkie potęgi uznają nas za dobrych Europejczyków, jak i ci, którzy uważają, że za równych nas uznają dopiero wtedy, gdy pokażemy, że jesteśmy w stanie wywrócić stolik gry do góry nogami, grają na kompleksie niższości. Ktoś, kto go nie ma, nie musi cały czas udowadniać, że inni patrzą na niego z góry, że uderzają w jego suwerenność albo że uznają go za gorszego kuzyna ze wschodu.

I chyba właśnie dlatego dyskusja o Unii, podobnie jak ta o wetowaniu budżetu, jest tak histeryczna. To dlatego obóz władzy odmienia przez wszystkie przypadki słowo „suwerenność", bo się boi, że na końcu wyjdzie Zbigniew Ziobro czy Krzysztof Bosak i oskarży rząd o zdradę idei niepodległości. Nie ma więc dyskusji o tym, co naprawdę chcemy osiągnąć. Z tego samego powodu opozycja również ucieka się do histerycznych emocji, mówiąc, że weto to koniec świata, kompromitacja, że – by zacytować jedną z posłanek opozycji – warunki stawiać to może bogata Holandia, ale nie jakaś tam biedna Polska.

Dopóki nie wyleczymy się z narodowych kompleksów, będziemy udawali hardych, dając się rozgrywać jak dzieci. Ale do tej zmiany potrzebna jest dojrzałość. Dojrzałe społeczeństwo będzie jednak bardziej wymagające niż politycy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA