fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Szułdrzyński: Wyborcy rozliczą grę miliardami

Adobe stock
Spór o ratyfikację zasobów własnych UE, niezbędnych dla uruchomienia europejskiego Funduszu Odbudowy, doskonale pokazuje, kto jaką grę prowadzi dziś w polskiej polityce.

Niekiedy zupełnie nieoczekiwane i zaskakujące stanowiska w tej sprawie dobrze pokazują, jak liderzy poszczególnych ugrupowań rozumieją swoje interesy i w jaki sposób chcą się komunikować z własnym elektoratem. Spoistość z innymi własnymi poglądami nie ma tu szczególnego znaczenia, nawet jeśli są to poglądy dotyczące integracji europejskiej.

Choć Prawo i Sprawiedliwość generalnie w sprawie dalszych losów integracji ma znacznie bardziej sceptyczne stanowisko niż europejski mainstream, przechodzi do porządku dziennego nad faktem, że uruchomienie funduszu ratunkowego poprzez uwspólnotowienie długu oznacza zacieśnienie integracji i krok ku federalizacji. Niemniej liczy, że Polacy są zwolennikami Unii, a szczególnie unijnych funduszy. PiS się więc spodziewa, że już w tym roku przypłynie z samego Fundusz Odbudowy 45 mld złotych, a w 2022 r. będzie to już niemal 140 mld zł. Jak zauważył publicysta Piotr Zaremba, PiS liczy, że fala unijnych pieniędzy sprawi, iż za rok czy dwa nikt – z wyjątkiem skrajnej prawicy – nie będzie stawiał pytań o suwerenność czy niepodległość. Biorąc pod uwagę to, że dziś badania pokazują, iż głównym zmartwieniem Polaków jest pandemia, PiS przewiduje, że jeśli wszystkie siły rzuci na akcję szczepień (dość wspomnieć iście potiomkinowskie akcje majówkowych szczepień w dużych miastach), to zbierze pierwszą premię za powrót do normalności, a potem drugą, kiedy już gospodarka odczuje miliardy z Funduszu Odbudowy oraz z kolejnego unijnego budżetu.

I tego właśnie obawia się Platforma Obywatelska. Stąd uważa kompletnie wbrew własnemu stosunkowi do integracji powodzenie Krajowego Planu Odbudowy za największe zagrożenie dla szansy na przejęcie władzy przez opozycję. Jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że jeszcze kilka tygodni temu politycy liberalnej opozycji byli pewni, iż będą w stanie głosowaniem nad zasobami własnymi wysadzić w powietrze rząd Mateusza Morawieckiego i powołać rząd techniczny, przeprowadzając przyspieszone wybory, to zrozumiemy głęboką frustrację polityków PO. Stąd nie powinny dziwić takie wolty jak sobotnie wystąpienie Borysa Budki, który uderzył w tony suwerenistyczne, oburzając się, że polski Sejm nie będzie miał wystarczających narzędzi do tego, by kontrolować przepływ unijnych pieniędzy, a całą władzę w tej sprawie będą miały rząd i Bruksela. Paradoksalnie rozmowy Lewicy z PiS dały Budce trochę tlenu, by móc przekonywać twardy elektorat, że wszyscy zdradzili, poszli na układy z PiS i że jedyną siłą, która dziś sprzeciwia się „dyktatorskim" zapędom Jarosława Kaczyńskiego, jest właśnie PO.

Swoją grę prowadzi też lewica. Jej liderzy uznali, że nadszedł doskonały moment, by odróżnić się od Platformy i poważniej postawić na politykę socjalną. Przyjęcie przez rząd warunków Lewicy pozwala jej otrąbić sukces, że mimo pozostawania w opozycji i krytykowania w wielu sprawach rządu jest w stanie pokazać sprawczość i zmusić rząd do realizacji lewicowych postulatów. Lewica chce wysłać sygnał wyborcom znużonym rządami PiS, ale też niechętnie patrzącym na to, że opozycja kojarzy się od razu z liberałami z PO.

Podobną grę prowadzi Szymon Hołownia. Licząc, że Polacy są zmęczeni bipolaryzacją polityczną i chcieliby zmiany, nie ustaje w krytyce PiS, ale równocześnie deklaruje, że sprawa Funduszu Odbudowy to nie bieżąca kwestia partyjna, ale decyzja na wiele pokoleń. Zarówno Hołownia, jak i Lewica liczą, że wyborcy opozycji bardziej myślą o przyszłości, niż nienawidzą PiS, i dlatego nie wybaczą opozycji głosowania przeciw Funduszowi Odbudowy.

O swoją niszę walczy również Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry. SP liczy, że część wyborców prawicy potraktowała dotychczasową krytyczną wobec Brukseli retorykę rządu poważnie i uzna, że nie da się sprzedać suwerenności za euro. Stąd Ziobrze nie opłaca się iść na żadne ustępstwa i ryzykując kolejne konflikty w koalicji zagłosować przeciw ratyfikacji, a potem powiedzieć, „a nie mówiłem", gdy dojdzie do kolejnego konfliktu na linii Warszawa–Bruksela lub gdy na agendzie pojawi się jakiś temat ideologiczny.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA