fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Haszczyński: Kilka lat do następnej wojny

AFP
Dawno tylu przywódców nie odetchnęło z ulgą, tak jak teraz na wieść o zawieszeniu broni między Izraelem a Hamasem po 11 dniach konfliktu na małym skrawku Bliskiego Wschodu. Z naiwnością dziecka powiedzmy: oby broń wisiała bezużytecznie jak najdłużej.

O tym konflikcie nie mówi się „wojna”. Nie doszło do interwencji armii lądowej. Ograniczył się do wystrzeliwania rakiet z jednej strony oraz ataków lotniczych i artyleryjskich z drugiej. Zginęło ćwierć tysiąca ludzi, w tym dzieci. To tragedia, a tragedię trudno porównywać z innymi, zwłaszcza na świeżo. Jednak przypomnę: w poprzednich konfliktach między Izraelem a Hamasem, wojnach na przełomie 2008/2009 roku i w 2014 roku, ofiar śmiertelnych było kilka tysięcy. Są i inne wojny. W innych miejscach. 

To jednak ten konflikt stał się najważniejszą międzynarodową próbą dla nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidena. Wyzwolił nieznane od dawna emocje w mediach społecznościowych na całym świecie, doprowadził do wirtualnych starć. Jedni walczyli z terrorystami, inni z okupantami. Jedni wywieszali flagi palestyńskie, inni izraelskie. Deklaracje poparcia dla którejś ze stron składało też wielu polityków z czasem z bardzo odległych od Jerozolimy i Gazy krajów.

Z każdą godziną przestrzeganego zawieszenia broni zainteresowanie problemem izraelsko-palestyńskim będzie na świecie malało. Ale on istnieje od dekad. I nie zniknie - ma w sobie wybuchowe elementy religijne, etniczne, cywilizacyjne, ekonomiczne i jest zanurzony w wielkiej polityce. Trochę o tym mówi szybki przebieg wydarzeń, który doprowadził do izraelskiej operacji wojskowej w Gazie. Najpierw była próba eksmisji rodzin palestyńskich ze wschodniej Jerozolimy, a w jej tle budowa kolejnych osiedli żydowskich na terenach okupowanych. Potem zamieszki i prowokacje palestyńskie w starej części Jerozolimy. Doprowadziły do interwencji Izraelczyków w meczecie Al-Aksa. Na to Hamas, mianując się przy okazji obrońcą tego świętego dla muzułmanów miejsca, zaczął masowo odpalać rakiety ze strefy Gazy w kierunku Izraela. Izrael odpowiedział nalotami, biorąc na cel infrastrukturę terrorystyczną (przede wszystkim wyrzutnie rakiet) oraz dowódców wojskowych.

Razem trwało to dwa tygodnie. Teraz obie strony uważają, że odniosły sukces. To, że Izrael poradził sobie militarnie, nikogo nie zaskakuje, ale trzeba podkreślić, że osiągnął to bez wkraczania do Gazy. Świętowanie zwycięstwa przez Hamas może się wydawać dziwne - biorąc pod uwagę zniszczone budynki, których setki zdjęć ostatnio widzieliśmy, oraz stratę dowódców. Hamas wygrał jednak walkę o dusze Palestyńczyków, także na Zachodnim Brzegu Jordanu, gdzie rządzą jego palestyńscy przeciwnicy polityczni. Jeżeli dojdzie do wyborów, a miały się, po wielu latach, odbyć właśnie w tym roku, zapewne je wygra i tam.

Bez wątpienia sukces odniósł Egipt. To dzięki jego wysiłkom doszło do zawieszenia broni. Wysłannicy egipskiego wywiadu od zeszłego tygodnia kursowali między Gazą a Izraelem. Wysiłki doceniono - do przywódcy Egiptu Abd al-Fataha Sisiego zadzwonił wreszcie prezydent Joe Biden.

Pytanie, co dalej? Czy za kilka lat następny konflikt zbrojny, nowa wojna z wkraczaniem Izraelczyków do Gazy, gdy siły nabiorą nowi dowódcy wojskowi Hamasu, wyposażeni w nowe, lepsze rakiety? 

Zwolennicy podjęcia negocjacji o długofalowym znaczeniu stanowią raczej mniejszość. Czy jest bowiem sens z rozmawiać ze śmiertelnym wrogiem? 

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA