fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Artur Bartkiewicz: Wirus a zmiany klimatu: Zapalenie płuc groźniejsze niż kataklizm?

stock.adobe.com/AFP
Epidemia koronawirusa w Chinach, którego śmiertelność nie jest jak dotąd wyższa niż śmiertelność zwykłego wirusa grypy i którym w liczącym ok. 1,5 mld mieszkańców kraju zaraziło się jak dotąd ok. 6 tysięcy osób wywołuje gwałtowne reakcje władz, które spotykają się ze zrozumieniem światowej opinii publicznej. W tym samym czasie nad zmianami klimatycznymi, które zagrażają setkom milionów ludzi, wielu przechodzi do porządku dziennego.
Kilka miesięcy temu Reuters w reportażu z Indii opisywał historię 9-letniego Sakshiego Garuda i jego 10-letniego kolegi, Siddhartha Dhagego, którzy codziennie po szkole jeżdżą do oddalonego o 14 km miasta, by przywieźć wodę dla swoich rodzin. Powód? Zmiany klimatyczne i będąca ich wynikiem susza, która nawiedza ich wioskę. Rok wcześniej indyjski rządowy think tank Niti Aayog alarmował, że w krótkim czasie aż 600 mln mieszkańców Indii może mieć już wkrótce problem z dostępem do wody.
I co? I nic. Kraje Pacyfiku ślą do świata apele, że wkrótce całe narody będą musiały opuścić wyspy, które zaleje ocean. Australię, a także lasy w Amazonii, Boliwii i Afryce trawią pożary na ogromną skalę. W Kapsztadzie – drugim co do wielkości mieście RPA niedawno przez pół roku zastanawiano się, czy miastu zabraknie wody i apelowano, by mieszkańcy przestali brać regularne prysznice. Naukowcy szacują, że temperatura światowych oceanów rośnie w takim tempie, jakbyśmy zrzucali co sekundę do wody cztery bomby atomowe o sile bomby zrzuconej na Hiroszimę w 1945 roku. W górach znikają lodowce. Informacje te przemykają przez media jako ciekawostki – a czas ich medialnego życia nie przekracza zazwyczaj kilku godzin. Los 9-latka z Indii, który narzeka, że nie ma czasu się bawić, bo musi codziennie jeździć 14 km po wodę to za mało, by przyciągnąć uwagę opinii publicznej na dłużej – a już na pewno za mało, byśmy mieli, nie daj Boże, narazić się na spadek PKB np. w wyniku intensywniejszych działań na rzecz dekarbonizacji. Gospodarka, głupcy!
Ale gdy w dalekim Wuhan pojawił się koronawirus, który doprowadził jak dotąd do śmierci co setnego chorego, nagle wszyscy są gotowi na najdalej idące poświęcenia, by tylko powstrzymać jego rozprzestrzenianie się. Linie lotnicze odwołują loty do Chin, całe miasta są obejmowane blokadami, odwoływane są imprezy sportowe, państwa zaczynają oddzielać się od Chin – i nagle nikt nie sugeruje, że jednak wzrost PKB jest ważniejszy, niż uchronienie się przed zapaleniem płuc wywołanym przez koronawirus 2019-nCoV. Mało tego – niektórzy chcą jeszcze więcej i jeszcze intensywniej. W Korei Południowej 500 tys. obywateli podpisało petycję, w której domagają się zamknięcia granicy z Chinami. Nagle wszyscy uznają, że przetrwanie warte jest pewnych wyrzeczeń.
Oczywiście mechanizm stojący za taką reakcją jest zrozumiały. Zagrożenie koronawirusem jest nagłe, jest tu i teraz, wirus może pojawić się w Polsce i w każdym innym kraju świata w ciągu najbliższych dni. Czujemy jego oddech na plecach. Ale nadal mówimy o chorobie, która w skutkach przypomina grypę. Jest groźna – i dobrze, że jej nie ignorujemy. Ale czy znacznie groźniejsze nie są procesy, które mogą sprawić, że całe narody będą musiały opuścić swoje znikające pod powierzchnią oceanu ojczyzny? Zmiany, które sprawiają, że setkom milionów osób zacznie brakować wody?
- Nie lubię jeździć po wodę, ale nie mam wyboru – mówi we wspomnianym wcześniej reportażu 9-latek. Dobrze byłoby gdybyśmy, gdy już uporamy się z wirusem, potrafili zdobyć się na pewne wyrzeczenia, żeby zrobić coś również dla niego.   
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA