Ale gdy w dalekim Wuhan pojawił się koronawirus, który doprowadził jak dotąd do śmierci co setnego chorego, nagle wszyscy są gotowi na najdalej idące poświęcenia, by tylko powstrzymać jego rozprzestrzenianie się. Linie lotnicze odwołują loty do Chin, całe miasta są obejmowane blokadami, odwoływane są imprezy sportowe, państwa zaczynają oddzielać się od Chin – i nagle nikt nie sugeruje, że jednak wzrost PKB jest ważniejszy, niż uchronienie się przed zapaleniem płuc wywołanym przez koronawirus 2019-nCoV. Mało tego – niektórzy chcą jeszcze więcej i jeszcze intensywniej. W Korei Południowej 500 tys. obywateli podpisało petycję, w której domagają się zamknięcia granicy z Chinami. Nagle wszyscy uznają, że przetrwanie warte jest pewnych wyrzeczeń.
Oczywiście mechanizm stojący za taką reakcją jest zrozumiały. Zagrożenie koronawirusem jest nagłe, jest tu i teraz, wirus może pojawić się w Polsce i w każdym innym kraju świata w ciągu najbliższych dni. Czujemy jego oddech na plecach. Ale nadal mówimy o chorobie, która w skutkach przypomina grypę. Jest groźna – i dobrze, że jej nie ignorujemy. Ale czy znacznie groźniejsze nie są procesy, które mogą sprawić, że całe narody będą musiały opuścić swoje znikające pod powierzchnią oceanu ojczyzny? Zmiany, które sprawiają, że setkom milionów osób zacznie brakować wody?