fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Artur Bartkiewicz: PiS gra o wszystko: Wyciąga rękę do klasy średniej

Twitter/Prawo i Sprawiedliwość
Jarosław Kaczyński w swoim przemówieniu w Katowicach ani razu nie wymienił nazwy żadnej opozycyjnej partii. Opozycja pojawiła się w przemówieniu tylko raz – jako mgliste „zło, którego ofensywę trzeba powstrzymać”. To sygnał, że PIS przestaje traktować opozycję jako – negatywny – punkt odniesienia. Teraz PiS zaczyna się ścigać sam ze sobą – a celem tego wyścigu jest prawdopodobnie większość konstytucyjna.

Przemówienia Kaczyńskiego zazwyczaj są wezwaniami do walki. PiS jest w nich twierdzą dobra oblężoną przez rozmaite siły zła, które trzeba dokładnie wskazać, zidentyfikować, opisać i potępić. To zazwyczaj przemówienia mobilizujące twardy elektorat Prawa i Sprawiedliwości, mające przypomnieć, że walka wciąż trwa i trzeba zachowywać czujność. To przemówienia bardziej do PiS-owskiej bazy, niż nadbudowy.

Czytaj także: 

Jarosław Kaczyński: Musimy pozostać wyspą wolności. Polska nią jest

Zbigniew Ziobro: Nie możemy pozwolić na seksualizację dzieci

Jarosław Gowin: Chcemy zawalczyć o wielkie miasta

Ale przemówienie w Katowicach było zupełnie inne – i to bardzo zły sygnał dla opozycji. Opozycji, która gdzieś tam majaczy próbując podjąć, jak mówił prezes PiS, „ofensywę sił zła”, ale w istocie nie odgrywa już ważnej roli.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Kaczyński podobne przemówienie mógłby wygłosić równie dobrze po wygranych wyborach, a nie na trzy miesiące przed nimi. Bo prezes PiS skupił się w nim na planach na kolejne kadencje, tak jakby były one czymś oczywistym. I nie chodziło tylko o perspektywę czterech lat, bo w pewnym momencie Kaczyński mówił, że plany trzeba snuć w dużo dłuższej perspektywie. Trudno nie odebrać tego jako dowód dużej pewności siebie.

Warto jednak również wsłuchać się w te plany – bo ich adresatem, bodaj po raz pierwszy w aż takim zakresie, była klasa średnia. Nie było kolejnych piątek, programów z plusem, kolejnych świadczeń, które – cytując klasyka – „się po prostu należą”. Było za to dużo o inwestycjach, uwalnianiu zasobów tkwiących w nowych technologiach, a także zasobów finansowych, które – jak wynikało ze słów prezesa – są, tylko należy się po nie schylić. Było też o „stabilizacji i spokoju”. Trudno nie odebrać tego jako wyciągnięcie gałązki oliwnej do klasy średniej: wiemy, że nas nie lubicie, ale może się jakoś dogadamy, nie jesteśmy tacy straszni.

A jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości co do intencji prezesa PiS, to musiało je rozwiać przemówienie wicepremiera Jarosława Gowina. On mówił już otwarcie o tym, że po skupieniu się na programach społecznych, nadchodzi czas inwestycji. I że celem jest powalczenie o rząd dusz klasy średniej, która „musi zrozumieć, że program PiS jest dobry dla Polski”, bo w większości „nie tworzą jej ludzie złej woli”. To już wygłoszony wprost apel: zakopmy topór wojenny, wygramy kolejne wybory, więc może nauczymy się żyć razem.

Wszystko wskazuje na to, że PiS czuje się dziś tak jak Tusk przed kilkoma laty: nie ma z kim przegrać, więc teraz ściga się sam ze sobą sprawdzając jak dużo może wygrać. Gra toczy się więc o najwyższą stawkę: większość konstytucyjną. I PiS jest w tej grze w ofensywie, bo gdy Kaczyński kreśli wizje Polski na długie lata opozycja wciąż nie wie w jakim kształcie i pod jakimi szyldami pójdzie do wyborów. Powiedzieć, że została w blokach to nic nie powiedzieć.

Na dziś pytanie nie brzmi, czy PiS wygra wybory. Pytanie brzmi: jak bardzo wygra.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA