fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Michał Szułdrzyński: Strajk nauczycieli niczym bananowy protest

Fotorzepa/ Jakub Mikulski
Na krótką metę to PiS jest zwycięzcą strajku nauczycieli i wiele wskazuje na to, że – jeśli opozycja nie znajdzie jakiegoś nowego Świętego Graala – dojedzie na tym zwycięstwie do wyborów europejskich.

41 proc. ankietowanych jest zdania, że na strajku wygrał rząd, 44 proc. uważa, że wygrał PiS. Dla porównania o tym, że na strajku wygrali uczniowie, przekonanych jest 16 proc. Pytani, kto na strajku stracił, Polacy również nie mają wątpliwości. W kolejności stracili uczniowie, nauczycielskie związki, rodzice i opozycja. Jeśli do tego dodamy jeszcze przekonanie Polaków, że sytuacja nauczycieli się pogorszyła, widzimy rozmiar zniszczeń, do których doprowadził protest.

Zwycięstwo obozu rządzącego jest oczywiście iluzoryczne. Za sytuację w edukacji odpowiada państwo, teraz zaś rząd będzie próbował reformować szkolnictwo, mając przeciw sobie armię sfrustrowanych i upokorzonych nauczycieli. Kilkaset tysięcy osób pracujących w szkołach – a także zapewne ich rodziny – to osoby, które PiS może już zaliczać do swoich wrogów, które nie tylko powrócą do strajku jesienią, ale też w październiku wystawią PiS słony rachunek. Na krótką metę jednak to PiS jest zwycięzcą tego protestu i wiele wskazuje na to, że – jeśli opozycja nie znajdzie jakiegoś nowego Świętego Graala – dojedzie na tym zwycięstwie do wyborów europejskich.

Opozycja znalazła się w sytuacji patowej. Jeśli Donald Tusk nie wystrzeli w piątek z jakąś petardą, jeśli nie wybuchnie jakaś afera, która nagle doprowadzi do spadku zaufania do PiS, jeśli wreszcie po majówce nie dojdzie do resetu w kampanii wyborczej, trudno będzie przeciwnikom rządu zmobilizować swoich wyborców.

Na pewno nie przybliży ich do tego celu udział kandydatów Koalicji Europejskiej w bananowym proteście. Popełniono bowiem przy jego okazji wszystkie grzechy, jakie popełnia od czterech lat opozycja. Po pierwsze, akcja ta – w zamiarze ośmieszająca cenzorskie zapędy PiS – ośmieszała też rykoszetem jej uczestników. Nobliwe starsze panie z bananem w ustach, solidaryzujące się z artystką, która nie kryła w swym happeningu aluzji do seksu oralnego, wyglądały po prostu idiotycznie. Lewicowo-liberalna elita, na co dzień walcząca z seksizmem, z zapałem godnym lepszej sprawy broniła fotografii, która przedstawia uprzedmiotowienie kobiety.

Po drugie, protest ten zdominował samozachwyt. Ze wszystkich bananowych selfie tryskało przekonanie o własnej wyższości, lepszości i fajności, które doskonale znamy z marszów i wieców organizowanych przez KOD. Jako terapia dla sfrustrowanych rządami PiS przeciwników Jarosława Kaczyńskiego być może jest to skuteczne, jako narzędzie przekonywania wyborców prawicy – wręcz przeciwnie.

W efekcie, po trzecie, samozadowolenie bananowego protestu było tak wielkie, że jego uczestnicy uwierzyli, że to oni przywrócili zdjęcia na wystawę w Muzeum Narodowym. Podejrzewam jednak, że szef MN niespecjalnie się przejął akcją celebrytów, a jeśli zmienił swoją decyzję, to zapewne dlatego, że jego cenzorskie zapędy zostały mocno skrytykowane po stronie konserwatywnej.

Jednak zakładając nawet, że to protest bananowy doprowadził do przywrócenia obrazów do MN, to sukces tej akcji podważyłby całkowicie jej przesłanie. Jeśli wrzucenie przez celebrytów zdjęć z bananami w proteście przeciw cezurze srogiego prawicowego reżimu doprowadza ten reżim do zmiany decyzji, to albo nie można na serio mówić o cenzurze, albo też opowieść o strasznym reżimie jest kompletnie nieprawdziwa. A opozycja wierząca w to, że jest w stanie pokonać PiS bananami, spokojnie będzie śnić swój sen. Tyle że po wyborach europejskich obudzi się z tęgim kacem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA