fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Bielecki: Macron idzie w ślady Roosevelta

AFP
Wizja, pokora, ale przede wszystkim seria nowych inicjatyw społecznych - tak w 13-minutowym przemówieniu z Pałacu Elizejskiego Emmanuel Macron postanowił powstrzymać rewolucję “żółtych kamizelek”.

To ma być "nowy kontrakt społeczny": jasne odwołanie do "new dealu" Franklina Delano Roosevelta, który wyprowadził na prostą zniszczoną przez kryzys lat trzydziestych Amerykę. Bo też zdaniem prezydenta Francja płaci dziś za 40 lat błędów i zaniechań, które zepchnęły na margines wielu jej obywateli.

Bardzo szybko, bo już od nowego roku, ma temu służyć seria nowych subwencji społecznych. Wzrośnie więc o 100 euro (do ok. 1,5 tys. euro miesięcznie) pensja minimalna brutto, nadgodziny nie będą opodatkowane podobnie jak jednorazowa premia wypłacona dla mniej zarabiających. Emeryci, którzy dostają mniej, niż 2 tys. euro, będą zwolnieni z wprowadzonej w ubiegłym roku większej składki. W kraju, w którym wydatki państwa są rekordowe w skali Europy a dług sięga 100 proc. PKB, trudno nie odnieść wrażenia, że to populistyczna próba kupienia przychylności Francuzów. Tym bardziej, że ma za tym pójść "refleksja" nad wprowadzeniem kolejnych form pomocy, np. dla dojeżdżających do pracy. 

Mimo wszystko prezydent nie wycofał się z bardzo kontrowersyjnej likwidacji podatku od wielkich fortun (IGF), bez czego jego zdaniem inwestorzy nie wrócą do Francji. Macron nie wycofał się też z planów przebudowy kraju. Najwyraźniej liczy, że nie tylko uspokoi nastroje, ale utrzyma zdolność do wprowadzenia kolejnych reform. Zapowiedział więc, ze zgodnie z wcześniejszymi planami w przyszłym roku zostanie przebudowany system emerytalny i zabezpieczeń dla bezrobotnych - rzecz potencjalnie bardzo wybuchowa. 

Szef państwa chce jednak pójść dalej. Choć nie wspomniał o przejściu z V do VI Republiki, to zasygnalizował konieczność wprowadzenia "bardziej sprawiedliwego" systemu wyborczego, co może oznaczać przejście do proporcjonalnej ordynacji wyborczej do parlamentu. To otworzyłoby znacznie więcej miejsca dla ugrupowań skrajnych - jak ruch Marine Le Pen. I byłoby początkiem przebudowy instytucji państwa, do których wielu Francuzów straciło zaufanie.

Ale wystąpienie prezydent miało tez sygnalizować zmianę stylu. Choć Macron nie powiedział słowa "przepraszam", to jednak przyznał, że wiele jego słów mogło zranić rodaków a on sam nie zwracał wystarczająco uwagi na los najgorzej usytuowanych Francuzów. Teraz ma się to zmienić w szczególności dzięki spotkaniom, jakie zamierza odbyć prezydent ze wszystkimi merami Francji.   

Jowisz, jak nazywali dotąd Macrona Francuzi z powodu jego aroganckiego stylu rządzenia, definitywnie zszedł więc na Ziemię. Ale czy to wystarczy, aby uratować prezydenturę, wcale nie jest pewne.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA