To ma być "nowy kontrakt społeczny": jasne odwołanie do "new dealu" Franklina Delano Roosevelta, który wyprowadził na prostą zniszczoną przez kryzys lat trzydziestych Amerykę. Bo też zdaniem prezydenta Francja płaci dziś za 40 lat błędów i zaniechań, które zepchnęły na margines wielu jej obywateli.
Bardzo szybko, bo już od nowego roku, ma temu służyć seria nowych subwencji społecznych. Wzrośnie więc o 100 euro (do ok. 1,5 tys. euro miesięcznie) pensja minimalna brutto, nadgodziny nie będą opodatkowane podobnie jak jednorazowa premia wypłacona dla mniej zarabiających. Emeryci, którzy dostają mniej, niż 2 tys. euro, będą zwolnieni z wprowadzonej w ubiegłym roku większej składki. W kraju, w którym wydatki państwa są rekordowe w skali Europy a dług sięga 100 proc. PKB, trudno nie odnieść wrażenia, że to populistyczna próba kupienia przychylności Francuzów. Tym bardziej, że ma za tym pójść "refleksja" nad wprowadzeniem kolejnych form pomocy, np. dla dojeżdżających do pracy.