fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Krzysztof Adam Kowalczyk: Grozi nam śmierć pod zwałami tektury

Fotorzepa, Sławomir Mielnik
E-handel ratuje w pandemii gospodarkę i konsumentów. Ale ma negatywne skutki uboczne. Lepiej, by uporał się z nimi sam biznes, nim wtrącą się politycy.

Płyn do naczyń, etui do tabletu, przyprawy, pojemniki do kuchni, sweter, skarpetki, a nawet karma dla kotów – to tylko drobna część zakupów mojej rodziny z ostatnich tygodni. Zakupów elektronicznych. Kupujemy przez internet z oszczędności, bo dobra szybkozbywalne potrafią kosztować nawet 30 proc. mniej niż w sieciowej drogerii czy markecie, a ostatnio także z konieczności, bo większość sklepów w centrach handlowych rząd zamknął na amen.

Tych Polaków, którzy trafili na kwarantannę albo – nie daj Bóg – zachorowali na covid, od śmierci głodowej ratowały e-dostawy żywności z hipermarketów i posiłki z barów i restauracji zamawiane przez apkę lub telefon. E-handel to wybawienie także dla zamkniętych sklepów czy restauracji. Oraz producentów, którzy stracili tradycyjne kanały dystrybucji. W efekcie pandemii e-obroty handlowe w Polsce skoczyły w 2020 r. aż o jedną piątą, ratując pokaźną część konsumpcji i PKB. A to jeszcze nie koniec, bo nim szczepienia powstrzymają koronawirusa, jeszcze wiele miesięcy przyjdzie nam żyć w dotychczasowych warunkach.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pokaźne skutki uboczne e-handlowej ofensywy w postaci zalewającej nas powodzi opakowań. Jak tak dalej pójdzie, grozi nam śmierć pod zwałami tektury. Kto mieszka w bloku, nie dostrzega problemu, bo odpadki są często wywożone, ale u mnie na przedmieściu plastik i makulatura odbierane są tylko raz na miesiąc, więc ze zgrozą patrzę na „produkowane" przez nas wory z opakowaniami. To bardzo motywuje do proekologicznych zachowań.

Niestety, jako konsument nie mam żadnego wpływu na to, w jak duże pudło i w ile warstw folii zapakuje dostawca moje e-zakupy. Bardzo często nawet poważne firmy, deklarujące się jako społecznie odpowiedzialne, nie mają skrupułów, by zapakować drobne zakupy w wieeeeelkie pudło, a pustą przestrzeń wypełnić foliowymi balonami albo zwojami papieru.

Problem w tym, że kto inny decyduje o opakowaniu – producenci i e-sklepy – a kto inny musi organizować jego usunięcie i za to płacić – miasta i gminy. Samorządy usiłują przerzucić na mieszkańców ten błyskawicznie rosnący koszt, kamuflując znaczną podwyżkę opłat zmianą systemu poboru, jak np. w Warszawie.

E-handlowcy, e-restauratorzy i producenci muszą wraz z firmami logistycznymi zmierzyć się z tym problemem. Marzy mi się, że biznes wypracuje w ramach samoregulacji wspólne standardy – od wielkości opakowań, poprzez zasady ekologicznego ich stosowania (np. dopasowanie do wielkości produktu, niełączenie plastyku z tekturą, bo to utrudnia recykling), po odbiór od stałych klientów kartonów, które nadają się do ponownego użytku.

Jeśli e-biznes nie weźmie się z tym problemem za bary, istnieje ryzyko graniczące z pewnością, że zrobią to politycy. A wtedy najprawdopodobniej skończy się ślepym fiskalizmem – tak jak stało się z podatkiem cukrowym w Polsce, który wprowadzono pod hasłem walki z otyłością, ale obciążono nim napoje z zamiennikami cukru, pomijając słodycze i mocno słodzone jogurty, udające w reklamach żywność pełną zdrowia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA