fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

Koronawirus: Radykalne rozwiązania odłożone na później

AFP
UE czeka z decyzjami o wielkim programie ratunkowym na walkę z koronawirusem. Północ na razie nie chce wziąć odpowiedzialności za dług Południa.

W czasie wieczornej wideokonferencji unijnych przywódców w czwartek podziały były tradycyjne, jak w czasie każdej dyskusji o wydawaniu pieniędzy. Północ ostrożnie każe czekać na rozwój sytuacji, Południe przekonuje, że wielkie finansowanie potrzebne jest natychmiast. Północ sądzi, że każdy powinien najpierw zadbać o siebie, dla Południa rozwiązaniem jest wspólny dług.

— Kilka państw członkowskich wyobraża sobie w obecnej sytuacji emisję koronaobligacji. Ale to nie jest stanowisko popierane przez Niemcy i nie tylko — powiedziała niemiecka kanclerz Angela Merkel. Dyskusja liderów miała trwać dwie godziny, przeciągnęła się na sześć. Uniknięto otwartego sporu i uzgodniono wspólny komunikat, pod którym podpisali się wszyscy. Ale w najbardziej kontrowersyjnej sprawie, a więc czy i jak zwiększyć finansowanie na walkę z pandemią, tekst jest bardzo ogólny. Przywódcy zobowiązali Eurogrupę, czyli ministrów finansów strefy euro, do opracowania propozycji w ciągu dwóch tygodni.

— To jest najniższy wspólny mianownik — przyznał premier Holandii Mark Rutte. Tak ogólny tekst ostatecznie pasował jednak właściwie wszystkim, choć z różnych powodów. Dla Niemiec, Holandii, Austrii, czy Finlandii kluczowe było, że nie znalazło się w nim żadne odniesienie do wspólnych euroobligacji, o które apeluje 9 państw UE: Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Belgia, Luksemburg, Irlandia, Słowenia i Grecja, czyli prawie połowa strefy euro. Dla tej drugiej grupy, a szczególnie dla Włoch, istotne okazało się także nie umieszczanie w komunikacie mniej radykalnej opcji, czyli linii kredytowej z Europejskiego Mechanizmu Stabilności (EMS), który jest funduszem ratunkowym strefy euro. Rzym obawia się, że to z góry ograniczyłoby dyskusję do tej jednej opcji, bo ciągle ma nadzieję, że pozostali zgodzą się jednak na więcej.

Tak się składa, że kraje najbardziej dotknięte obecnie pandemią — jak Włochy, Hiszpania i Francja — to tradycyjnie zwolennicy uwspólnotowienia europejskiego długu i większych wydatków. Przekonują one jednak, że sytuacja jest inna niż w czasie kryzysu finansowego w 2009 roku i wymaga innych instrumentów. Po pierwsze, skutki gospodarcze będą katastrofalne i trzeba zrobić więcej niż tylko masowe zakupy obligacji rządowych przez Europejski Centralny (już obiecane), przesunięcia w unijnym budżecie, czy nawet kredyty EMS. Po drugie, argumentuje premier Włoch Giuseppe Conte, tym razem szok jest symetryczny, a nie asymetryczny. Dotyka zatem wszystkich, a nie nielicznych jak w 2009 roku. I w przeciwieństwie do tamtej sytuacji, gdy można było mówić o karze za błędy rządzących, tym razem kryzys jest niezawiniony.

Po drugiej stronie są państwa tradycyjnie oszczędne i niechętne wspólnemu budżetowi strefy euro. Dla nich wspólne obligacje są nie do przyjęcia, gotowe natomiast są do dyskusji o wykorzystaniu EMS. Ale tylko w ramach ustalonego kilka lat temu mandatu: czyli linia kredytowa uwarunkowana reformami kraju korzystającego z tych pieniędzy Poza tym, argumentują oszczędni, nie należy się spieszyć. W szczególności Holendrzy przekonują, że sytuacja jest dynamiczna i na pewno będzie gorzej, więc nie należy teraz wystrzeliwać się z całej amunicji. Dużo instrumentów już zostało uruchomionych, w tym przede wszystkim zakupy obligacji do kwoty 750 mld euro przez EBC, co pozwala w sposób praktycznie nieograniczony na tym etapie — finansować się na rynkach rządom w potrzebie.

Ostatecznie więc wideokonferencja przywódców, zorganizowana w miejsce planowanego na ten dzień szczytu UE, przyniosła tradycyjnie unijne rozwiązanie, czyli przesunięcie dyskusji na później. Tak dzieje się zawsze, gdy jest jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji. Bo każde z państw ma swoich eurosceptyków. Ci we Włoszech, czy Francji urosną w siłę, jeśli UE nie wyłoży bilionów na walkę z epidemią. A ci w Holandii, czy w Niemczech zyskają poparcie właśnie wtedy, gdy Unia okaże się zbyt hojna. Na Południu potrzebują symbolu solidarności, na Północy twardych wyliczeń. Na radykalne rozwiązanie przyjdzie czas wtedy, gdy obie strony będą miały w tym interes. Czyli gdy okaże się, że katastrofa grożąca Południu może pociągnąć za sobą Północ.

Anna Słojewska z Brukseli

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA