fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Jak dozować napięcie i mówić ważne rzeczy

Marcin Hycnar w filmie Bartosza Kruhlika „Supernova”
materiały prasowe
Do walki na festiwalu o Złote Lwy włączyli się w tym roku świetni debiutanci.

To ich filmy będą wyznaczały za kilka czy kilkanaście lat poziom polskiej kinematografii. I nie trzeba się martwić. Po Jagodzie Szelc, Oldze Chajdas, Janie Matuszyńskim, Pawle Maślonie, Piotrze Domalewskim, Bartoszu Kowalskim, Grzegorzu Zaricznym czy Michale Marczaku swoje pierwsze filmy pokazują na festiwalu w Gdyni kolejni interesujący artyści.

Mają dobry warsztat i ogromną wrażliwość, także społeczną. Potrafią łączyć ostre spojrzenie na rzeczywistość z intymnymi opowieściami o ułomnościach, marzeniach i tęsknotach człowieka.

Wypadek na szosie

Często też udowadniają, że nie potrzeba kilkudziesięciu milionów złotych, by porwać widza. Bartoszowi Kruhlikowi do zrealizowania wstrząsającego filmu wystarczyły: skrawek wiejskiej drogi, kilkunastu aktorów i garstka statystów. W jego „Supernovej" mamy potworne ludzkie dramaty i kawał współczesnej Polski.

– Szukam historii uniwersalnych, zrozumiałych dla każdego. Kilka lat temu w Polsce wydarzył się tragiczny wypadek. W sekundę na drodze zginęła ośmioosobowa rodzina. Nie mogłem przestać o tym myśleć – mówi mi Bartosz Kruhlik.

Spokojna wieś, cisza przerywana tylko rykiem krów. Na rozleniwioną, pustą drogę z jednego z domów wybiega młoda kobieta. Z dwojgiem dzieci ucieka od męża pijaka do innego mężczyzny. Na pustej szosie całą trójkę taranuje czarna, rządowa limuzyna. Kierowca z daleka patrzy na ciała dzieci i umierającą kobietę, zostawia auto i ucieka. Dzwoni do kogoś: „Nie wiesz, kto mi dupę kryje?". „Ale wiesz, że jak mnie utopicie, to was pociągnę?".

Tak zaczyna się „Supernova". Kierowca wróci na tę drogę, do służbowego audi, w którym kamera nagrała jego wyprawę „na dziwki". Od prawnika usłyszy: „Co wyprawiasz, dwa miesiące przed wyborami?". Ale i zapewnienie, że wszystko da się załatwić. Zabił trzy osoby? Wybiegły na szosę. Uciekł z miejsca wypadku? Był w szoku.

– Ten film wyprzedził życie – śmieje się Bartosz Kruhlik.

W 2013 roku miał to być jego 30-minutowy dyplom, wrócił do tematu przed dwoma, trzema laty, jeszcze przed doniesieniami o wypadkach, w których uczestniczyły samochody polityków. Dziś ten wątek sprawia, że „Supernova" staje się mocnym kinem politycznym.

To wszakże tylko jedna warstwa tego wstrząsającego filmu. Bartosz Kruhlik pokazuje dramat dwóch mężczyzn, którzy kochali zmarłą kobietę. Obserwuje ratowników medycznych, strażaków, szefa policji, przyzwoitego w gruncie rzeczy człowieka, mającego jednak „sporo do stracenia". I wiejską społeczność, sąsiadów, których rozpacz zmienia się w gniew wobec polityka-aroganta.

Ten film poraża. Reżyser nie pozwala widzowi odetchnąć. Emocje i napięcie narastają. Debiutancki obraz Bartosza Kruhlika jest zadziwiająco pełny, głęboki i wielopłaszczyznowy. A część widzów znajdzie w nim również refleksję na temat roli przypadku w życiu człowieka.

Dramat w kopalni

Sztuka łączenia kina społecznego z opowieścią intymną nie jest też obca Monice Jordan-Młodzianowskiej. W „Żelaznym moście" pokazuje inny dramat: na skutek wstrząsu w korytarzu kopalni zostaje odcięty górnik. „Co mam powiedzieć żonie? Że mamy plany poniemieckie, nieaktualizowane od stu lat? Że nie ma maszyn, które się wwiercą co do centymetra?" – rzuca ratownik.

Jednak jest i inna warstwa tego filmu: historia miłosnego trójkąta. Sztygar Kacper kochał się w żonie przyjaciela – uwięzionego górnika. Wysyłał go na najdalsze odcinki kopalnianych korytarzy, bo to był czas na spotkania kochanków. Teraz czuje się winny. Chce przyjaciela uratować.

Dzięki odwiertowi z góry łapie z nim kontakt. Oscar na pytania odpowiada uderzeniami w rurę. Jeden głuchy stukot oznacza nie, dwa – tak. Ale jak do niego dotrzeć? Usuwanie kamienia po kamieniu z korytarza zajmie kilka tygodni. Nowy, bardziej precyzyjny odwiert – co najmniej dziesięć dni.

W pozornie surowych ujęciach Monika Jordan-Młodzianowska potrafi w „Żelaznym moście" opowiedzieć o rozpaczy, poczuciu winy, honorze, bezsilności.

Bieg dla matki

Niesentymentalny, a wzruszający film „Wszystko dla mojej matki" pokazała też na festiwalu Małgorzata Imielska. – Dlaczego dokumentalistka po latach debiutuje w fabule? – pytam ją teraz na gdyńskim festiwalu.

– Uwielbiam dokument, bo pozwala poznawać ludzi i zadawać im pytania, których normalnie byśmy nie zadali – odpowiada. – Ale poczułam, że jest granica, do której można ingerować w życie bohatera, bo odsłaniamy jego życie i musimy pamiętać, by go nie zranić. Dlatego postanowiłam zrobić fabułę.

W realizowanych dotąd dokumentach Małgorzata Imielska oddawała głos tym, których nikt zwykle nie słucha: wykluczonym, wypchniętym na margines. Bohaterką jej „Bachora" była społeczna sierota, odrzucona najpierw przez rodziców biologicznych, a potem adopcyjnych. Dziewczyna, którą w życiu dotknęło zbyt dużo zła. I nikt nie chciał jej wysłuchać. Więc biegała, żeby przyciszyć ból.

Mieszkająca w poprawczaku bohaterka jej fabularnego debiutu „Wszystko dla mojej matki" też biega. Sukces na bieżni ma stać się dla niej przepustką do lepszego życia, ale przede wszystkim do spełnienia jednego marzenia. Wciąż pyta trenera: „A mama się dowie?". Na tym jej najbardziej zależy. Chce odnaleźć i odzyskać matkę. I choć przez chwilę poczuć się kochana.

Imielska szuka prawdy o ludziach, ale też pokazuje zwyczajną rodzinę, w której za zamkniętymi drzwiami dochodzi do przemocy domowej i gwałtu. I inną, gdzie kobieta boi się mężowi przyznać, że miała kiedyś dziecko.

„Wszystko dla mojej matki" jest opowieścią o dziewczynach z poprawczaka, o agresji w życiu codziennym, ale też o tęsknocie i pięknie, które tkwią w nas głęboko. Świetne, pełne prawdy kino, ze znakomitymi kreacjami aktorskimi, zwłaszcza Zofii Domalik i Marii Sobocińskiej.

Zestaw konkursowych debiutów dopełnia pierwszy film wyreżyserowany przez operatora Łukasza Kośmickiego. „Ukryta gra" osadzona jest w latach 60. XX wieku. W Warszawie toczy się szachowy mecz między arcymistrzami amerykańskim i radzieckim, ale stawką gry, w którą zamieszane są kontrwywiady USA i ZSRR, jest światowy pokój w dobie konfliktu kubańskiego.

Trudny, ale precyzyjny scenariusz, Bill Pullman i Aleksiej Sieriebriakow w rolach głównych, szarość socjalizmu w Pałacu Kultury i wokół niego, ale też coś z polskiego ducha na ekranie. A poza nim smutek, bo to produkcja Piotra Woźniaka-Staraka, który tej premiery nie doczekał.

Jedno jest pewne: w przedsionku polskiego kina pojawiło się wielu świetnych artystów, a film jest dla nich sposobem na poważną rozmowę, której potrzebujemy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA