fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Krew Boga”. Na początku był bunt

Krzysztof Pieczyński (Willibrord) w „Krwi Boga”. Film już na ekranach
Kino Świat, Bartosz Mrozowski
Reżyser i dokumentalista Bartek Konopka opowiada, dlaczego w swoim filmie fabularnym „Krew Boga" cofnął się do czasów pogańskich Słowian i misjonarzy.

Pana dokumenty – nominowany do Oscara „Królik po berlińsku" oraz „Sztuka znikania" – były wielkimi metaforami. W „Krwi Boga" idzie pan podobnym tropem.

W taki rodzaj opowiadania o świecie i historii wprowadził mnie ojciec, dzięki któremu poznałem twórczość Witkacego, Gombrowicza, Mrożka. Pewnie był on szczególnie ważny w komunizmie, gdy działała cenzura i trzeba było szukać metafor dla nieprzedstawionego świata. Ale i dzisiaj ma on swoją siłę.

A skąd wziął się pomysł, by wrócić do dziejów misjonarzy nawracających na chrześcijaństwo pogańskie plemiona Słowian?

Siedem lat temu moje myślenie o „Krwi Boga" narodziło się ze złości na dogmatyzm i na skrajną prawicowość, która zaczęła kiełkować po 11 września, a z czasem stawała się coraz silniejsza. Na to, że w świecie rozpleniły się ekstremalne ideologie i radykalizm, że zaczęliśmy się coraz drastyczniej różnić poglądami. Chciałem spojrzeć na korzenie tych zjawisk. A jednocześnie miałem w sobie bunt wobec Kościoła, który mówi, jak mamy żyć, a jest nieskromny, pcha się do władzy i nie daje przykładów do naśladowania. To wszystko doprowadziło mnie do pierwszych misjonarzy chrześcijańskich.

Nie zrobił pan jednak filmu o świętym Wojciechu czy Cyrylu i Metodym.

Takie tematy sugerował mi początkowo profesor Jerzy Strzelczyk, historyk, autor wielu prac o średniowieczu. Ale potem i on stwierdził, że w filmie lepiej opowiadać mniej realistycznie. Sięgnęliśmy po obrazy takie jak „Valhalla. Mroczny wojownik" Nicolasa Windinga Refna czy „Żelazny rycerz" Jonathana Englisha, lekcję dał nam też w „Apocalypto" Mel Gibson. Poszliśmy w symbolikę. Realizm niszczy tajemnicę. Każe widzowi zadawać pytanie, czy tak było naprawdę. Fikcja pozwala skupić się na ludziach i na mechanizmach uniwersalnych. Spotykam się czasem z zarzutami, że poganie z „Krwi Boga" są wyabstrahowani. Ale takie było założenie. Choć trochę się baliśmy, to uciekaliśmy od realizmu, przekraczaliśmy jakieś granice.

Pana film nie jest jednak tylko opowieścią o nawracaniu niewiernych. To również refleksja na temat wiary.

Sam się cieszę, że nie skończyło się tylko na krytyce Kościoła, na tezie, że tysiąc lat temu tak się to zaczynało i ten grzech pierworodny ciągnie się do dzisiaj. Jest on w każdej organizacji i w każdym człowieku, który innym narzuca swoje zdanie. Ale przecież w kinie udaje się czasem dotknąć duchowego wymiaru świata. Czegoś, co czujemy, ale nie do końca potrafimy nazwać. Mój nauczyciel ze studiów Leszek Wosiewicz mawiał, że w sztuce warto opowiadać tylko o miłości, o śmierci i o Bogu. Pracując nad filmem, zacząłem zastanawiać się, jak wygląda relacja człowieka z Bogiem, jakkolwiek go pojmujemy. Zrozumiałem, że można ją mieć bez pośrednictwa instytucji Kościoła. Sam się przebudziłem, zacząłem wychodzić z kryzysu, który mnie dopadł, gdy przekroczyłem czterdziestkę. Odnalazłem własną duchowość, w „Krwi Boga" próbowałem zbliżyć się do tajemnicy.

Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o zderzeniu kultur.

Od początku chciałem pokazać dwa różne podejścia do obcego świata. W historii byli misjonarze, którzy przychodzili do pogańskich plemion z mieczem. Przypominali Willibrorda mówiącego: „Poganie muszą zobaczyć kogoś silniejszego". Ale byli i tacy, którzy ściągali zbroję, wkładali pokutny worek i szli do pogan boso. Trochę jak Bezimienny. Nie oszukujmy się jednak: ingerowanie w obcą kulturę zawsze jest trudne. W pogańskich plemionach panowała wspólnotowość, wszyscy odczuwali podobnie, liczyła się grupa. Chrześcijaństwo to rozbiło, przedmiotowość zamieniło na podmiotowość, przyniosło szacunek dla jednostki. Nawet jeśli jesteś poddanym, masz swoją godność.

Czym jest w pana filmie milczenie?

Zaszycie sobie ust przez jednego z bohaterów to ofiara, choć spontaniczna i nieświadoma. I paradoksalnie przynosi skutek, bo poganie dopuszczają go do siebie i zaczyna się proces asymilacji. Nawet Willibrord powie potem do króla: „On zwyciężył nad wszystkimi. Nad tobą też. Zrozumiał, że sam był zaślepiony".

Zderzenie kultur jest dzisiaj tematem bardzo aktualnym.

Mówiliśmy sobie, że chcemy zrobić film o przynoszeniu demokracji. Wiemy, jak odbyło się to w Afganistanie czy Iraku. W amerykańskich analizach przeczytałem, że plany interwencji wojskowej zakładały tylko inwazję. Socjologowie pytali: „Jak zamierzacie przeprowadzić wybory, jaką zaproponujecie organizację społeczeństwa?". Tego w projektach nie było. Tak naprawdę dopiero organizacje humanitarne wpuszczane do Iraku próbują rozpoznać kulturę tego kraju. My nie chcieliśmy zamienić filmu w manifest, ale poprzez postać Willibrorda próbowaliśmy przypomnieć, jakie są konsekwencje poddania się ideologii i nienawiści.

Jak się robi taki film w polskich warunkach, przy bardzo niskim budżecie?

Jeśli brakuje pieniędzy, trzeba mieć dużo czasu. Nam to zabrało siedem lat. Rozmawialiśmy z historykami, sięgaliśmy do źródeł, ale nie chcieliśmy zrobić „Starej baśni", która jest dość ośmieszona. To od początku miał też być film kameralny. Zgłaszali się do nas młodzi aktorzy i performerzy, którzy nie liczyli na wysokie honoraria. Chcieli przeżyć z nami przygodę. Ratowały nas różne pomysły. Znaleźliśmy plenery w Górach Stołowych. Tam zrozumiałem, że naszą szansą jest labirynt skalny jako osada pogan, bo pozwala uruchomić wyobraźnię. Nie wiadomo, jak duża jest naprawdę ta społeczność pogan. A jednocześnie jest to przenośnia: poganie wyprowadzili się z pól, wiedząc, że pojawiają się krucjaty, które mają ich nawracać, zaś misjonarze wchodzą w symboliczny labirynt, w którym się gubią.

Czy widz w Polsce jest przygotowany na ten film?

W tym filmie jest też normalna akcja, śledzimy pojedynek dwóch postaw oraz starcie dwóch światów. Ktoś może się zatrzymać na tym poziomie i przeżyje emocjonalną wyprawę na inną planetę. Ktoś inny może poszukać traktatu o wierze, Bogu, władzy, manipulacji. Znaleźć refleksję o odwiecznych mechanizmach radzenia sobie z innymi, przynoszenia demokracji. Od początku chcieliśmy, żeby był to film uniwersalny i potwierdzają to pierwsze reakcje widzów oraz dystrybutorów. Film został sprzedany do USA, Kanady, Włoch, Irlandii, Anglii, Niemiec, Austrii, Szwajcarii, Korei Południowej. Bardzo się z tego cieszymy.

opowieść dla koneserów

Choć w kilku polskich filmach reżyserzy cofnęli się do średniowiecza, takiego obrazu jeszcze w historii naszego kina nie było.

W światowym też zresztą jest niewiele. Najbliżej „Krwi Boga" do „Valhalli. Mrocznego wojownika" czy estetyki rozgrywającej się 80 tys. lat p.n.e. „Walki o ogień". To opowieść o misjonarzu Willibrordzie, który ze swych towarzyszem Bezimiennym próbuje nawrócić plemię Słowian na chrześcijaństwo. Jeśli tego nie zrobi, zostaną oni wyrżnięci przez wojska królewskie. Precyzyjny scenariusz, fascynująca wizja plastyczna i refleksja na temat zderzenia kultur i wiary. Koneserów ten film może wciągnąć swoją atmosferą i symboliką. —bh

sylwetka

Bartek Konopka, reżyser, scenarzysta

Ur. w 1972 r., absolwent filmoznawstwa na UJ oraz reżyserii na UŚ. Jego debiut dokumentalny „Ballada o kozie" (2003) nagrodzono na Berlinale, „Królik po berlińsku" (2009) zdobył nominację do Oscara. W filmie fabularnym zadebiutował „Lękiem wysokości" (2011), także obsypanym międzynarodowymi wyróżnieniami.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA