fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Cannes: Tarantino jednych zachwycił, innych zawiódł

AFP
Sześciominutowa owacja na stojąco zakończyła premierowy, canneński pokaz filmu Quentina Tarantino „Pewnego razu... w Hollywood” . Pierwsze recenzje są dość entuzjastyczne, ale pojawiają się też uwagi krytyczne

Choć w tegorocznym konkursie są filmy Almodovara, Loacha, Malicka, braci Dardenne czy Jarmuscha to był najbardziej oczekiwany tytuł. Równo ćwierć wieku temu Tarantino wywiózł z Cannes Złotą Palmę za „Pulp Fiction” (wygrał wtedy z „Czerwonym” Krzysztofa Kieślowskiego), potem był stałym bywalcem festiwalu. Pokazywał tu swoje filmy, zasiadał w jury. „Jest naszym lojalnym przyjacielem” - stwierdził dyrektor Thierry Fremaux dziękując reżyserowi, że przyspieszył prace nad swoim filmem, by mógł on trafić do Cannes.

Quentin Tarantino jest wybitnym marketingowcem. Jego nowy film był owiany tajemnicą. Aktorzy w umowach mieli klauzulę zabraniającą im wypowiedzi na jego temat. Sam reżyser też mówił niewiele. Wiadomo było, że bohaterami filmu są aktor i jego dubler grani przez Leonardo DiCaprio i Brada Pitta, że rzecz będzie się działa w 1969 roku i w filmie znajdzie się mord dokonany przez bandę Mansona w domu Romana Polańskiego. Zainteresowanie publiczności było ogromne. Gdy Leonardo DiCaprio wrzucił na Instagram zdjęcie z planu, na którym jest razem z Bradem Pittem, w stylizacji z lat 60., fotografia natychmiast zyskała blisko 2 miliony polubień.

W Cannes, żeby dostać się na pierwszy pokaz prasowy trzeba było przyjść pod kino minimum godzinę wcześniej. A przed seansem został odczytany ze sceny list do dziennikarzy: „Kocham kino. Wy kochacie kino. Chodzi w nim o radość odkrywania filmu, kiedy oglądamy go za pierwszym razem. (...) Dlatego proszę, abyście nie ujawniali treści filmu ani szczegółów fabuły i pozwolili szerokiej publiczności poczuć radość odkrywania. Dziękuję, Quentin”.

W czasie projekcji, która trwał 2 godziny 40 minut czuło się zniecierpliwienie. Tarantino zmieszał fikcję z prawdą. Bohaterami filmu rzeczywiście są: znany aktor telewizyjnych seriali Rick Dalton – zapijaczony i tracący grunt pod nogami oraz jego dubler Cliff Booth – lojalny przyjaciel, kiedy trzeba to opiekun i kierowca. Dalton mieszka w domu sąsiadującym z posiadłością Polańskiego. Wiadomość dla polskich widzów: tak, jest w filmie Rafał Zawierucha, choć jego rola ogranicza się do kilku pojawień na ekranie: dwa razy prowadzi samochód jadąc z żoną przez wzgórza Beverly Hills, raz jest przez chwilę na przyjęciu, a jedynie cztery słowa, które wypowiada kieruje w ogrodzie do psa. Ale taki jest zamysł. Polański jest w filmie raczej figurą: legendą, mistrzem, w którego filmach każdy aktor chciałby wystąpić. Choć Tarantino kilka razy robi też aluzje do jego późniejszej sprawy uwiedzenia nieletniej i mruga do #metoo. Więcej do zagrania ma Margot Robbie jako Sharon Tate, choć jej bohaterka ustawiona jest dość nieciekawie i pewnie krzywdząco: to piękna lalka, która chodzi do kina własne filmy, upajając się przed ekranem swoimi kreacjami.

Tarantino odtwarza nastrój lat sześćdziesiątych. Ich barwę, nastrój pokazuje w krzywym zwierciadle. Miesza rozmaite wątki. Robi film o aktorze, który chce się utrzymać na powierzchni, o przyjaźni, o życiu toczącym się wokół filmowych studiów. Przede wszystkim jednak pisze miłosny list do kina. Tyle że wszystko jest tu dość płytkie. Tak naprawdę nie ma w „Pewnego razu... w Hollywood”  tytułowego Hollywoodu, jaki zresztą był już w niejednym filmie m.in. genialnym „Graczu” Roberta Altmana. Nie ma głębszego spojrzenia na kulturę hippisowską czy bandę Mansona. Nie ma żadnego odniesienia do współczesnej kultury – pytania, co leży u jej podstaw. Pierwsza część filmu, gdzie wszystko miesza się jak w tyglu, nudzi. Dopiero pod koniec tempo i napięcie wzrastają. Tarantino jak zawsze cytuje dziesiątki filmów i bawi się kinem i historią. Cóż, ma do tego prawo. Chodzą plotki, że to nie jest ostateczna wersja filmu i reżyser ma jeszcze nad „Pewnego razu... w Hollywood” pracować.

Na razie pojawiły się pierwsze recenzje. Krytycy uwzględnili prośbę Tarantino i nie spoilerują:  nie zdradzają tego, co widz musi odkryć sam. O filmie entuzjastycznie pisze Peter Bradshaw w „Guardianie”. Dobre recenzje są w pismach branżowych, choć towarzyszy im na ogół „ale”. Ale jednak nie arcydzieło. Ale jednak nie do końca spełniony. Ale jednak momentami za długi.

Sam Tarantino twierdzi, że „Pewnego razu w Hollywood” najbliższe jest jego „Pulp Fiction”. Dla mnie nie ma tam ani tempa, ani oryginalności, ani wigoru, ani humoru, ani wdzięku tamtej produkcji. Przede wszystkim jednak brakuje mi w tym obrazie czegoś, co skłaniałoby do głębszej refleksji o czasach, sztuce, ambicjach, historii. I próby spojrzenia na genezę agresji, skoro pojawia się tu wątek  najbardziej brutalnego  morderstwa w Hollywoodzie. Superatrakcyjny, znakomity Brad Pitt i nieco roztyty, ale rewelacyjny Leonardo DiCaprio plus piękna Margott Robbie i kilka znakomicie zrealizowanych sekwencji to za mało, żeby wyjść z kina oniemiałym. Dla mnie to pożegnanie Tarantino z pewną epoką wypadło zbyt powierzchownie. Ale nie jest wykluczone, że film rozbije bank w kinach i będzie faworytem w wyścigu do Oscarów. Tarantino to Tarantino.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA