fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

30-krotność prosta jak drut

Fotorzepa, Marta Bogacz
Całą dyskusję o 30-krotności uważam za całkowicie zbędną. To po prostu podwyżka podatków na pokrycie bieżących potrzeb.

Ważą się właśnie losy zniesienia limitu 30-krotności płacy przeciętnej przy ustalaniu wysokości składek do ZUS. Chce tego premier w celu obiecanego zbilansowania budżetu (przynajmniej na papierze i na jeden rok), ale nie podoba się to wicepremierowi Gowinowi. Prezydent się waha. Biznes płacze, że uderzy to w najlepiej wykwalifikowanych pracowników, prawnicy jednak sugerują, że mają oni (na razie) otwartą drogę ucieczki w samozatrudnienie i zapłacenia jeszcze niższych składek niż dotąd. ZUS uspokaja, że nic wielkiego się nie dzieje – po prostu lepiej zarabiający odłożą sobie więcej na starość. Za to specjaliści od reformy emerytalnej grożą wizją idących w dziesiątki tysięcy złotych emerytur dla nielicznych (ku zmartwieniu pozostałych emerytów).

Szczerze mówiąc, całą tę dyskusję uważam za całkowicie zbędną. Jak już pisałem dwa lata temu (bo temat powraca jak bumerang), z jasnego problemu próbuje się robić coś bardzo skomplikowanego. A sprawa jest prosta jak drut.

Niezależnie od tego, jak zostaną zapisane na indywidualnych kontach zebrane składki, ani jakie zostaną złożone obietnice, skończy się na tym, że pieniądze wpłyną do ZUS. I zostaną natychmiast wydane na 13., 14. i Bóg jeden wie, którą jeszcze dodatkową emeryturę. A nikt z wpłacających dziś zwiększone składki nie zobaczy w przyszłości żadnych idących w dziesiątki tysięcy złotych świadczeń z ZUS.

Jak to? – oburzą się profesjonalni i amatorscy znawcy systemu emerytalnego. Przecież 30-krotnościowcy będą mieli odłożony na indywidualnych kontach w ZUS większy kapitał! Wyższa emerytura będzie się im po prostu należała, bo to prawo nabyte.

Prawda jest jednak dość brutalna. Po kolejnych zmianach i likwidacji resztki stworzonej przez reformę z roku 1997 ułudy, że nasze emerytury zabezpieczone są zgromadzonymi gdzieś zasobami kapitału, mamy wreszcie całkowitą jasność. Składki, które odprowadzamy do ZUS, zużywane są w całości na finansowanie bieżących wypłat (i jeszcze trzeba dokładać z innych podatków), a emerytury obecnie pracujących będą wypłacane z tych składek, które uda się ściągnąć od przyszłych pracowników. A zapisy na kontach w ZUS? To tylko rodzaj wirtualnej gry związanej z podziałem dostępnych kwot: według dzisiejszych zasad, im ktoś ma zapisane więcej, tym większy dostanie kawałek z całego tortu (czyli przyszłych składek).

Problem z tym, że z powodu zmian demograficznych (mniej pracujących, więcej emerytów) tort ten będzie coraz mniejszy w stosunku do potrzeb. Stosowanie obecnych zasad podziału, proporcjonalnie do zewidencjonowanego w ZUS kapitału, prowadziłoby do tego, że kawałki należne większości emerytów nie wystarczą na minimum godziwego życia. Prędzej czy później, albo pod presją polityków, albo groźby bankructwa państwa, padnie więc nieunikniona propozycja: coraz większą część tortu dzielimy po równo, a coraz mniej proporcjonalnie do składek. A w skrajnym przypadku w ogóle wypłacamy wszystkim jednakową, „obywatelską" emeryturę, niezależnie od zapisanego wirtualnego „kapitału".

I wtedy sprawa staje się jasna: manewr z 30-krotnością to po prostu podwyżka podatków na pokrycie bieżących potrzeb. A kto chce godnie żyć na emeryturze, niech sam sobie dodatkowo oszczędza, albo szykuje się na znacznie dłuższą pracę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA