fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2020

Niech obudzą w nas radość

Paulo Sousa, Robert Lewandowski
Paulo Sousa i Robert Lewandowski: mamy nadzieję, że ich przymierze da nam sukces
PAP, Jakub Kaczmarczyk
Kamil Kołsut
Tomasz Wacławek
W piątek w Rzymie mecz otwarcia Włochy–Turcja. Polacy ze Słowacją zagrają w poniedziałek w Sankt Petersburgu.

Atmosfera przed inauguracją Euro 2020 jest niecodzienna, bo Polacy po raz pierwszy zaczynają wielką imprezę bez ciężaru oczekiwań. Kadra pod wodzą Portugalczyka Paulo Sousy zagrała w tym roku pięć meczów i wciąż nie można o niej powiedzieć zbyt wiele dobrego. Pytań jest więcej niż odpowiedzi.

Polacy wygrali tylko z Andorą, czyli 158. drużyną w rankingu FIFA, ale też ulegli jedynie Anglikom. Trzy pozostałe spotkania – przeciwko Węgrom, Islandczykom oraz Rosjanom – kończyły się remisami. Sousa obiecywał zespół, który trudno będzie złamać, wymarzył sobie reprezentację grającą aktywnie i nowocześnie. Euro pokaże, czy nie poszedł za daleko, dostosowując piłkarzy do taktyki, a nie taktykę do piłkarzy.

Bezsenna noc

Portugalczyk dostał listę zadań zawierającą trzy mecze eliminacji mistrzostw świata oraz finały Euro z terminem na odbiór projektu w ciągu trzech miesięcy i przyjął wyzwanie. Każdy z dotychczasowych meczów zaczynała inna jedenastka, Sousa dokonywał w podstawowym składzie od czterech do siedmiu zmian. Niektóre były efektem poszukiwania, a inne zrodziła konieczność, bo kadrę prześladują urazy.

Najpierw więzadła krzyżowe zrywali Krystian Bielik i Jacek Góralski, później urazy dopadły Krzysztofa Piątka oraz Arkadiusza Recę, a problemy z łąkotką na ostatniej prostej wypchnęły ze składu Arkadiusza Milika. Aż dziw, że nikt jeszcze nie zapytał religijnego Portugalczyka, czy pamięta Hioba.

– Kiedy dowiedziałem się, że Milik nie zagra na turnieju, nie mogłem w nocy spać. Cały czas myślałem o systemach i rozwiązaniach – nie kryje Sousa, który już wcześniej podkreślał, że zawodnik Olympique Marsylia to w jego planie postać kluczowa.

Selekcjoner to człowiek uśmiechnięty i elokwentny – przybysz z lepszego piłkarskiego świata. Jego podopieczni podczas sparingów sprawiali za to wrażenie zmęczonych, co mogło być efektem wymagających treningów w Opalenicy. Teraz, w Gdańsku, kadrowicze oddychają jodem i odzyskują świeżość.

Dziś zarówno gra Polaków, jak i skład to zagadka. Wiemy, że nic nie wiemy. Mecz z Islandią w Poznaniu, który miał być testem generalnym, z ławki obejrzeli Maciej Rybus, Jan Bednarek i Mateusz Klich. Pierwszy wraca do sił po kontuzji, zdrowie dwóch pozostałych Sousa chciał oszczędzić. Bardzo możliwe, że Biało-Czerwoni Euro rozpoczną składem, w jakim nigdy wcześniej nie grali.

W co gra Sousa

Pożegnanie z kibicami nie było optymistyczne, tylko chłodne. Zawodnicy po ostatnim gwizdku dziękowali za doping, choć podczas meczu na trybunach więcej było milczenia oraz gwizdów. Piłkarskiej gorączki jeszcze w Polsce nie ma. Może to efekt pandemii, która odciągnęła myśli kibiców od sportowych igrzysk, może braku wiary w reprezentację, bo ta nie zachwyca.

Kadrowicze żyją dziś w próżni, koronawirus odciął ich od dziennikarzy oraz kibiców. – To miłe, że dookoła hotelu jest mnóstwo fanów, którzy chcą od nas zdjęć i autografów, ale sytuacja jest taka, że nie da się tego zrobić – rozkłada ręce Przemysław Frankowski.

Reprezentacja zaczyna turniej bez presji, podobnie było pięć lat temu przed Euro we Francji, kiedy Polacy w meczach towarzyskich przegrali z Holendrami oraz remisowali z Litwinami, a kibice największego problemu kadry upatrywali w Michale Pazdanie. Minęło kilka dni i zarówno on, jak i cała drużyna przemienili się w bohaterów.

Dziś nie wiemy, w co gra Sousa, ale trzeba pamiętać, że stawką spotkań z Rosjanami oraz Islandczykami były wyłącznie dobre nastroje, bo podczas Euro punktów za wygrane sparingi nikt nie przyznaje. To daje nadzieję, że reprezentacja wykonała krok w tył tylko dlatego, aby za chwilę zrobić dwa kolejne do przodu.

Włoskie święto

Mistrzostwa rozpoczną się w piątek wieczorem w Rzymie – od wirtualnego spektaklu przygotowanego przez didżeja Martina Garrixa oraz legendy rocka z U2 Bono i The Edge. Na Stadionie Olimpijskim wystąpi słynny tenor i wielki fan futbolu Andrea Bocelli, a potem boisko przejmą już piłkarze Włoch i Turcji, dopingowani przez kilkanaście tysięcy kibiców.

– Nie możemy się doczekać, kiedy usłyszymy tych ludzi śpiewających nasz hymn. Piłka nożna z kibicami to zupełnie inny sport – mówi obrońca Leonardo Bonucci.

To będzie symboliczny moment, bo Włochy to kraj, w którym zaczęła się pandemia w Europie, jeden z najbardziej dotkniętych przez Covid-19. Futbolowe igrzyska mogą być rodzajem oczyszczenia i nadzieją, że życie wraca powoli do normalności.

Włosi nieprzypadkowo wymieniani są w gronie faworytów turnieju. Pod wodzą Roberto Manciniego nie doznali porażki od września 2018 roku, za jego kadencji przegrali tylko z Francją i Portugalią, w tym roku nie stracili nawet bramki. – Nie mamy Romelu Lukaku ani Cristiano Ronaldo. Naszą siłą jest zespół – podkreśla Bonucci.

Turcy chcą im jednak zepsuć święto. – W każdym meczu otwarcia zdarzają się niespodzianki. Mam nadzieję, że nam też się to uda – nie ukrywa selekcjoner Senol Gunes.

Nie rzuca słów na wiatr. Turcja potrafi być groźna, o czym w ostatnim czasie przekonało się kilka europejskich potęg. W eliminacjach Euro zaskoczyła Francuzów, wygrywając u siebie 2:0 i remisując 1:1 w Paryżu. W kwalifikacjach mundialu pokonała Holandię, w jednym ze sparingów zremisowała z Niemcami.

Włosi, którzy mistrzostwa świata w Rosji obejrzeli w telewizji, mają już jednak dość wstydliwych porażek, podobnie jak wracający na wielki turniej po siedmiu latach przerwy Holendrzy. Na mundialu w Brazylii zdobyli brąz, a później był już tylko płacz i zgrzytanie zębów. Może dlatego trener Frank de Boer nie rozbudza oczekiwań i kandydatów do triumfu upatruje we Francuzach, Niemcach, Hiszpanach i Belgach.

Holandia, bez kontuzjowanego lidera Virgila van Dijka, w niedzielę podejmie w Amsterdamie Ukrainę, Belgia leci w sobotę do Sankt Petersburga na spotkanie z Rosją. Rywalizowali już razem w eliminacjach, dwa przekonujące zwycięstwa odnieśli Belgowie – od pewnego czasu pełniący rolę cichych faworytów każdego turnieju. Sankt Petersburg kojarzy im się dobrze. Sięgnęli tam po brąz mundialu, pokonując Anglię.

Młodzi Anglicy mają więc rachunki do wyrównania, a pierwszy rewanż będą chcieli wziąć już w niedzielne popołudnie na Chorwatach, którzy trzy lata temu zatrzymali ich w półfinale MŚ.

W weekend do gry przystąpi też dwóch debiutantów. Finlandia zmierzy się w Kopenhadze z Danią, a Macedonia Północna spotka się w Bukareszcie z Austrią. To, że debiutant nie musi stać pod ścianą na balu, pokazała już Walia, awansując na poprzednim Euro do półfinału.

Weekend na Euro

Piątek:
Grupa A: Turcja – Włochy (21.00, TVP 1, TVP Sport, TVP 4K)

Sobota:
Grupa A: Walia – Szwajcaria (15.00, TVP 1, TVP Sport, TVP 4K)
Grupa B: Dania – Finlandia (18.00, TVP 2, TVP Sport, TVP 4K)
Grupa B: Belgia – Rosja (21.00, TVP 1, TVP Sport, TVP 4K)

Niedziela:
Grupa D: Anglia – Chorwacja (15.00, TVP 1, TVP Sport, TVP 4K)
Grupa C: Austria – Macedonia Północna (18.00, TVP 2, TVP Sport, TVP 4K)
Grupa C: Holandia – Ukraina (21.00, TVP 1, TVP Sport, TVP 4K) ?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA