fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja i wychowanie

Ruszają doktoraty wdrożeniowe

123 RF
Doktorant otrzyma podwójną pensję: jedna od przedsiębiorcy, druga to stypendium – mówi wiceminister.

Rz: Ministerstwo ogłosiło listę 54 wydziałów, które wezmą w tym roku udział w programie doktoratów wdrożeniowych. Co to są doktoraty wdrożeniowe?

Piotr Dardziński, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego: To przyszłość polskiej nauki. I wcale nie przesadzam. To program stypendialny, ustanowiony na podstawie ustawy, który ma rozwiązać jeden z najistotniejszych dylematów młodych zdolnych ludzi – albo zostaję na uczelni i robię karierę naukową, zarabiając niewiele, albo idę do pracy w przemyśle, otrzymując wysokie wynagrodzenie, ale porzucam marzenie o karierze naukowej. Doktoraty wdrożeniowe umożliwią bowiem realizowanie programu studiów doktoranckich w trakcie zatrudnienia u przedsiębiorcy. Doktorant będzie zatrudniony w firmie i prowadził dla niej projekt badawczy. Agendę badawczą zaakceptuje promotor wybrany z jednego z 54 wydziałów, które się zgłosiły do programu. Agenda musi spełnić wszystkie warunki, jakie stawia się doktorantom. Jeśli promotor uzna, że plan badań jest właściwy i doktorant jest dobrym kandydatem, to wystąpi z wnioskiem do ministerstwa o przyznanie stypendium w wysokości minimalnej pensji asystenta na uczelni – około 2,5 tys. zł. Dostanie więc podwójną pensję – jedną od przedsiębiorcy, druga to stypendium. Podsumowując: doktorant będzie dobrze wynagradzany za ciekawą pracę, doktorat powstanie w ramach jego obowiązków pracowniczych przez cztery lata. Poprowadzi zajęcia na uczelni, ale w minimalnym wymiarze.

Program przewiduje też realne korzyści dla przedsiębiorcy, bo pozyska dobrego, zdolnego pracownika, który bada to, co jest ważne dla firmy. Projekt, nad którym pracuje doktorant, może zostać wdrożony przez przedsiębiorcę. Uczelnia ma zaś doktoranta, który obroni w terminie pracę doktorska, a do tego, jeśli pracuje na uczelnianej infrastrukturze, szkoła dostanie za to ryczałtowe wynagrodzenie.

Wysokie?

To będzie zależało od rodzaju infrastruktury. Może wynosić od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy w zależności od wskaźnika kosztochłonności procesów badawczych. Na przykład w jednym z wniosków Akademia Górniczo-Hutnicza na infrastrukturę przeznaczyła 52 tys. zł.

Na jakie wynagrodzenie doktorant będzie mógł liczyć u pracodawcy?

Przynajmniej na minimalną pensję, ale wydaje mi się, że będzie to trochę więcej. Zapewne na początku pracodawcy będą ostrożni – u nas program to nowość. Wzorowaliśmy się jednak na sprawdzonych rozwiązaniach francuskich i duńskich. W tych krajach doktoraty wdrożeniowe funkcjonują od lat 70.

Czy w projekcie mogły brać udział tylko wydziały i doktoranci prowadzący prace z nauk ścisłych?

Nie. Akurat takie zostały wyłonione w konkursie. Jeden z wydziałów zajmujących się naukami społecznymi się spóźnił. Ale mamy wśród wyłonionych wydziały ekonomiczne. Tam mogą pojawić się np. prace dotyczące budowania modeli ekonomicznych. Na Zachodzie 12 proc. doktoratów wdrożeniowych to doktoraty z nauk społecznych.

Jak pracodawca może zgłosić się do projektu?

Proces może zostać zainicjowany przez każdą ze stron – uczelnię, absolwenta lub pracodawcę. Student może się zwrócić z ofertą do pracodawcy. Może zdarzyć się też tak jak w grupie Azoty, że zarząd wysłał ankietę do pracowników z zapytaniem, czy widzi ciekawy obszar badawczy, który mógłby być korzystny dla spółki, a jeżeli tak – to czy chciałby wziąć udział w wewnętrznej rekrutacji na doktorat wdrożeniowy. Zgłosiło się kilkadziesiąt osób.

W różnym wieku?

Tak, bo doktorant wdrożeniowy to nie musi być osoba, która świeżo skończyła studia. To może być ktoś z doświadczeniem. Wówczas to pracodawca lub pracownik szuka partnera w postaci wydziału na uczelni. Jeśli przedsiębiorcy będą mieli problem ze znalezieniem promotora, mogą zwrócić się o pomoc do ministerstwa.

Czy teraz trwa nabór prowadzony przez uczelnie?

Tak. Chciałbym podkreślić, że w programie biorą udział wydziały z kategorią naukową A lub A+. Czyli te najlepsze. Często pojawiają się zarzuty, że doktoranci wdrożeniowi będą słabsi od innych. Moim zdaniem będą to ci najlepsi.

W połowie września uczelnie przedstawią listę imienną osób, które chciałyby rozpocząć studia doktoranckie wraz ze wskazaniem promotora i zakresu prac. Zespół w ministerstwie oceni wnioski i sprawdzi, czy doktoranci zostali już zatrudnieni i czy są spełnione wymogi doskonałości naukowej.

Czyli pracodawca, zatrudniając przyszłego doktoranta, ponosi ryzyko, bo nie może być pewien, czy zostanie on zakwalifikowany do programu?

Rzeczywiście, ale ryzyko jest obustronne – doktorant też nie jest pewien, czy otrzyma stypendium. W puli mamy 500 stypendiów. Uczelnie zgłosiły zapotrzebowanie na około 370 miejsc. Ale ta liczba może jeszcze wzrosnąć. To dopiero pierwszy rok rekrutacji i było mało czasu na przygotowanie wniosków. Prawdopodobnie zgłoszeń przysłanych do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego będzie ok. 400, a to zdecydowanie więcej niż wskazana w planie pracy MNiSW liczba 60 stypendiów. W pierwszej rekrutacji zapewne będzie trochę łatwiej uzyskać stypendium niż w kolejnych. Gdyby jednak w przyszłości było dużo ciekawych projektów, ministerstwo będzie gotowe wygospodarować więcej środków.

A czy jeśli absolwent jednak nie zostanie zakwalifikowany do projektu, będzie mógł rozpocząć w tym roku tradycyjne studia doktoranckie?

Tak, ale decyzja o tym będzie leżała w gestii uczelni.

Czy projekt po planowanej reformie szkolnictwa wyższego będzie kontynuowany?

Oczywiście. Wpisuje się w rozwiązania i cele ustawy 2.0. (nowa ustawa o szkolnictwie wyższym).

A dlaczego ministerstwo zrezygnowało z habilitacji wdrożeniowej?

To posłowie wykreślili z projektu nowelizacji część przepisów. Rozważamy zaproponowanie podobnego rozwiązania przy kompleksowej reformie nauki i szkolnictwa wyższego. Tym bardziej że nie chcemy nikomu dawać habilitacji za wdrożenia. Proponowaliśmy, żeby osoby ze stopniem doktora, które przez długi czas pracowały w centrach badawczo-rozwojowych polskich czy zagranicznych firm i mają duże doświadczenie w prowadzeniu zespołów badawczych, były traktowane jak doktorzy zagraniczni. Mieliby trzy uprawnienia: do promowania, recenzowania i zasiadania w radach wydziałów, bo nauka rozwija się także w gospodarce.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA