fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Covid-19

Czy protesty napędzają pandemię?

Fotorzepa/Jerzy Dudek
Analizy przeprowadzone między innymi po demonstracjach Black Lives Matter sugerują, że masowe protesty nie mają większego znaczenia dla rozprzestrzeniania pandemii Covid-19. Gorzej, jeśli podczas demonstracji zostanie użyty gaz.

Jak informuje Interdyscyplinarne Centrum Modelowania UW, które stworzyło model rozprzestrzeniania epidemii, masowe protesty mogą zwiększyć rozprzestrzenianie się zarażeń nawet o 5000 przypadków dziennie. Autorzy przyznają jednak, że nie znają dokładnych danych i przyjęli tylko „pewne założenia” przy konstrukcji modelu.

A tymczasem na ulicach w protestach, które są pokłosiem wyroku Trybunału Konstytucyjnego, nadal spotykają się setki tysięcy osób. Nie tylko w niewielkich grupach, jak to ma miejsce w małych miejscowościach, ale i w wielotysięcznych manifestacjach w tych największych miastach. Stanisław Karczewski, chirurg i senator PiS, komentuje w tvp.info, że protesty będą miały „ogromny wpływ na statystyki liczby zachorowań w następnych dniach”.

Protesty odbywają się ciągle i na całym świecie. W 2020 roku było ich równie wiele. Miliony ludzi protestowało od rasizmu i korupcji po sporne wyniki egzaminów i wyborów, czy wadliwe ustawy i wyroki. Ten rok różni się jednak od poprzednich tym, że protesty przebiegają w trakcie globalnej pandemii. Doprowadziło to do sytuacji, w której w wielu miejscach zakazano organizowania dużych zgromadzeń, w tym właśnie protestów. Ich uczestnicy są aresztowani, pacyfikowani przez policję i oskarżeni o łamanie zasad blokady epidemiologicznej podczas demonstracji.

Ponieważ wirus SARS-CoV-2 nadal rozprzestrzenia się, politycy już teraz obwiniają o nowe przypadki zachorowań na koronawirusa masowe protesty. Tłum na demonstracjach jest bardzo widoczny i staje się idealnym kozłem ofiarnym dla problemów, które są znacznie bardziej złożone, a są prawie wyłącznie w gestii rządu. Niektórzy politycy traktują je z jawną wrogością, a minister zdrowia Adam Niedzielski ogłosił właśnie kolejną, nową strategię rządu w walce z Covid-19. Jednak na pytanie: czy protesty wywołują wzrost zachorowań na koronawirusa? Naukowcy odpowiadają: mają raczej znikomy wpływ.

Po przeanalizowaniu wielu protestów, które miały miejsce w 2020, w tym tych wielkich w Stanach Zjednoczonych odbywających się pod hasłem Black Lives Matter, naukowcy uważają, że ryzyko rozprzestrzeniania wirusa jest prawdopodobnie niższe na zewnątrz niż wewnątrz budynków, tym bardziej, że większość protestujących nosi maski. Oczywiście ryzyko istnieje, ale zdaniem badaczy, największy wpływ na rozprzestrzenianie zarazy niosą bliskie interakcje między policją a protestującymi, stosowanie substancji chemicznych, takich jak gaz łzawiący czy spray pieprzowy, które podrażniają błony śluzowe, powodując katar i kaszel, a także aresztowania i przetrzymywanie protestantów w ciasnych wnętrzach wozów policyjnych i aresztach.

„Nie ma zbyt wielu dowodów na to, że protesty wywołały do tej pory skokowe wzrosty infekcji koronawirusowych. A każdy wzrost liczby przypadków po protestach trudno byłoby oddzielić od faktu, że państwa w ogóle się otwierają”, twierdzi w Scientific American, Caroline Buckee, profesor nadzwyczajna epidemiologii w Harvard T.H. Chan School of Public Health.

Buckee twierdzi, że protestujący są na ogół młodymi ludźmi. A to oznacza, że wielu z nich nie będzie miało objawów, lub będzie miało objawy na tyle łagodne, że nawet nie pójdą do placówki służby zdrowia. Ich przypadki nawet nie zostaną zarejestrowane. Pacjenci, którzy są hospitalizowani i umierają na COVID, to osoby starsze i z chorobami współistniejącymi. Tak więc wpływ protestów może ujawnić się później, gdy dotrze się do osób zagrożonych.

Nowe badanie przeprowadzone przez naukowców z uniwersytetów Northeastern, Harvard, Northwestern i Rutgers objęło prawie 40 000 osób uczestniczących w amerykańskich demonstracjach przeciwko brutalności policji i białej supremacji. Protestującymi były młode osoby, których życie zostało głęboko zakłócone przez pandemię w sposób zasadniczy, na przykład przez utratę pracy lub obniżenie wynagrodzeń. Osoby te niemal codziennie uczestniczyły w demonstracjach Black Lives Matter.

We wnioskach naukowcy napisali: „Istnieje wyraźna i znacząca negatywna korelacja między odsetkiem ludności państwa, która protestowała, a późniejszym wzrostem zachorowań na COVID-19”. Innymi słowy, jest bardzo mało prawdopodobne aby demonstracje były głównym motorem wzrostu liczby zakażeń w czerwcu i lipcu, kiedy te demonstracje miały miejsce. „Można by oczekiwać, że miejsca, w których było najwięcej protestujących, miały największy wzrost zakażeń, a tak naprawdę jest odwrotnie”, mówi David Lazer, wybitny profesor informatyki i informacji na Uniwersytecie Northeastern. „W związku z tym, możliwe jest, że brak zachowania dystansu na zewnątrz może nie mieć większego wpływu na rozprzestrzenianie się wirusa”. Naukowcy przytaczają tu przykład Waszyngton, D.C., który miał najwyższy zgłoszony wskaźnik udziału w marszach na poziomie 13,7 proc. a odnotowano tam stosunkowo niewielki wzrost liczby zachorowań. „Trudno jest pogodzić negatywną korelację między odsetkiem ludności stanu, która wzięła udział w protestach, a zmianą w nowych przypadkach z twierdzeniem, że protesty były główną siłą napędową wzrostu liczby zachorowań w Stanach Zjednoczonych”, twierdzi Lazer.

Oczywiście, mogą pojawić się głosy krytyczne, które stwierdzą, że brak wzrostu może być spowodowany opóźnieniem między rzeczywistym zakażeniem a objawami. Jednak profesor Lazer na taki zarzut odpowiada: „Te protesty [BLM] zaczęły się ponad dwa miesiące temu. Gdyby protesty napędzały rozprzestrzenianie się zakażenia, byłoby to więcej niż wystarczająco dużo czasu, aby obserwować rozprzestrzenianie się zakażenia, wykraczające daleko poza samych protestujących do szerszych społeczności”.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA