fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Cannes

Cannes: Dramat samozatrudnienia

Antonio Banderas, Penelope Cruz i Pedro Almodovar, aktorzy i reżyser filmu „Ból i blask” na festiwalu w Cannes
materiały prasowe
Giganci kina są w Cannes w wielkiej formie, ale wszystkich zaskoczył Ladj Ly z „wyklętego" podparyskiego blokowiska.

Ken Loach i Pedro Almodóvar pokazali w Cannes dokładnie to, czego się po nich spodziewamy. Brytyjczyk sportretował ludzi w trybach bezwzględnego systemu społecznego, Hiszpan opowiedział o nieszczęśliwych miłościach i twórczości, która staje się panaceum na zło świata.

Najniższe stawki

„Ból i blask" to bardzo osobista spowiedź hiszpańskiego mistrza. Bohaterem filmu jest reżyser, który od jakiegoś czasu nie pracuje, histeryk chorujący na „wszystko", człowiek pogrążony w depresji. Po dawce narkotyku wracają do niego obrazy z przeszłości. Widz zna je dobrze: wiejskie kobiety śpiewające przy praniu pościeli w rzece, chłopcy w seminarium duchownego, matka wśród nędzy walcząca jak lew, by synowi stworzyć kawałek prawdziwego domu.

Wracają też dawne miłości z czasów movida madrilena, ból rozstania z ukochanym mężczyzną. Sam Almodóvar mówi, że „Ból i blask" zamyka trylogię, na którą składają się też „Prawo pożądania" i „Złe wychowanie". Ale jednocześnie zapewnia: – Wszystkie moje filmy są osobiste, ale nawet „Bólu i blasku", gdzie bohater jest reżyserem, nie czytajcie dosłownie. Gdy siadam do pisania scenariusza, zawsze do wspomnień dołącza się fikcja.

– Znamy się z Pedro od 40 lat. I zapewniam: poza tym, co stało się jego udziałem, są w filmie rzeczy, których nie dane mu było przeżyć, a o nich marzył, jak i te całkiem wymyślone – dodał Antonio Banderas, który w „Bólu i blasku" zagrał głównego bohatera.

Powstał bolesny film o uczuciach i namiętnościach: o miłości matki i syna, nie zawsze prostej. O porzuconej religijności. O pożądaniu i tęsknocie do miłości, która kiedyś się zdarzyła i czule została w pamięci na zawsze. Ale przede wszystkim o losie artysty, bólu tworzenia, cenie, jaką płaci się za nadwrażliwość. O tym, że w końcu tylko sztuka może w życiu przynieść katharsis.

Z kolei Ken Loach, choć zapowiadał, że wycofuje się z kina, znów wrócił do tych, którym „wiatr wieje w oczy". Nie wytrzymał życia emeryta. Zbyt wiele jest wokół niepokojów, krzywdy i społecznych nierówności, żeby zamilkł.

– To nowe zjawisko: coraz więcej osób pracuje dziś w systemie samozatrudnienia. Teoretycznie w porządku – mają własne biznesy. Ale są zwykle potwornie eksploatowani i nie mają poczucia bezpieczeństwa. Nawet drobna przerwa w pracy może ich doprowadzić do tragedii – zadłużenia, bankructwa – mówi reżyser.

Jego „Sorry, We Missed You" jest opowieścią o zwyczajnej brytyjskiej rodzinie z Newcastle. Matka, opiekunka społeczna codziennie odwiedza kilka starszych, potrzebujących pomocy osób. Ojciec po okresie bezrobocia zakłada jednoosobową firmę i przyjmuje drakońskie warunki narzucone przez kompanię rozwożącą paczki.

Są jeszcze dzieci: krnąbrny chłopak w okresie buntu i młodsza dziewczynka – wrażliwa, mocno przeżywająca kryzys w rodzinie. Bo wieczna nieobecność zapracowanych rodziców rodzi coraz więcej problemów. A na dodatek nad codziennością Turnerów wisi tragedia. Przychodzi moment, w którym ich byt chwieje się. Loach pokazuje bezwzględność pracodawców. Abby pracuje po 12 godzin, ale ma zapłacone tylko za siedem, według najniższych stawek. Dla szefa Ricky'ego liczy się wyłącznie konkurencyjność firmy i zysk. Za każdą chwilę nieobecności czy spóźnienia pracownik płaci wysokie kary. Wypadek? Nagły problem z dzieckiem? Choroba? To może rodzinę pogrążyć, wepchnąć w poważne długi.

Loach i jego scenarzysta Paul Laverty robią wciąż ten sam film o niegodziwościach zachodniego świata, który wypycha na margines może nie aż tak zaradnych, ale ciężko pracujących, uczciwych ludzi. „Sorry, We Missed You" to krzyk artysty, który nigdy nie zapomniał, że wyszedł z ubogiej dzielnicy Nuneaton.

Francuskie zaskoczenie

Almodóvar i Loach pokazali filmy piękne, lecz przewidywalne. Tymczasem wielką siłą swojego przekazu zaskoczył debiutant – 41-letni Francuz Ladj Ly, syn imigrantów z Mali, który całe życie spędził w podparyskim blokowisku w Montfermeil. Samouk, zrobił o swoim świecie kilkanaście filmów dokumentalnych. W 2017 roku dostał nominację do Cezara za dokument „Les Misérables". Po dwóch latach pokazał swoją pierwszą fabułę pod tym samym tytułem.

– Chciałem opowiedzieć o uniwersum dzielnic nędzy, o brutalności policji, braku edukacji i dzieciach rosnących w takim środowisku – mówi.

„Nędznicy" to historia trzech policjantów, którzy w czasie interwencji w Montfermeil, ranią małego chłopca. Zależy im głównie na tym, żeby sprawę zatuszować. A chłopak? Wyjdzie z tego, ale przygotuje, razem z kumplami, potworną zemstę. Gwałt rodzi gwałt.

Wśród nędzy i braku perspektyw pozytywne wartości przestają się liczyć. Ludźmi kieruje gniew i nienawiść. Tym wszystkim zarażają się już kilkuletnie dzieci. Ly pokazuje, jak łatwo biorą do ręki kamień czy płonącą petardę. Tutaj nie ma innych wzorów: prawie wszyscy – policjanci, miejscowi gangsterzy, dzieci – są równo zbrukani.

W czasach dyskusji na temat emigrantów i uchodźców film nie do przecenienia. Bo pokazuje, jak w „wyklętych" blokowiskach rodzi się agresja i zaczyna panować bezprawie. Mamy przed oczami telewizyjne obrazy samochodów płonących na ulicach Paryża i walk policji z imigrantami. Tym bezimiennym obrazom Ly daje twarze i losy konkretnych ludzi.

Tegoroczne Cannes pokazuje, że starzy mistrzowie nie zawodzą, ale naprawdę głęboko poruszył mnie napisany gniewem i bezradnością film francuskiego debiutanta z nędznego przedmieścia wielkiego miasta.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA