Blogi

Polityczna bomba na stacji paliw

Bloomberg
Oni chyba powariowali. Ty wiesz, że benzyna jest już po 5,40? Pamiętasz, jak cztery lata temu wyjeżdżaliśmy, litr był po 4 złote? I Tusk straszył, że za Kaczyńskiego będzie po 5 złotych. A teraz ma być jeszcze drożej. No co ty: 7–8 złotych, kto to wytrzyma?" – brzmiał spot radiowy PiS z kampanii wyborczej z 2011 r. Zrządzeniem losu znów nabiera on aktualności. Kanister, którym siedem lat temu na konferencji prasowej atakował PO Jarosław Kaczyński, teraz stanie się orężem jego przeciwników.

W 2018 r. ceny paliw znów oszalały: w niespełna dwa miesiące skoczyły o 11–12 proc., przebijając psychologiczną barierę 5 zł za litr. Do owych 5,40 coraz bliżej. Tabloidy już wzywają szefa PiS do walki z drożyzną, a politycy PO walą w PiS na Twitterze, twierdząc, że droga benzyna to wina rządu. Jeszcze chwila a zażądają obniżki akcyzy od paliw. Tak samo jak prezes PiS w 2011 r.

Sęk w tym, że tak jak wtedy, tak i teraz rządzący mają mały wpływ na paliwową drożyznę. Owszem, mogą naciskać na państwowe firmy, by te odjęły sobie od ust część marży i łagodziły przez chwilę nastroje ceną 4,99 zł. Ale długo tak nie pociągną, bo to jak walka z tsunami za pomocą pompy strażackiej. Zbyt wielkie siły działają na światowych rynkach.

Gwałtowny wzrost cen ropy naftowej to efekt zerwania przez prezydenta Trumpa umowy atomowej z Iranem i przywrócenia embarga na eksport stamtąd surowca (który kupują m.in. polskie rafinerie). Cena baryłki w Europie skoczyła już do 80 dol., a może dociągnąć i do 90.

I choć sprawcą niewygodnej dla rządzących sytuacji jest sojusznik z Białego Domu, PiS może mieć też pretensje do siebie. Od lat sprzeciwia się zamianie złotego na stabilniejsze euro. Tymczasem koszt surowca dla polskich rafinerii rośnie ostatnio także z powodu osłabienia naszej waluty. Od lutego, jak wyliczyli ekonomiści, o jedną trzecią. Przyczyna słabości złotego: pogorszenie nastawienia inwestorów do walut rynków wschodzących, m.in. z powodu problemów... Argentyny. Złoty osłabł do dolara o ponad 10 proc., podczas gdy euro – 5 proc. Uparte trzymanie się narodowej waluty bywa więc niekorzystne dla narodowej gospodarki.

Gigantyczny wzrost kosztów prezesi państwowych spółek paliwowych będą musieli przerzucić na odbiorców. Wpadli w pułapkę, deklarując, że wprowadzenie opłaty emisyjnej (10 gr za litr), czyli kolejnego podatku od paliw, nie spowoduje wzrostu cen, bo firmy wezmą go na siebie. Polacy nie pamiętają już, że opłata wejdzie w życie w 2019 roku. Pamiętają, że ceny miały nie wzrosnąć, więc najnowszą falę podwyżek traktują jako złamanie obietnicy.

Zresztą, jeśli ropa do końca roku nie stanieje, a złoty radykalnie się nie wzmocni, państwowym firmom trudno będzie dotrzymać słowa także w styczniu. Opłata stanie się drugim impulsem inflacyjnym. Pierwszy już mamy, bo paliwo jest ważnym składnikiem kosztów w całej gospodarce – od ceny biletów autobusowych po transport żywności. Jeśli drożyzna na stacjach utrzyma się do lata, podbije inflację, dokładając doń, jak twierdzą ekonomiści z mBanku, 0,5–0,6 pkt proc.

Tak oto odpowiedź na tradycyjne pytanie kierowców „kiedy będzie taniej?" brzmi: tanio już było. U progu wyborczego maratonu 2018–2020 nie jest to wygodna dla rządzących sytuacja. Na stacjach paliw tyka polityczna bomba.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL