fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Białoruś

Prof. Aleksander Mroczek: Moja opinia stała się taką kulą śnieżną, która zaczęła się rozrastać

Aleksander Mroczek jest głównym kardiologiem Ministerstwa Zdrowia Białorusi, od 2008 roku stał na czele republikańskiego centrum naukowo-praktycznego Kardiologia. Jest członkiem Narodowej Akademii Nauk Białorusi i Międzynarodowej Akademii Medycyny im. Alberta Schweitzera
cardio.by
- Nie rozmawiałem z Łukaszenką o polityce - mówi „Rzeczpospolitej” prof. Aleksander Mroczek, główny białoruski kardiolog, zwolniony z przyczyn politycznych.

Zwalniano pana uroczyście w obecności p.o. ministra zdrowia Dzmitrego Piniewicza. Gdy koledzy po fachu na stojąco zaczęli bić panu brawo, minister też dołączył do oklasków. Co pan wtedy czuł?

W tych oklaskach ministra widziałem hipokryzję. Jeżeli człowiek jest profesjonalistą, pracuje dobrze i nie ma pretensji do jego pracy, to jaki jest sens zwalniać takiego człowieka? Zwłaszcza że w przyszłym roku kończy mi się kontrakt i można było go nie przedłużyć. A tu nagle w ciągu jednego lub najwyżej dwóch dni zapadła taka decyzja. Nie protestowałem i nie miałem pretensji do niego. Byłem jednak pod wrażeniem reakcji mojego zespołu, który tak mocno zareagował na moje zwolnienie.

Gdy owacje się skończyły, minister tłumaczył zwolnienie dyrektora centrum Kardiologia tym, że „ma pełne prawo decydować o losie danej placówki”. Przyjmuje pan taką argumentację?

Nie. Ale w białoruskim kodeksie pracy jest takie sformułowanie, że pracownik „może zostać zwolniony decyzją pracodawcy”. W pierwszej kolejności dotyczy to osób, które na Białorusi zajmują kierownicze stanowiska. Na podstawie tego paragrafu został zwolniony Paweł Łatuszka (dyplomata i były dyrektor Narodowego Teatru im. Janki Kupały w Mińsku – red.), to samo nie tak dawno spotkało dyrektora republikańskiego naukowo-praktycznego centrum onkologii. Tłumaczenie może być rozmaite, często graniczące z hipokryzją.

Białoruskie media sugerują, że chodziło o pańską opinię opublikowaną na łamach rządowej gazety „Biełaruś Siegodnia” (dawna „Radziecka Białoruś”). W bardzo dyplomatyczny sposób potępił pan falę przemocy, która przeszła przez Białoruś tuż po wyborach z 9 sierpnia. Przecież nie wskazał pan nawet wprost sprawców.

Moja opinia stała się taką kulą śnieżną, która zaczęła się rozrastać. Tuż po tym wielu medyków zaczęło również wypowiadać swoje opinie. Lekarz z założenia jest humanistą i to normalne odzwierciedlenie jego zawodu. Szeregowi lekarze również zaczęli wychodzić na ulice, ponieważ wszyscy byli zszokowani tym, co się stało w nocy z 9 na 10 sierpnia.

Jakie są nastroje w środowisku lekarzy na Białorusi? Czy trudno się pracowało w atmosferze, która panuje w kraju od ponad trzech tygodni?

Oczywiście, trudno się pracowało w takiej atmosferze. Teraz sytuacja znacząco się zmieniła i uważam, że to m.in. dzięki naszym głosom. Przemocy jest znacznie mniej, ale napięcie w społeczeństwie nie spada. Trwają zwolnienia, a kierownicy są zastępowani bardziej lojalnymi ludźmi.

Większość białoruskich urzędników i dyrektorów wolała się nie wypowiadać. Nie mógł pan milczeć?

Nie zrobiłem nic złego. Uważam, że zachowałem się jak człowiek, który w obecnej sytuacji powinien był zabrać głos. Niezależnie od tego, która ze stron używa przemocy. Powinno się w inny sposób rozwiązywać spory, również te polityczne. Na ziemi nie ma nic cenniejszego od ludzkiego życia.

Pana koledzy z Kardiologii uczestniczyli w protestach?

Jasne, że tak.

I nie próbował pan ich powstrzymać?

Nie próbowałem. Ale resortowi zdrowia m.in. o to chodziło. Na jednej z narad, którą przeprowadzał już były minister zdrowia Uładzimir Karanik (22 sierpnia został gubernatorem obwodu grodzieńskiego), zarzucano mi, że dopuszczam do takich rzeczy. Od początku mówiłem, że lekarze nie powinni protestować kosztem pacjentów, mamy bardzo odpowiedzialną pracę i moglibyśmy narazić ludzi. Ale poza godzinami pracy każdy ma prawo demonstrować swoją postawę obywatelską i w naszym przypadku tak było. Co ciekawe, nasze centrum nie wygłaszało haseł politycznych, ale domagało się zaprzestania przemocy.

Po wyborach wielu protestujących pobito (ONZ podaje, że ofiarami tortur padło aż 450 osób). Zastanawiał się pan, skąd bierze się taka nienawiść i agresja?

Funkcjonariuszy OMON pewnie przygotowują do tego. Ale stopień tej przemocy wyznacza raczej dowództwo. Teraz nie ma już takiej przemocy, bo przecież nawet prezydent niedawno powiedział, że jak człowiek leży, to już nie trzeba go bić. A przecież bito leżących. Bito już w aresztach, gdy człowiek był całkiem bezradny. To było znęcanie się nad ludźmi. Byłem zszokowany, gdy zobaczyłem ludzi, którzy tego doświadczyli.

Zapewne zna pan osobiście wielu wysokiej rangi białoruskich polityków i urzędników państwowych. Gdy pana zwolniono, czy którykolwiek zadzwonił, by pana wesprzeć?

Nikt nie dzwonił. W naszej rzeczywistości, gdy człowieka zwalniają, znajomi się gubią. Co prawda nie walczyłem o zachowanie stanowiska. Każdy dyrektor kiedyś powinien odejść. Nie dzwoniłem do nikogo z ludzi, którzy podejmują decyzje na górze. Z ich strony nie miałem żadnego poparcia, ale poparło mnie wielu przyjaciół i kolegów po fachu.

Na górze decyzje na Białorusi podejmuje jeden człowiek. Zna pan osobiście Aleksandra Łukaszenkę?

Oczywiście. Badałem go kiedyś, widywaliśmy się też podczas różnych imprez państwowych, na które byłem czasem zapraszany.

Jak się rozmawia z rządzącym od ponad ćwierćwiecza przywódcą?

Nie rozmawialiśmy na tematy polityczne. Nasze rozmowy dotyczyły kwestii medycznych, o których nie mogę mówić ze względu na tajemnicę lekarską. Ogólnie jest mi bardzo trudno zrozumieć, dlaczego w naszym kraju dzieją się takie rzeczy.

Myśli pan, że resort zdrowia mógł pana zwolnić bez zgody prezydenta?

Nie mógł, bo decyzje co do tego typu dymisji zapadają na najwyższym szczeblu. Łukaszenko przynajmniej musiał wyrazić zgodę.

W Polsce i innych krajach UE można spotkać wielu lekarzy z Białorusi. Sporo pańskich kolegów wyjechało za granicę?

Niestety, lekarze wyjeżdżają. Jest wiele specjalności kardiologicznych, na które jest duży popyt za granicą. Dostają tam dobre wynagrodzenia, niestety, na Białorusi na takie pieniądze nie mogą liczyć. Dla wielu specjalistów liczy się też praca w zespole wyposażonym w najnowocześniejsze technologie, chcą pracować w bardzo dobrze wyposażonym centrum medycznym. Ale tu nie chodzi tylko o Polskę czy inne europejskie kraje, lekarze z Białorusi wyjeżdżają również do Rosji, a znam takich, którzy wyjechali do Odessy na Ukrainę. Technologie są bardzo drogie i wszystko zależy od tego, jak państwo zaopatruje swoje placówki i wyposaża w te technologie. To motywuje lekarzy, którzy chcą rozmawiać na równych zasadach z kolegami z zagranicy. Nasze centrum jest na dobrym poziomie, interesują się nami koledzy z zagranicy, mamy sporo kontaktów, m.in. z Polską.

A panu nikt nie proponował pracy za granicą?

Za granicą nie ma popytu na kierowników placówek, szukają wykonawców. Będąc młodym lekarzem, pracowałem w zespole Akademii Nauk Białorusi. Dostałem propozycję pracy w świetnie wyposażonym laboratorium w Stanach Zjednoczonych, które istnieje do dzisiaj. Tam musiałbym się zajmować już wyłącznie kwestiami laboratoryjnymi, biochemicznymi i molekularnymi, musiałbym porzucić praktykę lekarską. Wtedy, w latach 90., nie zdecydowałem się na to.

A dzisiaj, mając 67 lat, w jakiej Białorusi chciałby się pan się obudzić?

Chciałbym się obudzić w bogatej Białorusi, w kraju pięknych, uśmiechniętych twarzy. W kraju, gdzie – gdy włączysz telewizor – nikt nie obarczałby cię problemami i nie psułby ci humoru na cały dzień.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA