fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Michał Szułdrzyński: Antyunijna propaganda kiedyś zemści się na PiS

Jarosław Kaczyński
Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Łatwiej nagle zmienić przekaz dnia w TVP niż zneutralizować złe emocje w społeczeństwie.

By wesprzeć twarde stanowisko PiS w sprawie budżetowego weta całe zaplecze publicystyczne rządu od kilku tygodni ostro atakowało Unię, a także mające nią de facto rządzić Niemcy, ze szczególnym uwzględnieniem Angeli Merkel. „Propozycja Niemiec może zablokować przekazanie pieniędzy Polsce” – alarmowały niedawno „Wiadomości”. Wielu sympatyzujących z rządem komentatorów podkręcało atmosferę. Jeszcze w poniedziałek dęto w surmy suwerenności, zapewniano, że nie można pozwolić na hańbę i zwasalizowanie Polski, czego nie wybaczyłyby nam przyszłe pokolenia. Wszystko na najwyższym C, wszystko w przekonaniu, że to kolejna wojna o najwyższą stawkę.

Tym, że ta cała narracja niewiele miała wspólnego z rzeczywistością, mało kto się przejmował. Osoby znające kulisy negocjacji od dawna powtarzały, że Niemcy chcą porozumienia z Polską i Węgrami. Wbrew podsycanym germanofobicznym nastrojom nad Wisłą, nasi negocjatorzy wiedzieli, że do końca roku, czyli do momentu, gdy Niemcy przewodniczą UE, będziemy w stanie wynegocjować więcej. Po pierwsze Merkel wie, że model rozwoju niemieckiej gospodarki poprzez ekspansję w Europie Wschodniej możliwy jest tylko w ramach UE. Żadne „Unie dwóch prędkości”, żadne wysforowanie się strefy euro nie jest Niemcom na rękę, bo mają oni w tej części Europy swoje fabryki. Po drugie zaś głos Merkel jest w Europie słuchany, i znacznie większe są szanse na to, że kompromis zaproponowany przez Berlin będzie miał szanse powodzenia, aniżeli propozycja, która przyjdzie z Lizbony.

Ale nasi prorządowi wieszcze, gdy słyszą hasło „Niemcy”, w oczach stają im Krzyżacy, Wehrmacht i trupie główki na mundurach. Niemiec zawsze jest wrogiem czyhającym na naszą wolność, suwerenność i bogactwa. Gdy słyszą „Unia”, w oczach stają im mężczyźni w damskich ciuchach w dwuznacznych pozach na platformach podczas parad równości. Żadnych niuansów, żadnej dystynkcji w rozumowaniu.

Potem jednak nadchodzi wtorek. I politycznie wszystko się odwraca, przyjeżdża do Warszawy Viktor Orbán i zamiast groźby weto są nadzieje na porozumienie, odwołania do jedności UE, poszukiwanie mądrego kompromisu. Propozycja niemiecka okazuje się dla Polski i Węgier korzystna, a UE znów ma mnóstwo zalet.

Nie wszyscy jednak są gotowi na tak szybkie zwroty akcji. Politycy swą partię grali na zimno. Ale część komentatorów naprawdę starała się uwierzyć, w to co mówili. Wczorajsza mądrość dziś stała się głupotą.

Prezes Jarosław Kaczyński musiał więc przywołać własne szeregi do porządku, mówiąc w czwartek w wywiadzie dla PAP: „Trzeba znać też realia, których bardzo wielu komentatorów w tej sytuacji, także po naszej stronie, po prostu nie zna”. Sygnał jasny: zmieniła się mądrość etapu, a jeśli ktoś dalej coś mówi o wecie, o niepodległości, nie zna realiów. A wyborcy, cóż, oni muszą prezesowi wierzyć na słowo.

Ale opinia publiczna to nie wór kartofli, który można przestawiać z kąt w kąt i zmieniać jak przekaz dnia w TVP. Wyborcy karmieni antyeuropejską retoryką, może i teraz uznają, że prezes ma rację, ale ziarno siane, będzie przynosić swój plon. A prezes Kaczyński pewnego dnia obudzi się w sytuacji, w której jego własny elektorat będzie tak antyeuropejski, że to nie on będzie zmieniał ich poglądy, ale będzie musiał do nich dostosować politykę swej partii. I będzie to czarny dzień naszej historii współczesnej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA